Zbiory koki w Andach

Wprowadzenie

Crowley był konsekwentnym przeciwnikiem każdego rodzaju prohibicji, co wynikało z przyjęcia przez niego „prawa thelemy”, mówiącego że każdy ma prawo czynić to, co dyktuje mu jego wola. Według Crowleya już sama idea mówiąca o tym, że zakaz może regulować życie ludzkie, jest niedorzecznością skłaniającą tylko do jego pogwałcenia. Prawdziwy człowiek, thelemita, jest odpowiedzialny za swoje życie i dlatego nie obowiązują go zakazy, które służą przejmowaniu od ludzi odpowiedzialności za ich życie.

Artykuł The Great Drug Delusion, który po raz pierwszy został opublikowany w XXXIV tomie pisma The English Review (Londyn, czerwiec 1922), jest pamfletem na rozbudzoną politykę prohibicjonistyczną lat dwudziestych, głosem w toczącej się od prawie stu lat debacie na temat polityki państwa dotyczącej środków zmieniających świadomość.

*   *   *   *   *

Posługując się różnymi metodami, profesor Freud i M. Emile Coue wykazali, że strach i oczarowanie w zaskakujący sposób są do siebie podobne. Takie spostrzeżenia nasuwają się zresztą każdemu psychologowi w jego codziennej praktyce. Kiedy tylko napotykamy jakąś przeszkodę, staramy się ją za wszelką cenę ominąć i w rezultacie wpadamy na nią z wielkim hukiem.

Każdy z nas czasem doświadcza niemocy psychicznej i dobrze zna jej skutki. A obecny szał na punkcie tzw. „leków uzależniających” i ich zakazywania w sposób ścisły wiąże się z tym dziwnym zjawiskiem. Wola zachowuje się jak muł, a wyobraźnia jak ptak w towarzystwie węża.

Wiosną 1914 roku miałem okazję poznać skutki działania kokainy. Tak się złożyło, że zacząłem obracać się w kręgach cyganerii londyńskiej i po trzech miesiącach poznałem dwie dziewczyny całkowicie pogrążone w tym nałogu i strasznie z tego powodu cierpiące. Obecnie już żadne przyjęcie nie może obyć się bez kokainy.

Moje badania przerwała wojna. Musiałem wrócić do Stanów Zjednoczonych. Dlatego nie miałem okazji obserwować przyczyn zmian, jakie zaszły w Anglii. Niemniej, moi angielscy współpracownicy przypisują obecną sytuację dwóm głównym czynnikom sprawczym: (a) powszechnemu wybuchowi psychoz i neuroz w społeczeństwie nękanym ciągłym stresem i niepokojem, a więc potrzebującego czegoś, co ukoiłoby nerwy, oraz (b) ograniczeniom nałożonym na sprzedaż alkoholu.

Nie sposób się z nimi nie zgodzić. Ich doświadczenia pokrywają się z naszymi w Ameryce. Tutaj narkotyki funkcjonują od wielu lat, ponieważ Amerykanie w sposób naturalny podatni są na urazy psychiczne.

Częściowo jest to spowodowane panującym tu klimatem, naenergetyzowanym w jakiś niezrozumiały dla Europejczyka sposób. Częściowo zaś wynika z faktu, że powszechna edukacja rozbudza w mieszkańcach tego kraju potrzebę sztuki, literatury i muzyki, a więc tych wszystkich rzeczy, które wzbraniają im wspaniałomyślni, duchowi dziedzice Matki Bawełny. Żadna inna hipoteza nie jest w stanie wyjaśnić zjawiska żółtych papierów, obsesji tańca, panicznego głodu rozrywki, oraz niemalże powszechnego upajania się czy to drinkami, czy to kokainą.

