Kiedy niebo na wysokościach nie zostało jeszcze nazwane,
A ziemia na dole nie znała swojego imienia,
Ani pradawny Atsu, który ich począł,
Ni Tiamat, matka ich obojga,
Ich wody były połączone,
Nie istniało żadne pole, nie było też widać bagna;
Żaden z bogów nie został jeszcze powołany do istnienia,
I żaden nie nosił imienia, ani nie został poddany przeznaczeniu,
Wtedy, w sercu niebios, zrodzeni zostali bogowie (…)

Enuma Elish

 

Czasem zdarza się, że pęka nam przed nosem gumowy balonik, a my zamiast nadmuchać kolejny, wpadamy w psychozę szukania przyczyny. Miękkość zabawy natychmiast zamienia się w koszmar mentalnego niepokoju. Słoneczne popołudnie na plaży staje się deszczową nocą w środku dżungli. Nie ma już miejsca na spokój, chwilę później pełzamy wokół bez ładu i składu.

Stan relaksu staje się historią przechodząc niepostrzeżenie w chaos wstrząsów i podrygów… Gdy pierwszy raz poczujesz ten moment możesz równie dobrze zacząć zastanawiać się czy Bitches Brew Milesa Davisa nie została stworzona po ciemnej stronie Księżyca?

Jak w złym śnie, w którym chodzimy po nieznanym mieście z nieznanymi ludźmi, by szukać czekolady, z której wyrastają małpie włosy, stajemy się wyczuleni na najmniejszy szmer. Bez zastanowienia ciągniemy jednak za „robotem”, kłębkiem odruchów warunkowych, zaszczepionych nam przez represyjne społeczeństwo.

Gdzie zaczyna się ten natarczywy ciąg? Ten dziki taniec myśli? Na pytanie „Czy to naprawdę rzeczywistość?” nie ma jednak czasu. Myśli wyrastają, jak świeżo upieczone pączki, by spłynąć rynienką pełną oleju. Mimo tego, że jeszcze przed chwilą nasz mózg zaznawał rajskiego spokoju, w ciągu kilkunastu sekund mamy rozszalałe stadko mentalnych pasożytów, gotowe rozszarpać nam umysł na strzępy. Pojemność naszego mózgu zdaje się wzrastać, a wraz z nią ciągnie się seria wyładowań. To pustka i pełnia.

Jak lalka rozszarpana rękami dziecka, stajemy się magazynkiem dziwnego karabinu maszynowego. „Czy zasrany balonik był wyprodukowany w Chinach? Czy zawinił hurtownik, dostawca, a może należy podejrzewać sprzedawcę o złe intencje? Dmuchaliśmy z całej pary? Dlaczego nie byliśmy bardziej subtelni?”

Jeśli dopuścimy jakiekolwiek wątpliwości, jesteśmy utopieni. Zalało nas właśnie morze umysłowego szaleństwa. Jeśli wstrzymamy ten wodospad, wrzucimy ręczny, by chwilę odsapnąć, być może dotrze do nas, że koniec końców ten nędzy balonik był niczym. Mógł równie dobrze nie istnieć, a my równie dobrze mogliśmy nie dmuchać. Gdy clown pokazuje nam dupę, nasza podświadomość nie owija w bawełnę. Mówi: „Słuchaj pajacu, idioto, imbecylu! Ktoś cię nadmuchał w ten balon. Nie możesz zrobić nic lepszego niż zaprzestać stawiania durnych pytań. Biały króliczek macha łapką i właśnie kończą ci się odpowiedzi…”

Jeśli jednak odrzucimy tą opcję, pojawią się rozstaje. Którą drogę wybrałbyś wiedząc, że tak czy siak na końcu możesz nie znaleźć rozwiązania?

Kiedy pojawia się jakiś problem, rozgryza się go albo od razu, albo trzeba czekać wieki. W podstawówce na przykład męczy się dzieci, nie wiedzieć czemu, narodzinami europejskiego intelektualizm. V w. p. n. e. dumnie obwołuje się „korzeniami cywilizacji europejskiej”, jak gdyby bez tego nie można było ugotować zupy.

Gdy Grecja wydaje na świat pierwszych filozofów – ludzi z brodami, zajmujących się poszukiwaniem odpowiedzi na pytania najrozmaitsze, za sprawą jednego z nich – spryciarza Sokratesa, który nie może wytrzymać w domu ze swoją żoną, chodzi więc po Atenach i męczy ludzi, nagle okazuje się, że życie ludzkie trawione jest wieloma problemami.

Można się tylko zastanawiać co by było gdyby bezsenny filozof nie postawił przed ludzkością tylu wyzwań na raz? Nasz brodacz zapragnął bowiem wielu odpowiedzi. Wśród nich jest sposób na osiągnięcie szczęścia, poznanie prawdy (czymkolwiek ona do cholery miałaby być), istnienie bogów, natura zła i dobra, pochodzenie Kosmosu (czy można na serio zająć się pochodzeniem Siedmiu Krasnoludków?) i tysiąc pięćset innych problemów. Wąż intelektu raz podrażniony nie daje nigdy za wygraną!

Pomimo, że Sokrates pozostawia swoim uczniom wiele recept na wymyślone przez siebie choroby, czego dowodził jego dzelny uczeń, Platon, niewielu z nich zadowala się tym małym kęsem. Natura ludzka, to w ostatecznym rozrachunku rozgrzebywanie (jeśli nie wierzysz, poczekaj aż zaczną trzepać twoje zeznania podatkowe). Z jednej strony filozofia, z drugiej telenowela. Gra szczęścia, oczekiwania, napięcia i zaskoczenia. Gdy raz rozpozna się problem, z jego rozwiązywaniem jest gorzej niż z pieleniem domowego poletka cebuli. Na jeden usunięty chwast, natychmiast przypadają trzy następne. Gdy zaś już się prawie udaje… i tak nikt nam nie wierzy. Jeśli zaś nawet się udało, każdy i tak będzie chciał rozwiązać problem po swojemu. Przecież sposób sąsiada nie może być lepszy od tego, co uda nam się wymyślić samemu?!

Tymczasem jednak, na zapomnianej przez wszystkie demony planecie, zwanej Ziemią, choć jej większą część od wieków stanowiły morza i oceany, zaludniał sobie wśród wielu „podgatunków” homo sapiens rodzaj bardzo specyficzny – optymiści, osobnicy którzy nigdy w niczym nie widzieli problemu. Gdyby przyjrzeć mu się dokładnie, podgatunek ten nie był tak rzadki, jak wszystkim się wydaje, a należało do niego wiele wybitnych samców i samic gatunku ludzkiego.

