Wstał z kibla macając w półmroku rolkę. Pod dotknięciem palców obróciła się ona o 180 stopni ukazując przy okazji całkowity brak papieru toaletowego. – Kurwa! – zaklął cicho zastanawiając się czym podetrzeć swój brudny odbyt. Nerwowo przestrząsał kieszenie w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby posłużyć za papier w sytuacji awaryjnej. W portfelu natknął się na kilka starych rachunków z Sainsbury’s. Światło zapalniczki objawiło ich trzy plus świeży jeszcze druczek, potwierdzający przebukowanie biletu lotniczego z Londynu do Dublina.

Umysł mimowolnie podążył ku wydarzeniom z zeszłego tygodnia. Bez trudu przypomniał sobie, jak spóźnił się na odprawę, gdy pierdolony autobus zamiast godziny jechał dwie. Potem jednak było już tylko lepiej, łąki i pagórki Zielonej Wyspy, kiedy pędzili Marysią 120 km/h razem z całą brygadą. Trzy dni wśród pogałskich krajobrazów południowo-wschodniego wybrzeża Irlandii dały mu w końcu okazję do przemyślenia wielu rzeczy w swoim życiu, które wkraczało ostatnio w decydującą fazę. Przez rok nie działo się w nim – oprócz ćpania, chlania i kasowania kolejnych numerów telefonów – absoultnie nic. Teraz wszystko nabrało zaś amfetaminowego przyśpieszenia.

Podciągnął spodnie i bokserki drapiąc się po jajach, po czym wyszedł z małego pomieszczenia. W kiblu skromnego klubu Chicago na Finsbury Park w północnym Londynie, jak zwykle panowały kosmiczne klimaty. Podczas cyklicznych imprez roots toaleta stawała się głównym miejscem spotkań lokalnej diaspory jamajskiej. W powietrzu od dwóch godzin wisiała już gęsta siekiera z dymu, jointy odpalane od jointów nie dawały zaś zapomnieć o rastamańskiej komunii. Nie trzeba się też było za bardzo wysilać, żeby umysł wskoczył w marihuanowy tunel rzeczywistości, wystarczyło oddychać pełną piersią.

Popalający swoje baty w kąciku rastamani stanowili gromadę kultywującą „pradawną afrykańską tradycję”, na którą oprócz palenia zioła składało się śpiewania pieśni ku czci Jah i wieszczenie szybkiego upadku Babilonu. Z pieszczących swoje baty w trzy, czteroosobowych grupkach Jamajczyków bardzo często wyłaniał się jeden natchniony głos, który w charakterystycznym „broken English” żarliwie przywoływał Jah lub utraconą Afrykę. Nie raz zdarzało się też, że wchodzący właśnie do kibla rasta krzyknął „Jah”, by zawtórowały mu w odzewie „Rastafari” głosy innych staruszków, oddających właśnie mocz do pisuarów. Basy ciężkich dubowych i steppasowych produkcji odbijały się przy tym cały czas od ścian kibla nadając mu szyk statku kosmicznego, szybującego w chmurze dymu prosto na Babilon.

Rastamani kołysząc się w rytm, nadawany przez bas, rozpowszechniali także w wolnych chwilach wiadomości na temat bliskiego już upadku światowego systemu bankowego, który pozwoli cieszyć się dzieciom Jah pełną wolnością, a kredytobiorców i bankierów pogrąży w rozpaczy. Obiektem szyderstw stawali się głównie ci, którzy wzięli popularne kredyty na kupno domu. Wielka Brytania jako wyspa była też w ich wizji zagrożona klęską głodu, w wypadku gdyby doszło do bankowej katastrofy.

Gdy zastanawiał się nad tym głębiej, rastamańskie teorie apokaliptyczne obfitowały wprawdzie w myślowe dziury, ale z religijnego punktu widzenia, oferowały niezwykłe pocieszenie zepchniętym przez los na dół drabiny społecznej. Niewolnicze korzenie chrześcijaństwa oferowały same w sobie wyjaśnienie niezwykłego wzrostu popularności tej religii cztery wieki po tym, gdy na Bliskim Wschodzie pojawiły się pierwsze postjudaistyczne wspólnoty. Rastafarianizm ukazywał zaś swoje prawdziwe oblicze w londyńskim kiblu pełnym dymu, co pozwalało wysnuć pewną analogię o dużym stopniu miękkości.