Prohibicja, z całą swą nieskutecznością, jedynie wzmacnia zapotrzebowanie na narkotyki. Dlatego też gotów jestem wierzyć, że ograniczenia, jakie nałożono w czasie wojny na sprzedaż alkoholu, wytworzyły podobną sytuację w Anglii. Tak na marginesie, warto zauważyć, że we Francji zakaz sprzedaży absyntu doprowadził do pojawienia się jego substytutów, a niektóre z nich mogą przeżreć nawet stół z marmuru.

Warto tu jednak wspomnieć o jeszcze jednym czynniku, kto wie czy nie najważniejszym. Jest nim mdława retoryka prasy brukowej, posługującej się niedorzecznymi argumentami wyrażanymi podniosłym tonem. Prasa ta pożądliwie łypie na narkotyki, łącząc je od razu ze zboczeniami seksualnymi. Wyraża się o nich z potępieniem, przy czym jest ono podszyte typową dla tego światka hipokryzją. Wiadomo przecież, że dziennikarzom tych gazet zależy wyłącznie na zwiększeniu ich nakładu, gotowi są zatem żerować na każdej sensacji.

Otóż, tego rodzaju artykuły – a pierwszym z nich była, owszem przyznaję, całkiem ciekawa nowela Roberta Hichensa pt. Felix – rozbudzają kosmate myśli. Namawiają czytelnika do tego by zapoznał się z owocem zakazanym. Na dodatek wmawiają mu, że jeśli choć raz weźmie narkotyk, nie będzie w stanie przerwać nałogu z własnej nieprzymuszonej woli, tylko będzie musiał przejść przez potworne męczarnie.

Traktaty medyczne powielają tą złowieszczą klątwę rzuconą na boskie prerogatywy człowieka do czynienia swej woli, odmawiając mu tym samym prawa do przerwania nałogu wtedy, gdy sobie tego zażyczy. Pisarze również uprawiają ten zły proceder.

Jedynym wyjątkiem od reguły jest tutaj esej H.G. Ludlowa pt. The Hasheesh-Eater, w którym autor (żyjący nad brzegiem rzeki Hudson obok Poughkeepsie) opisuje swoje uzależnienie od tego narkotyku oraz to, w jaki sposób udało mu się od niego uwolnić siłą woli.

Tego rodzaju przypadki zdarzają się zresztą dość często. Tyle że ludzie o silnych osobowościach rzadko kiedy trafiają do lekarzy i dlatego są przez nich nie zauważani. Tak naprawdę, mężczyzn i kobiety można przydzielić do jednej z trzech kategorii:

1. Tych, którzy boją się wszelkich eksperymentów.
2. Tych, którzy łatwo stają się niewolnikami swoich pragnień.
3. Tych, którzy potrafią używać wszystkiego bez wyrządzania sobie szkody.

Nie sądzę by można było nazwać Wolnym Człowiekiem kogokolwiek, kto przynależy do którejś z pierwszych dwóch kategorii. Od 1898 roku całkiem poważnie zajmowałem się badaniem efektów, jakie rozmaite narkotyki wywierają na ludzkim organizmie, ze szczególną uwagą przyglądając się podobieństwom między zjawiskami psychologicznymi neuroz narkotykowych, obłędów i mistycznych wglądów.

Przede wszystkim zależało mi na zobaczeniu, czy w warunkach laboratoryjnych można wytworzyć pożyteczne stany „ekstazy” (zob. Doświadczenie religijne Williama Jamesa). I aby osiągnąć ten cel, sam próbowałem wytworzyć w sobie „nałóg”. Dożylnie.

Moja żona nieustannie dokuczała mi za to, mówiąc „Kochanie, wychodząc nie zapominaj o kokainie!”, lub też „Czy pamiętałeś o tym, by wziąć heroinkę przed śniadaniem, mój malutki?” W krótkim czasie osiągnąłem taki stan, w którym brałem sniffa kokainy co pięć minut, i tak przez cały dzień. Lecz mimo uzyskania solidnych, toksycznych skutków, mogłem przerwać nałóg w każdej dowolnej chwili.