Optymizm miał się przez wiele tysięcy lat dobrze, do rangi prawdziwego entuzjazmu urósł jednak dopiero w połowie XX wieku, kiedy na arenie dziejów pojawił się pewien wąsaty Gruzin, Józef Stalin z genialnym w swojej prostocie powiedzeniem: „Nie ma człowieka, nie ma problemu”. Czy sześćdziesiąt lat później ktoś jeszcze dbał o to, że owo motto doprowadziło go do zamordowania kilkunastu milionów ludzi? W istocie, wiek bomby atomowej, a po nim także jego następca, dobitnie udowodnili, że wszyscy mieli to głęboko w dupie. Marszałkowie i generałowie-rewolucjoniści, dokonujący, jak gdyby nigdy nic, przewrotów w Afryce, Ameryce Południowej i Azji Pd.-Wsch. wcale nie odstawili tej maksymy na boczny tor, a wręcz przeciwnie, uczynili z niej skuteczne narzędzie sprawowania władzy absolutnej skutecznie pozbywając się przy jej pomocy wszelkiej opozycji politycznej na swoim własnym podwórku.

Z drugiej strony istniały sobie organizmy „demokratyczne” tj. Stany Zjednoczone, które także podniosły ową zasadę do rangi Świętego Graala wcielając ją do całokształtu imperialnej polityki zagranicznej. Gdy Jankesi zrzucili pierwszą na świecie bombę atomową, by potem pomagać w rekonwalescencji niedobitków, narodził się nowy amerykański humanitaryzm. Myśl przewodnia była bardzo wyraźna: „Jeśli nie ma komu wysyłać transportów z lekami, to należy go najpierw zbombardować”. Z dnia na dzień otworzyło to drzwi do wielu możliwości, testowanych przez Amerykanów w Korei, Wietnamie, Somalii, Iraku i Afganistanie.

Gdy nadeszła era George’a Busha, w jednym z potężnych pro-militarnych think tanków narodziła się w końcu taktyka „uderzenia wyprzedzającego”. Genialny, amerykański wynalazek semantyczny zastąpił staromodny, niegrzeczny wyraz „agresja zbrojna”. Dzięki temu w imię szemranych interesów ekonomicznych można było zbombardować każdego, kto w danej chwili był przeszkodą dla wzrostu gospodarczego, by potem w glorii i chwale pomóc mu budować demokrację – niezastąpiony system polityczny człowieka cywilizowanego. „Tymczasem w jego mózgu rodził się wniosek zasadniczy, kiedy strumienie myśli przelewały się wezbranymi potokami…”

Na początku XXI wieku nie było już w zasadzie żadnych wyborów do dokonania, przyszłość ludzkości stała pod lufą karabinu, obarczona jedynym dylematem: „Jeść mniej czy więcej narkotyków?” Paradoksem był Izrael, który umęczony ciągłymi wojnami z Hamasem, pozwalał swojej młodzieży ćpać ile wlezie na masowych rave’ach, gdy znajdowała się ona pod ciągłą ochroną wojska. Dragi pozostały jedynie problemem w krajach, które wojnę trzymały z daleka od swoich granic. Wszędzie indziej na świecie „Wojna z narkotykami” była abstrakcją samą w sobie.

Tak, jak wybuchowa mieszanka cynizmu i sceptycyzmu stała się znakiem rozpoznawczym końca poprzedniego wieku, tak początek jego następcy stanął pod znakiem totalitaryzmu. Czasy, kiedy wszystko jakoś turlało się do przodu, skończyły się bezpowrotnie w dniu 23 sierpnia 2009, w którym wojska rosyjskie wkroczyły na tereny wschodniej Ukrainy, by jak to określił marionetkowy prezydent Michaił Gadzinow, uregulować sporne kwestie rosyjskiej mniejszości etnicznej, haniebnie zaniedbywanej przez ukraiński rząd. Owa mniejszość była zupełnie realna, jako że cała Wschodnia Ukraina mówiła w zasadzie po rosyjsku. Jak powiedział mu kiedyś Władimir, znajomy Ukrainiec: „Oni i tak mają w dupie, kto nimi żądzi. Dobrze wiedzą, że wszyscy walą w chuja. Dla nich ważne jest tylko, żeby handel się kręcił. Jak to nie idzie, są wkurwieni.” Jeśli ktoś miał jeszcze w ogóle jakiekolwiek złudzenia w Europie Wschodniej na temat post komunistycznych form sprawowania władzy, to tylko pacjenci szpitali dla umysłowo chorych, wierzący że rozkazy w istocie wydają albo Pomarańczowi z Syriusza, albo Szarzy z Galaktytki Andromedy.

Gdy w ten piękny, sierpniowy dzień patrzył na wydarzenia ostatniego roku, które przemykały mu przed oczami niczym slajdy, układały się one w wyraźny wzór – socjopolityczny fraktal, który co prawda „pofałdowany”, ale był strukturą o wyraźnym kierunku rozwoju. Pomimo tego, że radio nadawało wiadomości z Ukrainy mniej więcej co piętnaście minut, które stawały się w ten sposób ważniejsze niż nadawany codziennie z faszystowską konsekwencją, a lobbowany przez koncerny muzyczne, słodki muzak, umysł powoli olewał, to co działo się na Dalekim Wschodzie Europy, by zanurzyć się w otchłani impulsów, dochodzących z żołądka.

Myśli całej brygady, popierdalającej 120 na godzinę, pomalowanym na pomarańczowo VW T4 właśnie zbiegały się w jednym punkcie (co znane jest wielbicielom środków psychedelicznych jako „telepatyczne porozumienie”), a wypowiedział je na głos, basowy głos Zwierza: – Meeeee wpierdoliłbym coś! Jestem głoooodny!
– Spoko, stary. Ja też bym coś zapodał na żołądek. Zaraz coś znajdziemy. Mam nadzieję, że zahaczymy o coś jeszcze przed Amsterdamem. – potwierdził.
– A w Amsterdamie znajdziemy ten fantastyczny Coffee Shop i kupimy znowu to cudowne jaranie! – Zwierzu rozpłynął się ekspresyjnie w swoich najgłębszych marzeniach.
– Jo, jedźmy szybciej. Żreć, jarać i leżeć. – odezwał się rozleniwiony głos Żywicy.
– Jest w ogóle coś jeszcze na jointa? – krzyczał mniej więcej równocześnie z przodu fury Czarny.
– Jak nie zjaraliście wszystkiego, co kupiliśmy w Venlo, to powinno jeszcze być. – odpowiedział zastanawiając się ile już zjarali, a ile w ogóle tego kupili?
Kurwa, jebane psy! – jego rozmyślania przerwał głos siedzącego wciąż za kierownicą Czarnego.

Obejrzał się do tyłu, by zobaczyć holenderski radiowóz, który kazał im zatrzymać się na najbliższym postoju na rewizję. Wejście do strefy Schengen tylko na pozór dawało większy komfort, w praktyce można było być teraz zatrzymanym wszędzie, o każdej porze dnia i nocy.

Chyba nikt z nich nie lubił przedstawicieli prawa, do czego silnie przyczyniła się anarchistyczna przeszłość i styl życia, daleko odbiegający od standardów prawnych Unii Europejskiej. Wciąż jeszcze pamiętał Puchacza, który pytając policjanta dlaczego go uderzył pałą, w odpowiedzi usłyszał: „Za jajco, patałachu!” Na całe szczęście w Holandii nic im nie groziło za posiadanie małych ilości marihuany, natomiast za trzy rzuty szuwaksu mogli spędzić przynajmniej 48 godzin w areszcie.

– Kurwa, ile tego mamy przy sobie? – wrzeszczał wyraźnie zmartwiony sytuacją Czarny.
– Jakieś trzy rzuty – odpowiedział zgodnie ze stanem wiedzy.
– Ja pierdolę! Gibon, wjeb to to albo wypierdol przez okno natychmiast. – Czarny krzyczał będąc w skrajnie stresowej sytuacji.
– Stary, spokojnie. Sytuacja jest pod pełną kontrolą. – odpowiedział mu na pełnym luzie będąc stuprocentowo przekonany o tym, że najlepszą taktyką prowadzenia gry z policją jest zawsze zachowanie spokoju i udawanie najporządniejszych ludzi na świecie.

Wypisz i wymaluj, należało się podszywać pod chodzące przykłady praworządności. Psychologia była narzędziem, którym wygrywało się walki z przeciwnikiem bądź, co bądź uzbrojonym w broń palną i wspieranym zinstytucjonalizowanym parasolem przywilejów, z których aresztowanie
człowieka było najbardziej znaczącym. Poza tym, od zawsze było to dla niego obrazem sublimacji analno-kompulsywnych skłonności do gwałcenia innych jednostek ludzkich w celu zaspokojenia „zwierzęcej żądzy dominacji”. „Chodź tu i poliż moje jaja”, jakby słyszał głos wszystkich policjantów, zjednoczonych w jednej modlitwie.

Nieuświadomiony pociąg pewnych osobników do „maszerowania w szeregu” był w policji tresowany i doprowadzany do perfekcji. Samce beta stawały się w ten sposób manekinami systemu kontrolnego, który wlewał im do mózgów słodki nektar upojenia władzą. Od kiedy zrozumiał to na mocnym kwasie, kariera policjanta nie była jednak dla niego niczym innym niż kontynuacją obrzucania przez dominujące szympansy gównem innych osobników w stadzie i okładania kolegów grabkami w piaskownicy w celu zyskania strategicznej przewagi w wyścigu na najlepsze babki z piasku. Mimo wszystko uśmiechnął się, gdyż jak wynikało z badań antropologicznych, samice znacznie częściej wybierały miłych i spokojnych osobników, które przynosiły im banany niż bezmózgich i agresywnych członków stada.

Oblizał wargi, tymczasem profesjonaliści od wąchania cudzych gaci zbliżali się nieuchronnie wskazując bliski parking. Po jakichś 500 metrach zatrzymali się w końcu na małym cypelku. Zwierzu natychmiast wytoczył się z fury, żeby zajarać fajkę i swoim stanowczym „Meeeee!” zaznaczył, że czeka na ciąg dalszy. Z policyjnego Audi wylazło dwóch młodych typów, zdecydowanie wyglądających na pełnych humoru i uprzejmości osobników. Wypisz, wymaluj, holenderska policja. W porównaniu z polskimi stróżami porządku, to był Pokojowy Patrol Kriszny, ale nigdy w życiu nie dałby się przekonać, że jakikolwiek pies może mieć pokojowe zamiary. Za dużo naoglądał się pałowania do krwi na komisariatach po różnych manifestacjach. Gdyby w Polsce cokolwiek miało zależeć od samej policji, to byłaby to wysokość łapówek, którą poddano by szybkiej „rewaloryzacji”.

Holendrzy podeszli i uważniej oglądając polską rejestrację spytali po angielsku: – Czy można prosić o dokumenty panów? To rutynowa kontrola.
Oczywiście, już pokazujemy. – odpowiedział swoim, jak zwykle, nieco ironizującym tonem, Czarny.
– Wypierdalać z auta, psy chcą zobaczyć nasze dokumenty. Mam nadzieję, że nie będą nam zaglądać w dupę. – dodał głośno czekając aż wyjdą wszyscy.

Policjanci wpatrywali się w brygadę z doskonale wyćwiczoną rezerwą, którą krył standardowy uśmiech. Był to nie tyle efekt psychologicznego treningu, co wychowania w kulturze, w której każdy jest szczęśliwy i przyjazny 24 godziny na dobę. Może i nie potrafili tańczyć, ale byli grzeczni do tego stopnia, iż miał im ochotę zapierdolić łomem w ryj. Nie dawał jednak nic po sobie poznać, słońce świeciło mu prosto na twarz, więc swoje uczucia ukrywał dodatkowo grymasem, towarzyszącym mrużeniu oczu. Młodzieńcy rutynowo sprawdzili wszystkie dokumenty, w tym prawo jazdy i dowód rejestracyjny auta kiwając tylko głowami. Gdy dokumenty powędrowały z powrotem do brygady, wszycy usłyszeli stanowczą prośbę: – Chcieliśmy sprawdzić wasz bagaż. – powiedział jeden z policjantów, wysoki blondyn z wystającą szczęką.

Przez myśl przeszła mu ta odrobina dragów, które wieźli, ale stres starał się ukryć głęboko pod powierzchnią ziemi. – Oczywiście. – odpowiedział Czarny otwierając drzwi – Wszystko jest w środku. – dodał.

Policjanci podeszli, by zajrzeć do środka. Ich oczom ukazała się sterta pudeł i toreb, które zawalały niemal całe wnętrze samochodu. – Co jest w środku? – niemal natychmiast padło pytanie.
– Głównie głośniki, gramofony, kable, sprzęt komputerowy, płyty winylowe, dwie gitary i trzy zgrzewki wody mineralnej. – odpowiedział Czarny nie kryjąc rozbawienia.
– Czy posiadacie jakąś broń lub narkotyki? – wypalił jeden z psów ze śmiertelną powagą.
– Z tego co mi wiadomo, nie mamy ani grama niedozwolonych substancji. Nie posiadamy też ani jednej sztuki broni oprócz plastikowych widelców i rolki papieru toaletowego – odpowiedział im Czarny w taki sposób, że aż sam niemal mu uwierzył.

Ledwo ukrywając zniechęcenie, ale do końca utrzymując pozbawione wyrazu maski służbistów, psy zabrały się do trzepania bagażu. Wyrazy ich twarzy niemal natychmiast zmieniły się w metodyczny grymas, mówiący tyle co: „Z ochotą i posłuszeństwem wypełniamy swoje obowiązki”. Przypomniały mu się stare, komunistyczne broszury, w których uśmiechnięta kołchoźnica chwaliła się świeżo skoszonym naręczem pszenicy, a napis głosił: „Dla dobra partii i narodu”.

Kiedyś dużo zastanawiał się nad instytucją policji, napisał nawet przemądrzały esej pt. „Policjanci i złodzieje czyli wieczna walka porządku i entropii”. Jego konkluzje były następujące. Kiedy wynaleziono Prawo, stworzono też barykadę. Po jednej stroni stanęli złodzieje, a po drugiej policjanci. Ci pierwsi byli po freudowsku oralni, radośni, kochali drobne przyjemności i z ochotą zaspokajali własne żądze. Ci drudzy byli „gatunkiem” analnym, ze skłonnościami do sadomasochizmu i ascezy, odmawiali sobie wszystkiego wmawiając sobie zamiast tego, że przez skrupulatne wypełnianie rozkazów dążą do wyższego dobra.

W swoim eseju wysnuł jeszcze inne analogie inspirując się psychologią rozwojową. „Oralusy” były długo karmione piersią, tak więc przyzwyczaiły się szybko do odczuwania rozkoszy. Gdy jedna się skończyła, natychmiast szukali kolejnej (z takimi matki mają najwięcej problemów). „Analusy” odstawione zostały od piersi bardzo szybko lub też ssały na dzień dobry z butli. Skutkiem tego jedyną interakcją, którą znali od podszewki, była relacja człowiek-przedmiot. Jak łatwo jest kogoś trzepać, lżyć, bić i aresztować, jeśli jest tylko przedłużeniem nie lubianego smoczka. Żadne dziecko nie lubi smoczka, ale smak gumy zostaje w ustach na zawsze (ssący do końca życia noszą za to w podświadomości boski smak wanilii). Skutkiem tego 50% policjantów to krypto homoseksualiści, którzy nie są w stanie rozpoznać, że tak naprawdę ich marzeniem nie jest noszenie gumowej pałki, ale ssanie długiego chuja w miękkim kondomie.

Pamiętał, gdy dzień po swoim pierwszym kwasie siadł do pisania tego eseju. Po jego oddaniu, rodzice zostali bezzwłocznie wezwani na „dywanik” do wychowawcy, ale przez miesiąc nie stawił się nikt, gdyż obydwoje wymówili się „natłokiem spraw osobistych i zawodowych”.

Gdy patrzył teraz na dwóch młodzieńców w mundurach, wyobraził sobie, jak w samochodzie walą konia na krzyż zamiast uganiać się za przestępcami. Złodzieje obrabiający sklepy z elektroniką, gdy stróże prawa obciągają sobie nawzajem… to była dla niego porywająca wizja. Tymczasem z uśmiechem patrzył, jak Czarny otwiera im po kolei wszystkie kartony, walizki i plecaki, by drwiąco pokazywać, że marnują tylko czas. Nie był niegrzeczny, po prostu stu procentowo pewny, że ten słoneczny dzień pożegna ich czymś szczególnym, a ta krótka kontrola jest tylko próbą jego cierpliwości. Gdy policjanci doszli do połowy bagażu, wycofali się posłusznie, powiedzieli „Do widzenia” i pojechali w długą.

Że też nas to musi zawsze spotykać, jak mamy coś po kieszeniach skitrane. – powiedział Czarny śmiejąc się na cały głos. Był w tym momencie, jak szalona wiewiórka, która cieszy się, że ukradła jeżowi orzeszka sprzed nosa.
Stary, możesz mieć trzy kilogramy w plecaku i udawać księdza po niedzielnej mszy. Jeśli będziesz grał swoją rolę wystarczająco dobrze, nawet na ciebie nie spojrzą. To walka psychologiczna, wygrywa zawsze bardziej opanowany… który w istocie jest bardziej wyluzowany. Usprawiedliwia to jaranie jointów na masę, ale przynajmniej nie sprzedajemy ludzi na plantacje wingron do Włoch. – rzucił mu z widocznym uśmiechem na ustach.

* * *

Późnym wieczorem przebijali się przez centrum Amsterdamu jadąc wzdłuż długiego nadbrzeża w poszukiwaniu wolnego miejsca do parkowania. Gdy je wreszcie znaleźli była już prawie północ. Miał to jednak gdzieś, był zmęczony całodzienną podróżą, choć w żołądku jeszcze przechowywał wspomnienia ostatniego posiłku w przydróżnym barze, w którym zjadł naleśniki z czekoladą i truskawkami. „Niech to chuj!”, pomyślał, „Narkotyki trzeba będzie o tej porze kręcić na ulicy.” – Kurwa! – usłyszał głos Zwierza wypowiadający jego myśli na głos. – Wszystkie Coffe Shopy są już pozamykane, trzeba będzie kręcić coś na ulicy. Jak ja tego nie lubię! Znowu łazić, nie!

Generalnie, nikt tego nie lubił. Ulica w przypadku dragów zawsze oznaczała: przyciętą ilość + chujową jakość + wysoką cenę, a więc równała się generalnie wyjebaniu w dupę. Ulica była dla niego jednak zawsze fascynujacym miejscem, która stała się niemal manią po przeczytaniu Neuromancera. To tam przeczytał słynne słowa: „Ulica znajdzie zastosowanie dla każdej rzeczy”, które stały się dla niego mantrą na następne dziesięć lat. Nie było w tym żadnego romantyzmu, ale dziki zew instynktu stwarzał tu znacznie lepsze środowisko do gorących doświadczeń niż kolejny serial o „policjantach i złodziejach”.

Jak kiedyś stwierdził w godzinie przepalenia się mocną trawą: „Każdy nosi swój film w głowie. Jesteśmy jednocześnie reżyserami i aktorami”. Prawda, jak babka z piasku, tak wytarta, że tyłek widać, w owym momencie nie była bynajmniej prawdą pozytywną Gdy pozbierał się już jakoś do kupy po wypiciu szklanki wody z cukrem, stwierdził jednak że o to właśnie chodziło.
– Zwierzu marudzi, kto idzie ze mną? – spytał.
– Ty, ja mogę iść. – odpowiedział Żywica swoim stonowanym, rozleniwionym głosem.
– Spoko, to idziemy.

W przeciwieństwie do wielu innych miast Europy, w Amsterdamie dragi znajdowały cię same. Chciałeś koks, dostawałeś gram ścierwa tak przeżenionego mąką, że zaklejało ci nos. Jeśli chciałeś jaranie, dostawałeś juksa oregano. Żeby nie dać się wyjebać na towarze, trzeba było być wyjątkowo czujnym, w zasadzie jednak bonus dilera był wliczony w taką transakcję odgórnie. Widział cię tylko raz w życiu, więc zwykle wciskał ci takie gówno, jakie mu się podobało. Gdy w końcu powąchałeś, zdawałeś sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu tak drogo zapłaciłeś za przyprawę do sosu pomidorowego.

O tej porze te czarnuchy są już wszędzie. Złapiemy kogoś w okolicy centrum, weźmiemy ze dwa rzuty i spierdalamy z powrotem do samochodu. – powiedział kierując swoje słowa do Żywicy.
– Na luzie, damy radę. – głos Żywicy był wyraźnie optymistyczny, rzadko udawało mu się obejść w życiu codziennym bez zjarania kilku batonów dziennie.