Powoli wyciągnął własnego bata z kieszeni bluzy, odpalił i zaciągnął się nim kilka razy. Zielona Wyspa ponownie otworzyła swoje podwoje, gdy serotonina aktywowana przez THC uderzyła ciepłą falą i rozlała się po całym organizmie wznosząc umysł na wyżyny. W deszczowy wieczór lotnisko w Dublinie było pełne wszystkich, tymczasowa strefa służyła, jak każde lotnisko, za bufor pobierający i wypluwający mrowie wszelkich narodowości. Irlandczycy wracający z Wysp Kanaryjskich mieszali się z Litwinami, Łotyszami, Węgrami i Polakami, przylatującymi do pracy po krótkim wypoczynku w domu. Rolnicy stawali się kasjerami z supermarketów, a ci hydraulikami i stolarzami, by rozpłynąć się za budynkiem terminala do samochodów i autobusów.

Zacinający lekko deszcz sprawiał, że trzeba się było ukrywać pod kurtką i czapką. Wyszedł z budynku terminala i mijając zabudowany parking myślał o tym, co stanie się już za chwilę, kiedy zobaczy dawno nie widziane twarze. Minął przystanki autobusowe, na których już zaczynali tłoczyć się ludzie. Podjeżdżały też pierwsze mini busy, zgarniające imigrantów, którzy oszczędzali w ten sposób euro lub dwa na dojeździe do swojego miasteczka gdzieś w głębi wyspy.

Poczuł lekkie drgnięcie, mały zastrzyk adrenaliny, już za chwilę miał przecież zobaczyć dawno nie widziane, drogie twarze. Na parkingu stał tylko jeden samochód, dobrze znany kształt Marysi ukrywał się w półmroku dzięki swojej ciemno niebieskiej barwie. Kupiony przez brygadę kilka miesięcy wczełniej VW T4 zdążył już przejechać przez całą Europę, by stać się wehikułem, przemierzającym Irlandię wzdłuż i wszerz. Gdy zbliżył się do wozu, zauważył wszystkich, których się spodziewał i jednego nadprogramowego osobnika, ale poznał go od razu, Kasetę trudno było pomylić z kimkolwiek. W tym samym momencie zauważył go sam Kaseta, a po nim także wszyscy inni.

– Ja pierdolę, kogo widzę! – usłyszał z ust Kasety, gdy ten wyskoczył z samochodu, by ścisnąć jego zmarzniętą łapę. – Bonobo, wyglądasz na trochę przybitego, skasowali ci cały koks podczas kontroli? – usłyszał żart w starym, dobrym stylu. – Nie, kurwa. Bania mnie rozbolała, jak startowałem i do teraz mnie napierdala. – odpowiedział uśmiechając się mimo woli. Obserwował jego lekko spuchniętą mordę i kaszkiet w kratkę, gdy ten sięgał po fajki do kieszeni. Z Marysi wytoczyła się zaś powoli cała reszta brygady, Sito, Kuwejt, Cygan i PeKu. – Jak się masz, mały? – usłyszał głos PeKu, który co łatwo było poznać, spędził ostatnie trzy lub cztery dni na chlaniu i jaraniu. – Spoko, trochę jestem zmęczony tym lotem. Wkurwił mnie ten autobus, dwie godziny jechał na lotnisko. Gdyby nie to, byłbym tutaj trzy godziny wcześniej, a wy nie musielibyście się bujać po Dublinie. – odpowiedział.