Eksperymenty te po prostu utwierdziły mnie w przekonaniu, które dotychczas opierałem na przesłankach natury teoretycznej, że ludzie, którzy naprawdę interesują się swoim życiem i pracą, nie mają czasu na to by pogrążać się w narkotykach. Jak powiada Baudelaire, „Idealna rozpusta wymaga całkowitego lenistwa”.

Pewien mój znajomy dziennikarz zdążył już osiągnąć taki stan, w którym brak opium był dla niego męczarnią. A jednak, gdy nadeszła wojna i życie stało się dla niego jeszcze cięższe, nie pogorszyło to jego nałogu, tylko przeciwnie, sprawiło że nie miał już czasu by schlebiać swoim słabostkom. „Szatan zawsze znajdzie zajęcie dla bezczynnych rąk” – to mądre powiedzenie.

Mojemu współpracownikowi zdarzyło się kilka razy być „w szponach nałogu”. Tylko że za każdym razem działo się to wtedy, gdy jego praca utknęła w martwym punkcie. Nie miał nic do roboty poza myśleniem o narkotyku, a jego umysł nie mógł oprzeć się „kosmatym myślom”. W związku z czym każdy zły nastrój przypisywał oddziaływaniu narkotyku lub próbom odwyku! W podobny sposób młody człowiek, który nie może oderwać wzroku od Middlemarch George Eliot, gdy spada ze schodów i łamie sobie nogę, winą za to obarcza grawitację a nie autorkę!

Nie zamierzam tutaj twierdzić, że nie istnieje coś takiego jak „efekt tolerancji”. Bez wątpienia, w mniejszym lub większym stopniu nerwy „domagają się bodźca, do którego przywykły”, jak starają się swoim ofiarom wmówić głupi psychiatrzy, zapewne chcący tym samym do końca zniszczyć w nich wiarę w siebie oraz resztki wolnej woli. Lecz w pewnych granicach przeciętnie odważny i rozsądny człowiek zawsze może opracować plan swego „leczenia” i wcielić go w życie z dobrym skutkiem.

Nerwy też można do pewnego stopnia przechytrzyć. Warto tu wspomnieć o jednym członku ekspedycji himalajskiej, który w swoim dzienniku z 1902 roku zanotował, że gdy z braku cukru przeżywał potworne męczarnie, a jego ciałem miotały spazmy nudności i biegunki, zaczął słodzić herbatę sacharyną, doprowadzając do zaniku wszystkich tych nieprzyjemnych objawów. Wystarczyła więc prosta sugestia, żeby oszukać jego oszalałe pod wpływem odwyku ciało.

Jedno więc można powiedzieć na pewno w tym niezwykle skomplikowanym świecie, że na chorobę moralną najlepsza jest terapia moralna. Obecny system, posługujący się polityką zastraszania i prohibicją, nie tylko narusza wolną wolę i godność człowieka, lecz na dodatek sprzyja nielegalnemu handlowi, pogarszając sytuację z miesiąca na miesiąc.

Statystyki policyjne powiadają, że w Harlemie, czyli dzielnicy nowojorskiej stanowiącej swoiste połączenie Bayswater i Brixton, ponad 17 000 dzieci w wieku szkolnym uzależnionych jest od heroiny. Pewne przedsiębiorstwo chemiczne nie bojące się Boga wysłało swoich przedstawicieli, by rozdawali narkotyki dzieciom za darmo. A kiedy już rozwinęli w nich „nałóg”, kazali sobie za nie coraz drożej płacić.

Umęczone niewiniątka, z których wyciśnięto ostatni grosz, zaczęły potem kraść, rabować i zabijać po to, by zdobyć „mamonę” na „towar”. („Ćpun” zawsze znajdzie jakiś sposób, by znaleźć pieniądze na narkotyk.) Tego rodzaju wybryki możliwe są tylko wtedy, kiedy pobożni purytanie i czerpiący z tego korzyści policjanci wypaczają swymi pomysłami właściwy bieg rzeczy. Nikt przecież nie popadłby w kłopoty z powodu heroiny, gdyby była ona tak tania i łatwo dostępna jak masło.