W ciepły i duszny wieczór Amsterdam falował delikatnie w oparach marihuany, zapachów z restauracji, umiejscowionych zwykle tuż obok, co gwarantowało stały napływ klientów i zwykłego smrodku miasta. Kiedy weszli w jedną z bocznych uliczek, zdawało się że trafili w mityczną „aleję dilerów”. Mniej więcej co piętnaście metrów stał jeden typ lub grupka dwóch-trzech gości. Nie trzeba się było wysilać, porozumiewawcze spojrzenie mówiło: „Tak, mam to stary” lub po prostu słyszeli gadkę: „Do you need some skunk, skunk???” Słowa odbijały mu się w mózgu echem, a z ciemnej jamy odpowiedź niemal sama cisnęłą się na język: „Tak, kurwa, chcemy zajarać!”

Wciąż instynkt mówił mu jednak bardzo wyraźnie, że to jeszcze nie ten koleś, jeszcze nie ten towar. Gdy znajdą tego, co trzeba, zwierzęcy głos odezwie się w jego głowie ze zdwojoną mocą. Czuł się trochę nieswojo, niczym W. S. Burroughs desperacko poszukujący źródła ayahuaski w Ameryce Pd. w przerwie pomiędzy jednym ciągiem heroinowym, a drugim. Nie dał jednak tego po sobie poznać. „Bądź czujny, ale wyluzowany”, mówił sam do siebie, żeby rozluźnić napięcie. „Jeśli za bardzo pokazujesz, że ci zależy, on będzie to wiedział i na pewno to wykorzysta. Jeśli będziesz z kolei za bardzo wyluzowany, przegapisz dobry dil. Trzeba grać ostrożnie, ale to gra którą z całą pewnością można wygrać…”

Doszli niemal do samego końca ulicy błądząc wzrokiem po oknach i wejściach do klatek schodowych, ale dopiero na samym rogu dwóch wąskich, krzyżujących się alejek zobaczyli tego, kogo szukali. Skąd to wiedzieli? Mówiła im to intuicyjna wiedza, zrodzona dwieście tysięcy lat temu na afrykańskich sawannach, ale podszlifowana także dwunastoletnim doświadczeniem w szukaniu dragów.

W cylindrze i czerwono-czarnym garniturku stał wysoki czarnuch opierając się o drewnianą laseczkę. Złote Nike były zeszłorocznym modelem, kupionym prawdopodobnie na zimowej wyprzedaży, ale cały styl był wyższej klasy szpanem. Puff Daddy na ulicy w Amsterdamie nie mógłby się zaprezentować lepiej. Mniej więcej z odległości 10-15 metrów doszedł ich aromatyczny i słodki zapach, który wielu ludziom kojarzył się z przechodzącą obok dychą – osobą tak seksowną, że aż przygryza się usta.

Żar na końcu długiego bata, trzymanego przez gościa, nie pozostawiał wątpliwości, skąd dochodzi. Poczuł występujący na czoło pot i lekkie drgnięcie brzucha, uczucie znane wszystkim miłośnikom Świętego Zioła, gdy wejdą w „strefę rażenia”. Zwolnili kroku i spokojnie szli dalej jednocześnie wzrok kierując delikatnie w stronę ziomka, który teraz już też się na nich patrzył. Pomimo mroku nosił ciemne okulary, co samo w sobie nie było niczym niezwykłym. Włosi noszą ciemne okulary nawet w deszczowy dzień. Zza szkieł czuli jednak potężny, niemal zwierzęcy magnetyzm, który nawet jeśli wyuczony, pozwalał robić z ludźmi, co tylko chciał jego właściciel.

– Szukacie czegoś, przyjaciele? – sam nie wiedział czy to pytanie padło z ust kolesia czy tylko zadźwięczało w jego mózgu, ale nie miał wątpliwości, że zostało zadane. Są momenty lotu na mocniejszych psychedelikach, w których sfera mentalna nie jest już dłużej odzielona od sfery fizycznej i zachodzi wtedy pomiędzy nimi szczególna, aktywna relacja. Europejscy lekarze jeszcze długo będą ten stan nazywać oficjalnie schizofrenią, ale nie miał wątpliwości, że gdy tylko społeczeństwo dojrzeje do kolejnego, duchowego przewrotu, prawda ta stanie się obowiązkowym punktem edukacji każdego obywatela odrodzonego organizmu.

Gdy tak stał wpadając w tunel, tworzony przez rozpędzone myśli, który mistrzowie ZEN nazywają „iluzją umysłu”, a co przez Freuda zostało określone jako jednostkowe ego, starał się jednocześnie opanować delikatne drżenie nóg – syndrom rosnącego podniecenia. Gdy doszło wreszcie do przerwania tego transu, z jego ust wyrwała się odpowiedź: – Generalnie, to szukamy czegoś do jarania i jeśli masz coś naprawdę dobrego, możemy rzucić na to okiem.
– Zdaje się, że trafiliście na właściwego człowieka. – powiedział uliczny diler nie przestając się uśmiechać. Jak mu się wydawało (a intuicja rzadko go myliła), ten ziomal chciał ich wpuścić w nieco więcej niż tylko gram White Widow. Jak na ulicznego dilera miał styl, ale jeśli był nim tylko dla zabawy, to był frikiem jakich mało. Z pewnością wydawało mu się jednak, że był księciem ulicy i tego należało się w gadce z nim trzymać.

– Dobra, stary. Powiedz, co masz i ile za to chcesz? – Mówiąc to patrzył prosto w jego ciemne szkła i nie mógł uwierzyć, ale zobaczył w nich swoje własne odbicie. „Ten gość ma okulary, jak lustra”, pomyślał. „Oglądam się w tych pierdolonych szkłach, jak w lustrze, w mojej łazience.” Jego oczy niemal przykleiły się do nich, a obraz nabrał intensywności. Widział w nim siebie rosnącego, jak sosna, zbierającego życiowe doświadczenia, rozkminiającego bzdurne tajemnice, by w końcu stwierdzić, że wszystkie i tak gówno są warte. Mimo tego narosło w nim usilne uczucie, że stoi właśnie przed drzwiami, które otwierają się w życiu każdego tylko jeden, jedyny raz. Albo przez nie przejdzie, albo zostanie na progu… jego myśli przerwał jednak głos człowieka, noszącego owe okulary.

– To, co mogę wam dać, jest towarem najwyższej klasy. Pomimo tego, że to gówno nigdy nie istniało i istnieć nie będzie, wy będziecie mogli się nim zjarać, jak świnie do woli… pod jednym warunkiem, który brzmi następująco. Zwiniecie natychmiast dupy w troki i pojedziecie do Londynu omijając Hagę szerokim łukiem. Czeka tam na was coś bardzo ważnego. Dość powiedzieć, że to może zmenić wasze życie… jeżeli jeszcze nie czujecie, że coś tu w trawie piszczy, moi mili. – powiedział diler (choć to, że koleś był jedynie dilerem, zostało już w zasadzie pobożnym życzeniem) kierując swój wzrok z oddali tysiąca galaktyk. „Sen to czy jawa?”, pytał sam siebie.