– Jedziemy, fajki trzeba kupić i coś do chlania. – usłyszał w końcu głos Kuwejta, człowieka o najbardziej schizolskim śmiechu na świecie. Przeciętny członek polskiego społeczeństwa bał się go bardziej niż ponownej inwazji rosyjskiej. W Irlandii nie było zresztą inaczej. W Kilkenny Kuwejt szybko zdobył sobie xywkę „weirdo”, dzięki opowieściom o tym, w jaki niecodzienny sposób można wykorzystywać szuwaks, szatańskim salwom śmiechu po opowiedzeniu swoich własnych dowcipów i łączeniu czarnego radykalizmu z białym, dzięki fascynacjom jazzowym.

Wsiedli do samochodu, Kaseta z Sitem usadowili się z przodu, a on z Kuwejtem, Cyganem i PeKu wskoczyli do tyłu. – Ile będziemy jechać? – spytał. – Ze trzy godzinki średnim tempem, ale najpierw trzeba iść zapłacić za postój – odpowiedział mu marudny głos Cygana. Zawsze starający się trzymać luz Cygan, tym razem był lekko wkurwiony. – No to niech ktoś to zrobi, ja pierdolę. Dopiero tu przyleciałem i nie wiem nawet, gdzie jest automat. – odpowiedział niemal wskakując na ton kłotni. – Dobra, ja pójdę. – wtrącił się Kaseta – Ale możesz pójść ze mną, jak chcesz. – OK, chodźmy. – odezwał się.

Wyszli z samochodu zatrzaskując drzwi. Kaseta wskazał budynek, który minął wcześniej. – To powinno być gdzieś tam. – powiedział. Ruszyli stanowczym krokiem we wskazanym kierunku odnajdując w kołcu automat na ścianie po przeciwnej stronie budynku. Gdy wracali, Kaseta napomknął: – Uważaj na Cygana, znowu ma jeden z tych swoich pojebanych humorów. Jakiś wałek mu nie wyszedł, tak jak chciał i jest wkurwiony, jak dziki chuj. W zasadzie w ogóle go to nie zdziwiło, Cygan słynął z robienia przekrętów w robocie, ale zwykle robił to tak, że wyjebany przez niego klient jeszcze mu dziękował za współpracę. Cygan zakładał zabezpieczenia na serwerach, łatał dziury, serwisował, a przy okazji montował systemy do kopiowania numerów kart kredytowych w sklepach internetowych. Był dobry do tego stopnia, że otrzymywał 3-4 propozycje współpracy miesięcznie, ale rzadko z nich korzystał. Był złośliwym, samotnym wilkiem, któremu trudno było dogodzić. Po zjaraniu bata wskakiwał mu jednak zwykle dobry humor, gdyż lubił sobie także luzacko odreagować.

Zwykle małomówny Sito odpalił furę i ruszyli kierując się do parkingowej bramki, gdzie automat po włożeniu karty podniósł szlaban wypuszczając ich w mrok zjazdu na autostradę. PeKu spojrzał mu w oczy i powiedział: – Wyluzuj się, mały. Trzy baty i będziemy na miejscu. Jak przyjedziemy, zapodajemy pigsy, tym razem zajebiste, od Węgrów. Głos PeKu miał kojące właściwości, przemieszanie totalnego odpięcia z wysoką pewnością siebie zawsze dawało radę w sytuacjach kryzysowych i teraz także pomogło mu powoli pogrążyć się w swoim fotelu, otulić kocem i obserwować światła mijanych latarni i stacji bezynowych. Klimat Irlandii był teraz tym, czego najbardziej potrzebował. Musiał się obowiązkowo wyluzować, żeby zyskać dystans do zasranego Londynu, a także swojego życia. Mieszanka przyjemnych i bolesnych myśli nie dawała mu ostatnio żyć, a koszmary senne sprawiały, że budził się rano bardziej zmęczony niż kiedy kładł się spać wieczorem.

Przypomniał sobie stare powiedzenie zen, że umysł zawsze wiedzie na manowce będąc najlepszym strażnikiem samego siebie, nie można więc pracować z własnym umysłem przy pomocy własnego umysłu nie unikając totalnego pomieszania. Jakże teraz wydawało mu się to prawdziwe. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość mieszały się, jak piwo w pokalu każąc wybierać pomiędzy tym, z czym naprawdę się utożsamiał. Umysł tym razem zaciążył wokół londyńskich rozmów z jego kumplem, Ziemowitem.

