Retro spojrzenie: Szaleńcy (1973)


Niewiele jest nazwisk tak ważnych dla kina gatunku, a nawet dla kina w ogóle, jak George A. Romero. To człowiek, który nie tylko dał popkulturze współczesny wizerunek zombie, ale udowodnił, że operując na niskim budżecie, można stworzyć prawdziwy film-legendę. Wszystkie wątpliwości dotyczące przypadkowego sukcesu Nocy żywych trupów (1968) rozmyły się 10 lat później, kiedy świat ujrzał Świt żywych trupów (1978).

Spośród wszystkich czterech filmów zrealizowanych przez Romera między Nocą a Świtem, większość fanów horroru wskaże zapewne Martina (1978) jako ten najlepiej zapamiętany. I nic w tym dziwnego, bo to wspaniała historia, która wzięła klasyczny etos wampira i pozbawiła go całej romantycznej otoczki. Mało kto pamięta jednak o Szaleńcach, obrazie który jest często interpretowany jako artystyczna zapaść filmowca.

Choć budżet Szaleńców wyniósł $275 tys., a więc był mikroskopijny, i tak był kilkukrotnie większy niż środki, jakimi ekipa dysponowała na planie dwóch poprzednich filmów. Zdjęcia, za które tym razem nie musiał odpowiadać sam Romero, rozpoczęto z początkiem 1973 roku w Evans City w stanie Pensylwania – czyli miejscu, gdzie powstała większa część Nocy żywych trupów.

Historia jest prosta. Na peryferiach miasta rozbija się samolot przewożący niezwykle groźny, wyhodowany w wojskowych laboratoriach patogen o nazwie Trixie. Skutkiem katastrofy przedostaje się on do wód gruntowych Evans City, co skutkuje pandemią.

Wczesne objawy zarażenia są praktycznie niewykrywalne, ale choroba manifestuje się w końcu całkowitym postradaniem rozumu, który prowadzi ludzi do szaleńczych aktów przemocy. Zanim większość mieszkańców zda sobie jednak sprawę, że coś jest nie tak, wojsko szybko otacza miasto kordonem, ogłaszając kwarantannę i przerabiając lokalną szkołę na polowe laboratorium.

Szaleńcy koncentrują się na dwóch grupach osób: garstce mieszkańców próbującej desperackiej ucieczki z pogrążonego chaosem miasta oraz żołnierzach, którzy starając się zachować pozory kontroli, szukają antidotum.

Romero stara się pokazać niekompetencję wojska w obliczu katastrofy. Mieszkańcy nie są w żaden sposób informowani o przebiegu badań nad wirusem, a władza nie wiąże początkowych aktów agresji z wynalezioną przez siebie bronią biologiczną.

Najbardziej przerażającym elementem fabuły jest to, że śmierć może przyjść z najbardziej nieoczekiwanej strony! Zarażeni wirusem rodzice zabijają swoje dzieci i vice versa, a zdezorientowane wojsko otwiera ogień w stronę niewinnych ludzi mogących, choć niekoniecznie, być nosicielami Trixie.

Szaleńcy są filmem, który zdecydowanie wyprzedził swoje czasy. Ówczesna widownia widziała już skutki promieniowania po ataku na Hiroszimę i Nagasaki czy zgubne efekty Agent Orange w Wietnamie. Romero skupił się jednak na swoim własnym podwórku.

W opętanych szałem ludziach dostrzec można aluzję do tworzenia się coraz mocniejszego „państwa policyjnego”, a widok studentów stojących naprzeciwko rządowych karabinów przypomina strzelaninę na Uniwersytecie Kent State w 1970 a więc wciąż jeszcze świeżą trzy lata później.

Film ma jednak swoje bolączki, z których główną jest szaleńcze (heh) podejście do montażu. Cięcia obrazu są tu tak częste, że nasze oko nie ma szans na wyłapanie czegokolwiek, co nie jest akurat wyeksponowane na pierwszym planie. Widać tu, że lata, które reżyser poświęcił na montowanie telewizyjnych reklamówek, zrobiły Szaleńcom wiele krzywdy.

Do tego doszły jeszcze problemy z promocją. Po 40 dniach zdjęciowych i kilku dniach poświęconym na post produkcję, Romero wysłał film do studia, które nie miało zupełnie pojęcia jak go reklamować. Co prawda na Times Square wywieszono ogromny billboard a po sali kinowej, gdzie odbywała się premiera, błąkał się facet w ikonicznym dla filmu białym kombinezonie ochronnym, ale film okazał się gigantyczną klapą nie pokrywając nawet kosztów produkcji, co zastopowało na pięć lat karierę filmową artysty.

Mroczny, przygnębiający i przerażający obraz, jakim są Szaleńcy, z czasem wyrósł jednak na niszowe dzieło kultowe. A dzisiaj pozostaje dowodem geniuszu reżysera, który radzi sobie z portretowaniem naszych największych obawam.

I nawet jeśli pod względem technicznym jego film może już dzisiaj trącić myszką – tu pozwolę sobie polecić naprawdę dobry remake z 2010 roku – warto sprawdzić, jak kształtowała się kariera jednego z mistrzów współczesnego kina grozy!

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Crazies
Produkcja: USA, 1973
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: