Plakat Stalina i Bieruta, oboje z dolepionym trzecim okiem w hinduskim stylu, podpisany „Galaktyczna Federacja Freaków przedstawia: Stalin i Bierut patrzą w lepszą przyszłość”. Za postaciami wyrasta piramida z wielkiej płyty.

Niezwykłe. To słowo towarzyszyło mi przez czas trwania koncertu. Do tego wyrafinowane, ludyczne, kosmiczne i szyderczo dowcipne. Stojąc na skraju góry, której zazieleniony stok rozwijał się jak dywan w stronę sceny, nasłuchiwałem uważnie dźwięków dochodzących z niecki. Nade mną toczył się galaktyczny melodramat – tysiące konstelacji, a czerń między nimi wypełniona świętą geometrią i kilka kwadrantów, opanowanych przez wojnę międzygwiezdną. Pewnie już się domyślacie, że opanował mnie kwas. Mój stan był nieuniknionym efektem przyjazdu na festiwal Ozora 2009. Nie za bardzo wiedziałem czego mam się spodziewać po tej imprezie. Wyobrażałem sobie eko-wioskę, nową generację hipisów i mnóstwo glowing sticków, a wszystko to połatane nićmi dziwności i alienacji.

Czekało mnie odmienne doświadczenie. Zamiast gimnastykować się w zaangażowaniu politycznym, musiałem co chwila świecić portfelem. Doliny, w których rozkraczył się kosmaty pająk festiwalu opanowała chmara straganów. Powstało mini-miasteczko wszystkiego co podejrzanie alternatywne. Sprzedawano tam kolorowe, rave’owe ciuchy z drugiej ręki (wcześniej noszone przez elfy), koszule z batiku, ręcznie robioną biżuterię, czaj – herbatę z mlekiem i indyjskimi przyprawami, prześcieradła z obliczami Kryszny, Ganeszy, fluorescencyjnymi grzybami lub gnomami siedzących na grzybach, gofry, lody, węgierskie langosze, kebaby i migające naszywki z liściem marihuany. Ludzie wdzierali się wartkim potokiem w każdy zakamarek tej „dzielnicy osobliwołci”. Wszystkie przybytki w miasteczku miały charakter prowizoryczny i stale otaczała je aura pyłu. Z garnków dobiegały aromaty wegetariałskich potraw, z imbryków woń czaju z masalą, a ze stert fosforyzujących ciuchów zapachy kadzidełek sandałowych.

Główna ulica tego magicznego slumsu przebiegała w pobliżu namiotu chill outowego, gdzie 22 godziny na dobę rozgrzewali swoje płyty utalentowani didżeje. W namiocie trawę przykryto wykładzinami po to, by ludzie relaksujący się przy granej na żywo muzyce mogli leżeć. Publiczność tego przybytku opanowała do perfekcji umiejętności posługiwania się magicznymi papierosami. Leżąc na wykładzinie, gdziekolwiek bym się nie odwrócił, widziałem jak kręcą jointy przez 22 godziny na dobę. Jeżeli ktoś akurat tego nie robił to albo już palił, albo spał, wtulony w kogoś kto palił lub skręcał, albo siedział w kółeczku znajomych, z których jeden skręcał jointa. Charakterystyczny aromat spalanego haszyszu owijał się harmonijnie wokół zapachu kadzideł, tworząc gnostyczny wizerunek dwóch, przytulonych do siebie węży.To nie wszystko. Główna ulica kończyła się sceną główną. Przez większą część czasu grano tam muzykę psy trance’ową – full-ony o tempie beatu, naśladującym uderzenia serca podczas gonitwy za tramwajem.

Zdarzało się jednak, że na scenę wlatywało coś jeszcze bardziej alternatywnego. Tak było w przypadku Shpongle’a. Ten koncert uprzytomnił mi radośnie, do czego zmierza subkultura, w której się znalazłem, gdzie leżą jej nogi i w jakim kierunku patrzy jej trzecie oko. Otóż na uboczu węgierskiej wsi Ozora usadowił się lunapark dla kwasiarzy. Alleluja! Dopiero po spożyciu kwasa zrozumiałem, że to miejsce zostało stworzone w tym celu; ukształtowało się w skomercjalizowany komplet psychedelicznych puzzli, w targowisko pełne cygańskich wróżek bez piątej klepki, brodatych kobiet i napranych tajemniczymi eliksirami akrobatów.