– Chwilę…. znaczy tego eeee. – bełkotał oszołomiony.
– Jutro z rana śmigać do Londynu? Stary, jedziemy do Hagi na dobrą bibę furą, wyładowaną sprzętem. Za dwa tygodnie gramy tam konkretną imprezę i musimy sound system doprowadzić do normy, a to też trochę potrwa. Co to za pojebany pomysł z tym Londynem? Jeszcze do tego, z czapy kurwa kompletnie. – sprzeciwiał się Żywica.
– Zrobicie tak, jak wam mówię, albo nie zobaczycie towaru na oczy. Po drugie, muszę wam zdradzić pewną wiadomość z ostatniej chwili. Organizator waszej biby jest od dwóch godzin martwy. Leży w kałuży krwi na podłodze, a jego mały jamniczek przeraźliwie wyje. Sąsiedzi właśnie mają zamiar wezwać policję, bo denerwuje ich hałas, ale was to pewnie nic nie obchodzi, co przyjaciele? – powiedział, spytał czy przepowiedział ich nowo poznany znajomy?
Sam nie był w stanie stwierdzić. Coś mu jednak szeptało, że wszystko co koleś powiedział było prawdą, a oni właśnie znaleźli się w centrum głębokiej na trzy metry kloaki, wydzielającej mało przyjemny zapach.

Myślicie, że ta inwazja rosyjska to przypadek? Myślicie, że ten dzień jest przypadkiem? OK, macie rację, ale wtedy wszystko jest zasranym przypadkiem. Jeśli zaś jej nie macie, wszystko zostało ukartowane. Kto więc pociąga za sznurki? – czarnuch przyszpilił ich do muru jednocześnie wydobywając na wierzch, skrywane przez niego latami paranoje. Czy mógł się im teraz oprzeć? Spojrzał na zegarek, była 23:17. „W jaki sposób zrobiło się tak późno?”, spytał siebie w duchu. A może to efekt wciągania szuwaksu od tygodnia? W jego mózgu szalały teraz dwa szczury, jeden ciągnął drugiego za ogon. Rozsądek jednak doszedł do głosu, kiedy spytał nagle: – Najpierw musimy zobaczyć towar. Skąd mamy wiedzieć, że nie sprzedajesz nam jakiegoś gówna?

– Człowiek interesu, co? – odpowiedział mu wesoły coraz bardziej głos kogoś, kto wydawał mu się teraz clownem cyrkowym.
– Wiesz, lubię wiedzieć co kupuję. W ten sposób przynajmniej nie wychodzę na frajera. Raz dostałem majeranek na ulicy, więc wolę tym razem tego uniknąć.
– W porządku! Dla mnie to czysta przyjemność! Zobaczcie, powąchajcie i zajarajcie sobie. Dziadek wie, co dobre i nie szcza po oczach. – kolo sięgnął do wewnętrznej kieszeni garnituru, żeby wyjąć pomarańczowy woreczek, wypchany po brzegi szczytami tak aromatycznymi, że gdy tylko wziął go do ręki, w nos uderzyła go dzika, aromatyczna woń.
– Uchylę wam rąbka tajemnicy i powiem, że to gówno klasy superior nazywa się Alamuth Star. Odmiana ta wyhodowana została w dalekim Afganistanie przez miejscowych Talibów, którzy zebrali żniwa nie wiedząc nawet, od kogo pochodziły nasiona. Chyba wiecie, że z tego i z produkcji opium i heroiny finansują swoją pierdoloną paryzantkę? W każdym razie, gdy ładowali zbiory na ciężarówki pod ochroną swoich bojówek, nie wiedzieli także, kto będzie ich odbiorcą. Końcem tego łańcucha jesteście m.in. wy, a powiem wam, że odbiorcy tego gówną są starannie selekcjonowani – czarnuch zaczął śmiać się do rozpuku.
– Tego no… – bełkotał w odpowiedzi patrząc na Żywicę jeszcze bardziej zdezorientowanego niż on sam. Gdy w jego dłoni spoczął pomarańczowy woreczek usłyszał jeszcze tylko: – 30 euro! To niska cena za oświecenie.
– Ile, kurwa? To najdroższa marihuana, jaką w życiu kupowałem! – odezwał się w nim głos sprzeciwu.
– Pamiętaj, kto wsadził cię na to siodełko! Kierownica będzie jakiś czas latać, ale nie bójcie się. Wujek będzie nad wami od tej pory czuwał. Wszystkie szczegóły dostaniecie jutro przez telefon – władczo zakończył „książę ulicy”, by wysunąć dłoń, do której natychmiast bez dalszych targów, wsunął żądaną sumę. W jednej sekundzie zrozumiał, że spłaca dług, który zaciągnął dawno temu… ciągle nie wiedział jednak za co.

* * *

– Obudź się, kurwa, pierdolony pijaku! – usłyszał przez sen głos Czarnego. Wędrował w nim po Amsterdamie szukając czegoś do jarania, by w końcu natknąć się na jakiegoś czarnucha, przejawiającego cechy przewrotnego, afrykańskiego bóstwa, o którym gdzieś kiedyś czytał na ćwiczenia z antropologii Afryki Zachodniej… ale chwila, byli przecież w Amsterdamie!
Ty, stary, weź mi coś powiedz, ok? Tylko się nie śmiej, bo nie wiem sam co o tym sądzić. Gdzie my jesteśmy? – spytał zauważając w tym samym momencie, że…
– JAK TO GDZIE, KURWA? Do Londynu jedziemy, tak jak z Żywicą wymyśliliście. A niech was chuj i te wasze pomysły. Przychodzicie o trzeciej nad ranem zapruci jaraniem i najebani, jak świnie bełkocząc coś, że Alex nie żyje i musimy jechać do Londka olewając zlot sound systemów. Wszyscy do was, że na mózg wam się rzuciło, ale wy idziecie w zaparte. Mówimy więc, spoko. Dzwonimy do typa i odbiera… policja. Kurwa mać, sam bym chciał zobaczyć swoją minę, gdy powiedzieli mi, że koleś nie żyje, a oni zabezpieczają wszystkie ślady, żeby wszcząć śledztwo. Nie wykluczają ani zabójstwa, anie samobójstwa.
– Więc to prawda, to nie był jebany sen. – westchnął z bardzo dziwnym uczuciem.
– Nie kurwa, dotychczas wierzyłem w takie rzeczy jedynie na kwasie, ale zmieniłem zdanie. Może tym zasranym światem rządzą jakieś nieznane nam siły, które kierują naszym przeznaczeniem. Wiesz, od dawna taką furtkę sobie zostawiłem, żeby w coś jednak uwierzyć, jak zawiedzie mnie wiara w technikę i systemy sieciowe. Kurwa, jak ja pierdolę. Sam siebie słuchać nie mogę. – zakończył swój monolog Czarny, który przez długi czas uchodził w brygadzie za jednego z najbardziej zdrowo rozsądkowych, kierujących się intelektem ludzi.