Obecnie, mimo represyjnego prawa, istnieje międzynarodowy przemysł czerpiący z niej zawrotne korzyści, czasami wyrzucający za burtę nic nie znaczącego Jonasza, gdy jakaś głupia tancerka niechcący się zabije. A cóż jej lepszego pozostaje do roboty? Tymczasem, policja domaga się „dodatkowych środków”.

Nic dziwnego. Zazdrości nowojorskim Beckerom, nieodpowiedzialnym grupkom łapowników w mundurach, którzy wchodzą w alianse z wszelkiego rodzaju rzezimieszkami, od handlarzy żywym towarem po hazardzistów i rewolwerowców. Jeśli więc naród angielski chce ujrzeć swe miasta pogrążone w sieci korupcji i bezprawia, niechaj nie czyni inaczej, jak tylko „umacnia prawo”!

Na temat narkotyków napisano tyle niesamowitych bzdur, że rozsądnemu człowiekowi nie pozostaje nic innego jak pogrążyć się w rozpaczy. A przecież trudno nie zauważyć, że gdyby Anglia wróciła do polityki sprzed wojny, kiedy to każda odpowiedzialna osoba mogła (wpisując się do odpowiedniej księgi) kupić narkotyki po rozsądnej cenie, cały ten nielegalny handel i żerujące na nim podziemie znikłyby jak zły sen.

Bardzo możliwe, że w ciągu miesiąca albo dwóch od wprowadzenia tego prawa wzrosłaby ilość głupców, którzy zabiliby się ogarnięci szałem, choć osobiście w to wątpię. Lecz nawet jeśli, nie boję się tego stwierdzić, że mając za sobą doświadczenie wojny, podczas której wysłaliśmy naszych najlepszych synów na rzeź jak owieczki, nie powinniśmy płakać nad kilkoma nieudacznikami na tyle głupimi, by nie wiedzieć kiedy skończyć.

Poza tym, przecież widać, że ludzie spragnieni narkotyków zawsze znajdą jakiś sposób by je zdobyć, ze stratą dla swego czasu, problemów i pieniędzy, które by mogli spożytkować w mądrzejszy sposób. Z drugiej zaś strony, niezwykły szum, jaki wokół całej tej sprawy robią media, w połączeniu z przebiegłością handlarzy, którzy czerpią z niej olbrzymie zyski, sprawiają że w niesłychanym tempie pojawiają się nowi narkomani, ludzie, którzy w normalnych warunkach równie często myśleliby o narkotykach co kot o zimnej kąpieli.

To tyle, jeśli chodzi o praktyczny punkt widzenia. Pozwolę sobie jednak jeszcze na koniec dodać, że jako jeffersonowski demokrata niczego tak bardzo się nie obawiam jak rozwoju drobnej tyranii restrykcyjnego prawodawstwa, przenoszenia władzy karnej z wymiaru sprawiedliwości na policję, porzucania konstytucyjnej gwarancji praw jednostek, dzielenia ludzi na łowców i ofiary, wzmacniania szpiegów, „tajnych prowokatorów” i szantażystów, prowadzenia polityki „wentyli bezpieczeństwa” oraz degradacji społeczeństwa obywatelskiego poprzez stosowanie środków przymusu fizycznego tam, gdzie jedyną radą jest stawianie na rozwój moralny!

Aleister Crowley

Źródło: Aleister Crowley, Księgi Bestii, czyli Eseje filozoficzne Aleistera Crowleya, w wyborze, przekładzie i opracowaniu Dariusza Misiuny, Wydawnictwo „FOX”, Wrocław 2000, s. 287-293.

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s