Cały ten galimatias został zaś przedstawiony w odsłonie 2.0. O ile tradycyjne cyrki objazdowe miały mniej tajemnic niż mogłoby się wydawać, tutaj wszystko opierało się na zgłębianiu tajemnicy, zaczajonej na dnie kubka, do którego wpadła kropla LSD. Ten cyrk został stworzony dla bardziej wnikliwego i nastawionego na głębsze przeżycia odbiorcy – nomen omen prawdziwą trupę spotkałem szalejącą do muzyki Shpongle’a. To był alians pomiędzy galaktyczną federacją frików w stylu Kena Keseya, związkiem zawodowym neo-druidów i wszystkich tych, którzy noszą w sercu słodkie czasy boomu na kadzidełka i indyjskie szmatki z połowy lat ’90.

Po zmroku cały ten halucynogenny bałagan przeszywały refleksy światła z transcendentalnej kuli dyskotekowej końca czasów, którą zapowiadał Terrence McKenna. Zapalały się światła we wszystkich dozwolonych kolorach, lasery zaczynały przeszukiwać niebo, a lampy UV oświetlały nieliczne, białe koszule. Zanurzone w tym efekciarskim blasku pływały nakwaszone gęby psychedelicznego plebsu z całej Europy. Każdy z nich się wyróżniał. Moją uwagę zwróciły zwłaszcza typy jezusowe: długie włosy, bródka, chudzi i uśmiechnięci. Pewnego dnia wylegiwałem się w namiocie chill outowym, kiedy jeden z nich, ewidentnie opętany przez duchy przodków, pokonywał kilka razy ten sam tor przeszkód – od skraju namiotu do parkietu. Tego najlepiej zapamiętałem. Był to typowy jezusowiec i na dodatek tak nakwaszony, że oglądanie go było, jak widok kreskówki z królikiem Bugsem. Co chwilę pod jego nogami wyrastały przeszkody – ludzie leżeli wszędzie, poskładani jak drzewa w czasie wichury.

Obce postaci dziwnie mnożyły się przed nim, a do tego miałem wrażenie, że nieświadomie wybiera najbardziej zatłoczoną drogę. Jego chód odzwierciedlał sytuację. Co chwilę był o krok od przewrócenia się. Ponad nim migotały ekrany z kolorowymi wizualizacjami, a ja leżałem na wykładzinie, nieśpiesznie sącząc magicznego papierosa. Przypomniałem sobie wtedy pewną sentencję z dokumentu o Hunterze S. Thompsonie, słynnym dziennikarzu-łajdaku, reporterze piszącym podług własnego prawidła, twórcy unikalnego stylu gonzo, zrodzonego z solidnej działalności reporterskiej i dużej dawki psychedelicznych reminiscencji. Hunter stał się ikoną nieposłusznych lat sześćdziesiątych, a słowa które mnie uderzyły, dotyczyły jego pisarskich fanów i brzmiały tak: „Thompson ujrzał, iż społeczność frików to rynek zbytu”. Festiwal, na który trafiłem był w istocie dziełem frików przeznaczonym dla frików. Żaden normals nie podjąłby się jego organizacji i kapitalizacji. Prędzej gały wykręciłyby mu się w kwasowym spazmie, a chciwość wypociła w całonocnym transie.

Czy na imprezie pojawili się normalsi? Owszem, ich ambasadą była jadłodajnia w stylu afrykańskim, gdzie można było zjeść pizzę za 3,80 euro. Był to jeden z najtańszych posiłków na festiwalu. Tak się składa, że rodzina normalsów piekła pizzę. Podejrzewam, że nie podołaliby temu na haju. Do przedsiębiorczych frików należał między innymi Sikh serwujący herbatę i facet, którego hasło marketingowe naśladowało meczenie kóz: „Me-me-me-magic mushrooms!” Od tego ostatniego otrzymałem ulotkę, zachęcającą do odwiedzenia sklepu internetowego, na której był umieszczony dowcipny komiks, przedstawiający grupę walczących ze sobą kapłanów różnych religii. Rabin walił księgą jogina, papież i mułła poszli na noże, a rozwścieczony buddysta unosił ciężki posążek oświeconego grubasa nad głową protestanta. Niebieski, antropomorficzny grzybek, widząc ten przesyt agresji, wziął do łapek siatkę na motyle i schwytał lewitujące nad grupą symbole religijne. Ostatni obrazek w komiksie przedstawiał grupę pobratanych kapłanów, pozytywnie odurzonych wywarem z symboli. Jak już rzekłem: Alleluja!