Wciąż czuł się tylko w połowie obudzony i miał problemy z pozbieraniem myśli do kupy. Londyn, tajemniczy czarnuch, wyglądający jak alfons z Shaft i w końću ich przyjaciel Alex, który umarł w tajemniczych okolicznościach, właśnie gdy jechali na organizowaną przez niego imprezę.
– Ma ktoś wodę? – spytał.
– Masz. – odpowiedział Czarny podając mu butelkę mineralki.

Przez większość swojego życia uważał, że rzeczywistość to w zasadzie sen o różnych stopniach twardości, zmieniających się na okrągło w ciągu doby. Generalnie był przekonany o tym, że wszystko jest możliwe i pomimo tego, że wciąż nie chciał przyjąć na wiarę istnienia rasy szarych kosmitów z wielkimi głowami, odwiedzajacych Ziemię i wszczepiających czipy w okolicach nadgarstka, teoretycznie przyjmował istnienie takiej możliwości. Zawsze miał za to problemy ze zrozumieniem przeciwstawnej logiki myślenia, mówiącej o tym, że jedyną realną rzeczą, były twarde prawa matematyki, powiązane z arystotelesowskim rozumieniem rzeczy, w którym wszystko wiąże się w ciągi przeczynowo-skutkowe i niemożliwy jest przypadek. Jego światem rządził prastary chaos, do którego przez całe życie szukał klucza.

– Ile nam zajmie dojechanie do Londynu? – spytał
– Jakieś 8-10 godzin, może mniej, a może więcej. Zależy od tego, jak szybko będzie nam się tam chciało dostać i od tego czy po drodze nie spotkacie Chińczyka, który powie wam, że naszym przeznaczeniem jest ominąć Londyn i lecieć pierwszym samolotem do Pekinu. A może przyśni ci się Myszka Mickey mówiąca, że Koniec Świata jest blisko i należy kontemplować nad mandalą z Kaczorem Donaldem. To jest kurwa szaleństwo, a w szaleństwie wszystko jest możliwe. – niemal krzyczał Czarny wymachują przy tym rękoma.

Po cichu przyznał, że definicja szaleństwa Czarnego pokrywała się w dużej mierze z jego własną wizją rzeczywistości. Instynktownie sięgnął do kieszeni, żeby sprawdzić czy jest w niej wszystko. Wyjął portfel, w którym, jak pamiętał, upchnął torebkę z Alamuth Star. Odetchnął głęboko, gdy zobaczył że oprócz tego, co spalił z Żywicą poprzedniego dnia, była ona cała i wciąż pachniała, jak gdyby szczyty zostały zerwane wczoraj.

Wrócił pamięcią do rozmowy z poprzedniego dnia przypominając sobie, jak spotkany przez nich diler objaśniał im źródło pochodzenia sprzedawanej marihuany. Nazwa Alamuth krążyła po jego głowie całą noc, gdy krążyli ujarani ulicami Amsterdamu, niby tunelami miasta, zamieszkiwanego jedynie przez żelkowe misie, by spocząć w głębinach podświadomości nad ranem. Teraz wyskoczyła z niej nagle, jak diabeł z pudełka, a jego umysł natychmiast wskazał plecak, gdzie krył się kupiony w Berlinie egzemplarz jednego z okultystycznych perdiodyków o nazwie Ultra Culture Journal.

Jego palce szybko przerzuciły kilka pierwszych stron, by znaleźć indeks tekstów tej niecodziennej antologii. Był pewien, że pierwszy raz zobaczył nazwę Alamuth właśnie tutaj. Przesunął palcem w dół strony, by znaleźć tekst jednego z najbardziej wyjebanych bitników, Briona Gysina o nazwie A Quick Trip to Alamut. Na chybił-trafił otworzył jedną ze stron zapisków z podróży, a jego wzrok spoczął na słowach: By the year 1090, the Alamut Academy was the world’s finest finishing school for secret agents. The way it worked was elegant, simple. You announce you are starting a commune to beat the Millennium, the next thousand years, in some spot as bare as the hills of Nevada. You make it hard to get in and you announce that once you are in… really IN… you can never get out again. You won’t even want to. The young are so needy of something, they beat their way to your retreat but only the pick of them ever even get inside your gate where you make them sit on their hard hungry young asses and wait… wait… wait. When they’re really ripe, you take four to ten of them together inside where you feed them and turn them on. You do this in your kennel which you tell them is your chapel, your Chapel of Extreme Experience, lowest grade. Food, music and sex served by chicks and you’ve got it made. You’ve got yourself a faithful free worker, a Fida’i, a devoted Dogface. A Dogface must do all the dirty work and you give him plenty of it. If he survives, he may be turned on again, a little higher, and allowed to begin his Basic Training after which he becomes a Rafiq or Private First Class who may move on up to become a Dai. Dais are Sergeants all the way up to the top three officers, Dai-al-Kirbai, who answer only to the Sheik-al-Jabal or Master of Masters, the Grand Old Man himself. Obedience to the Old Man is absolute (…)

A więc to tak! Czy właśnie został zwerbowany przez tajemniczego czarnego osobnika za pomocą odlotowej marihuany, nazwanej tak na cześć Akademii w Alamut? Myśli biły się między sobą, jak myszy o kawałek sera. Przerzucił kilka stron i czytał dalej: My boy Hassan was born in Ray, near present day Tehran, and studied in Nichapour to the east on the old Silk Route to China where he went to a medersa, a boarding-school in which he shared a study with two other boys who are equally famous in history. One of them was known as Nizam al Molk when he became Prime Minister of the then-immense Persian Empire. The other was Omar Khayam, the poet with the jug of wine, who must have been as seductive a character as we find him to be when we read his Rubaiyat. These three got on so well together than they opened their veins and mingled their blood in a schoolboy oath that was supposed to hold good for a lifetime. When Nizam became Prime Minister, he named Omar Khayam state astronomer because he was good at mathematics. Hassan was not but when he came to court on the strength of their romantic bond, Nizam gave him the post of Minister of Finance. While preparing his budget, Hassan sought out the help of Omar with whom he left overnight all the papers pertinent to his financial report which he was to read to the Shah and the assembled court in the morning. When the time came, Hassan picked up his papers and read them aloud, just as he found them. Everyone gasped and then broke out laughing, louder and louder as Hassan struggled on, talking what seemed to be utter nonsense until the Shah stopped him and sent him away in disgrace. What had happened was that someone, presumably Omar… or was it Nizam?… had not only scrambled the pages but cut them in four and carefully pasted them together again. Now, this is the random process of discontinuity with which Burroughs and I have been working since 1960 when I called them the Cut-Ups (…)

Oczywiście wielbił Williama S. Burroughsa i całą jego załogę. Byli jednymi z jego absolutnych ulubieńców w swoim umiłowaniu życia i sztuki uosabiając przy tym coś mitycznego. Jako pierwsi odrzucili rolę, jaką przypisało artystom Zachodnie Społeczeństwo. Bitnicy jako pierwszy, kontrkulturowy ruch XX wieku odrzucili istnienie w społeczeństwie w zamian postulując możliwość życia na jego obrzeżach. Bitnicy postulowali rewolucyjną taktykę przeobrażania życia poprzez sztukę i magię. Zamiast powoli stawać się konsumpcjonistycznym fetyszem, który gdy tylko nieco zmurszeje, umieszcza się w galeriach i muzeach, wypisali się z europejskiej tradycji intelektualnej pływając w morzu ZEN, homoseksualizmu i doświadczeń narkotycznych balansując ciągle na granicy prawa.