Pewien dziwny epizod powracał w mojej pamięci przez cały następny dzień. Stojąc w kolejce do budki z goframi wdałem się w dyskusję z dużo starszym Belgiem, który miał na białej koszulce czerwony napis „seconds” lub znak zapytania (nie byliśmy w stanie tego dokładnie ustalić). Spytał mnie czy brałem czerwoną albo niebieską pigułkę – wyraźnie odwoływał się do Matrixa. Rezolutnie spacyfikowałem go kłamliwą odpowiedzią: „Nigdy nie jadłem ani czerwonych ani niebieskich pigułek”. Gość chyba zrozumiał, iż nie pojąłem sensu jego pytania, więc próbował dociec czy ścigam białego królika. Znów go zawiodłem – rzuciłem zdecydowane nie – króliki to nie moja sprawa. W ostatniej, panicznej próbie komunikacji wyciągnął ramię w kierunku sceny głównej, na której przed chwilą szaleli muzycy Shpongle’a i powiedział „Czy to dla ciebie Kraina Czarów?”, a ja na to „tak jakby”. Lakoniczność z mojej strony była efektem enigmatycznego czynnika: nie miałem zaufania do jego aury. Nie mogłem się z nim nawet przyzwoicie pożegnać, bo choć wypełniała mnie serdeczność, to dłonie miałem upaćkane sokiem z nektaryny.

Simon Posford przygotowywał się do występu. Puszczał w ruch płyty, odpalał sekwencery. Niebo, co i rusz przecinał wibrujący dźwięk, kawałek dźwięku, poskręcana i zsyntetyzowana nuta. Stojąc ramię w ramię z jednym z moich kompanów powiedziałem „Czuję, że coś tu się dzisiaj wykluje”. Są to mniej więcej na sto procent słowa, które wtedy powiedziałem. Moje przeczucie się sprawdziło, to co wydarzyło się tamtej nocy pomiędzy Shponglem, publicznością, ziemią i gwiazdami było czymś więcej niż sumą elementów. Kiedy zaczęli grać, zeszliśmy w dół do niecki, w której znajdowała się scena. Posford jest muzykiem-eksperymentalistą najwyższych lotów. Odpowiada między innymi za takie projekty chill outowe jak: Younger Brother, Celtic Cross, Gargoyles, Dub Trees i Anubis oraz za projekty psy trance’owe tj. Hallucinogen, Astral Projection, Infernal Machine, Mystery of The Yeti i Prometheus. Simon jest także założycielem wytwórni Twisted Records, która skupia psy-ambientowych, dubowych i trance’owych artystów. Shpongle to jeden z najpopularniejszych w historii efektów działania psychedelicznej sceny house’owej. To dziecko Posforda i jednego z ojców psy trance’u, brodatego, siwego Australijczyka w cylindrze, znanego jako Raja Ram.

Shpongle razem z widownią tworzą maszynę chuchającą i dmuchającą z tysiąca swoich dmuchawek – jak lokomotywa, co pot z niej spływa, służąca do międzygwiezdnych wojaży. Co wydmuchuje? Strzałki pokryte toksynami tajemniczych ropuch z Amazonii? Muzykę? A może zawiesiste powietrze – smród potu, tłumu bosych stóp i mirry? Może to pierdnięcia rozpylaczy odświeżającego ozonu? W wyniku działania LSD ilość dmuchawek cudownie się pomnaża. W istocie był obecny tylko flet indyjski Rajy, jednak olbrzymi, fluorescencyjny namiot, pod którym stłoczyli się ludzie, scena w szpiczastej chatce, dyskoteka wydmuchiwana razem z powietrzem na trawniki, otaczające imprezę i niebo pękające od konstelacji zrodziły prawdziwą halucynację. Na scenie wypełnionej instrumentami (część z nich pozaziemskiego pochodzenia) magicy wytwarzali muzykę. W Ozorze działała manufaktura nowej atmosfery – odświeżającej, a zarazem przepełnionej cuchnącą fizjologią, nieustannie przeszywanej lancami zsyntetyzowanych dźwięków. Przebywając w pobliżu sceny, w centrum rozbawionego tłumu nie wiedziałem po czym stąpam. Nie mogłem się połapać czy to, czego dotykają moje stopy jest miękkie czy twarde? Nie potrafiłem zdecydować czy zapadam się w lepkim błocie czy miękkim pyle? Czy miałem już mokro w butach? Czy byłem spocony? Przecież miałem na sobie sweter… a jednak sweter był cienki.

Raz po raz moja świadomołć formułowała pytanie „Skąd ta wilgoć?”. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że była to nasza wilgoć – wilgoć tłumu jaskiniowców na co dzień wyposażonych w elektroniczne zabawki i dosiadających metalowych dinozaurów. Mikroskopijne krople wody otaczających mnie ludzi wymieszały się z wodą w moim organizmie. Nie wiem jak i kiedy stało się dla mnie jasne, że muzycy Shpongle’a odebrali poród noosfery, euforycznej wspólnoty percepcji, przekraczającej swoim zasięgiem sumę części składowych. Poczucie tożsamości jaskiniowej przeważało cały czas trwania tripu. Była to radosna tożsamość, dobrze ukorzeniona i zadowolona z siebie. Aspekt człowieka pierwotnego wbił się we mnie gładko jak kieł tygrysa szablastozębnego. Przeszedłem inicjację na członka plemienia. Terence McKenna, słynny surfer, pędzący po falach świadomości, mówił że w przypadku wyboistej fali należy cofnąć się pamięcią do czasu, gdy wszystko było w porządku i stamtąd planować dalszą drogę. Terence propagował archaiczne odrodzenie – ponowne odkrycie rytualizmu i egalitaryzmu społecznego naszych najdawniejszych przodków. Wcielenie idei odrodzenia miałyby ułatwić rośliny używane przez szamanów.

Czy kwas zrobił krótkie spięcie w moich neuronach, czy istotnie otrzymałem przekaz Stamtąd? Nie wspomniałem dotychczas, iż jedząc LSD, ja i jeden z moich kompanów obiecaliśmy sobie, że spróbujemy podłączyć się do zbiorowej niełwiadomości i wyciągnąć lub wyprosić od niej informacje na temat nurtującego nas 2012. Odnoszę się sceptycznie do tego rodzaju rzeczy, gdyż potrzeba naprawdę silnych substancji, by postawić moje neurony w stan gotowości. Jednakże nowo zdobyta tożsamość pierwotna i mnożące się w nieskończoność wizerunki świętej geometrii mogłyby zostać zinterpretowane na korzyść 2012. Co dalej ze Shponglem…?

Opuściłem swój posterunek pod sceną, mijając po drodze całą panoramę nakwaszonych fizjonomii (między innymi święcie oburzonego Indianina, którego potrąciłem łokciem). Siedząc na trawniku w odległości pięćdziesięciu metrów od sceny, obserwowałem spektakl wywołany przez kolektyw plemienny. Obserwując gwiazdy rozciągające się ponad sceną, posłałem szyderczy channeling w przestrzeń kosmiczną: „Patrzcie jaką imprezę urządziliśmy”. Widowisko sprawiało wrażenie bardzo zaawansowanej technologicznie instalacji. Jest to specyficzna cecha imprez skierowanych do plemienia nakwaszonych prymitywów – czysty dźwięk surround i olbrzymi obraz 4D. Kosztowne zabawki dla niewtajemniczonych nie mogą się równać ze spoconą, kwasową lokomotywą. To kwestia wyższości jednej technologii nad drugą.

autovidol

Reklamy

One comment

  1. Zdecydowanie zaczarowany tekst.
    W tym roku wybieram się na Ozorę, mam nadzieję doświadczyć tego, co tu opisujesz.
    Oby kwas był dość kwaśny 🙂

    Pozdr. AL

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.