Nawet gdy w końcu stali się klasyką, ich książki trafiły na półki wszystkich księgarń świata, a obrazy zawisły w galeriach, ich przesłanie nie zostało wymazane. „Wszystko krąży tu w kółko”, pomyślał. Zatęsknił nagle za dniami, w których był niczego nie podejrzewającym uczniem szkoły średniej. W dniu, w którym kolega po raz pierwszy poczęstował go ziołem, jego życie raptownie zmieniło bieg. Teraz zaś miał zasmakować tego, co znaczy wmieszać się w grube gówno, a początek tego miała stanowić paradoksalnie marihuana. Rozmyślania jego przerwał dzwonek telefonu, natarczywie upraszający się o uwagę. Na ekranie wyświetlił się jego ulubiony komunikat: „Numer prywatny”. Odebrał: – Halo, słucham. Kto mówi?

– Witam cię, przyjacielu. Czy słuchasz uważnie? Jeśli jeszcze nie w pełni oswoiłeś się z wydarzeniami zeszłej nocy, skup się, gdyż mam ci dużo do powiedzenia. – odezwał się w słuchawce znajomy głos.
– Poznaję cię, choć cały czas myślę o tym czy to się zdarzyło wczoraj naprawdę. Jeśli mamy jednak rozmawać, nie chcę gadać z anonimem i chciałbym, żebyś mi się przynajmniej przedstawił. – zażądał stanowczo, co nie często mu się zdarzało, gdyż był raczej osobnikiem o łagodnym usposobieniu.
– Spokojnie, spokojnie, Gibonku. Moje prawdziwe imię jest zbyt długie do zapamiętania, tak więc nie ma sensu, żebym ci je teraz wyjawiał. W swoim czasie poznasz je jednak z pewnością. Możesz na mnie jednak mówić Smoky, co będzie ci się pewnie dobrze kojarzyło. – ze słuchawki usłyszał wybuch dzikiego śmiechu. – Jeśli masz o mnie myśleć, myśl o mnie, jak o dymie z jointa albo oparach rumu. To, co widziałeś, było tylko jedną z moich form. Przybieram je głównie dla zabawy, żeby umilić sobie czas. Jednak do rzeczy, dzwonię do ciebie, żeby podać ci adres w Londynie, pod którym odbierzecie pewną przesyłkę. Ostrzegam, nie otwierajcie jej pod żadnym pozorem. Adres, to Peckham Road 23, mieszkanie numer 5. Jeśli chodzi o waszego przyjaciela z Hagi, to na razie mogę wam wyjawić tylko, że zabili go nasi wspólni wrogowie. Kim są, dowiecie się być może w swoim czasie. Na razie jednak doradzam, żebyście nie ufali nikomu. Wróg ma swoich agentów nawet wśród ludzi, których nigdy w życiu nie podejrzewałbyś o oglądanie Titanica.

Jego myśli stały się lodowate, oglądał Titanica i nawet na nim płakał. Czy to znaczyło, iż znalazł się w sferze, opanowanej przez niewidzialnego wroga? Czy to ONI pociągali za sznurki przy produkcji 300 wybierając producenta, reżysera i scenarzystę. Był to jeden z filmów, który wprawdzie mu się nie podobał, ale wzbudzał w nim dziwne uczucia. Pytania znowu tłoczyły się, jak kolejka na zimowe przeceny w Primarku.

– Czy oni kontrolują także rządy narodowe? – spytał wyjawiając swoje dawno skrywane paranoje.
– Lepiej spytaj czy istnieje w ogóle coś takiego, jak rząd narodowy? Może oni chcą, żebyś myślał, że istnieje, co z kolei podsuwa myśli o jego kontrolowaniu przez kogoś z zewnątrz.
– To by było bardzo sprytne, niemal mistrzowsko przebiegłe! – odpowiedział zdumiony istnieniem takiej ewentualności.
– Pamiętaj o Ukrainie. Czy sądzisz, że w Rosji naprawdę rządzi jakiś rząd, który zdecydował o inwazji?
– W jaki sposób możesz to udowodnić?
– Nie chcę tego robić teraz, pomimo tego że mógłbym odsłonić przed tobą wszystko. Informacje te mogłyby cię jednak zaszokować. Zamiast tego podam ci informację, która sama dowiedzie, że wiem coś, czego nie wie 99,99% ludzi na tym świecie. Obserwuj od tej pory uważnie prasę, internet i telewizję. Dokładnie za miesiąc, 23 września, Antonio Guccini, obecny prezydent Włoch, przejmie całkowicie władzę w tym kraju obwołując się Duce Superiore. Zlikwiduje rząd i podporządkuje sobie całkowicie wojsko i policję. Pójdzie mu dosyć gładko i tylko jedna prowincja będzie stawiać opór posiadając wystarczające siły ekonomiczne, żeby mu się oprzeć. Oczywiście nie muszę przypominać, że informację tą powinniście zatrzymać dla siebie.
Gdybym to powiedział na głos i tak uznaliby mnie za chorego psychicznie.
Otóż to. Tymczasem, dzieci. Bawcie się dobrze i nie zapomnijcie o przesyłce. Nie oddajcie jej w żadne niepowołane łapy.

„No to ładne gówno”, pomyślał zdając sobie sprawę, że w furze wszyscy na niego patrzą. Z twarzą przypominającą człowieka w środku ciężkiego, ketaminowego tripu wreszcie wybełkotał: – Tylko nie wińcie mnie za to co powiem, ale właśnie zadzwonił do mnie ten no… diler. Dobra, nazwijmy go „czarnym koleżką”! Podał mi adres w Londynie, pod którym mamy odebrać przesyłkę. Gdzie ją mamy zawieźć, nie wiem. Powiedział, żeby nie oddawać jej nikomu pod żadnym pozorem. Wiem, że brzmi to jak komunikat od kosmitów, którzy mówią, że Ziemia jest na skraju zagłady, a wokół niej toczy się wojna o jej przyszłość, ale widocznie właśnie znaleźliśmy się w środku takiego samego gówna… kurwa. – gdy skończył patrzył jednocześnie w oczy wszystkich.

Z oczodołów jego przyjaciół wyzierało zaś wszechmożne pragnienie zrozumienia, przemieszane z niepewnością tego czy to żart, rzeczywistość, sen, czy wszystko po trochu. – Dobra, to kto skręca bata? – usłyszał po chwili rozleniwiony głos Zwierza.

Conradino Beb

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.