– Wszystko jest kwestią ceny. Wszystko, kurwa! – ciągnął swoją wypowiedź Ziemowit spoczywając głęboko wpasowany w miękką kanapę – Na przykład w metrze podchodzi do ciebie koleś i pyta się czy mu obciągniesz za dziesięć funtów? Za dychę pewnie tego nie zrobisz, ale co gdyby zaproponował ci milion funtów?! Powiem ci co, kurwa! Za milon obciągnąłbyś mu z połykiem i jeszcze wylizał dupę! – Nie powiem, że nie – odpowiedział śmiejąc się do rozpuku aż twarz zaczynała zmieniać się w płynną masę żelatyny.

Mężczyźni już od dłuższego czasu umilali sobie czas rozmowami na temat pułapek życia. Oznaczało to zazwyczaj, iż pojawiały się w nich zajebiste dupy, wyciąganie kasy od turystów, zasilających swoim strumieniem Camden Town oraz doświadczenia psychedeliczne. Wszystko szło jednak zawsze ku konkretnemu celowi – planowaniu zasłużonego odpoczynku gdzieś na Wyspach Kanaryjskich, w Meksyku czy w Tajlandii, miejscu stanowiącym Tymczasową Strefę Autonomiczną, gdzie marzenia stawały się rzeczywistością. Londyn, jak walec do mięsa, zmuszał każdego do ciągłego planowania odpoczynku. W deszczowej otchłani, w której nie było żadnych praw, człowiek szybko marzył o rajskich krainach ze słońcem 24 godziny na dobę, stabilnym prawem zwyczajowym i tradycyjną etyką, nie pozwalającą wypierdalać ludzi na hajc, gdy tylko jest ku temu okazja.

Kombinowanie, jak tu spędzić czas w ciepłej miejscówce, do której nie dotarł jeszcze miejski chaos ze swoim depresyjnym cyklem wiecznego pędu – kierowanego mackami post industrialnego terminala pragnień, stawało się niemal wyznaniem wiary. – Wyobraź sobie, że nie masz czasu podetrzeć sobie nawet dupy, gdy wstajesz rano do pracy. Zakładasz więc gacie i idziesz z tym gównem przyczepionym do tyłka. Siadasz w metrze, a potem w biurze i wszędzie zostawiasz za sobą przenikliwy smród. Ludzie nie kumają, że to ty, bo masz garnitur i wyglądasz generalnie na grubego kutasa z City, ale to się dzieje. Ciągnie się za tobą wszędzie chujowy swąd. Po pracy z kumplami na piwko, gdzie omawiasz najnowszą strategię rozwoju wobec spadającego kursu funta i generalnej recesji, a smród towarzyszy twoim myślom. Po powrocie do domu spłukujesz brud w swojej dizajnerskiej wanience, ruchasz żonkę krótkimi, przerywanymi pchnięciami i zasłużony zapadasz w sen. Niech mnie chuj strzeli, jeśli sam dałbym tak radę! –  Bonobo rozwijał swoje przemyślenia, co chwila zapadając w krótką zadumę.

Ziemowit zastanawiał się nieśpiesznie szukając odpowiedzi gdzieś pomiędzy brudnym sufitem, a swoimi dreadlokami: – Nie da rady, tylko pojebani mogą tak żyć. Czy może być coś piękniejszego niż ciepła plaża, a ty na niej ze śliczną dupą i joincikiem w ręku. Jak tylko kaska zasili konto, to już mnie tu nie ma. Maroko, Hiszpania, Wyspy Kanaryjskie, a tam będę tylko otwierał i zamykał oczy. Nic więcej! – Błogi uśmiech rozjaśnił oblicza, kiedy wspólna wizja zasiliła obopólny rezerwuar tu-i-teraz. Niczym wszarz zamieniony w królewicza, duszna kuchnia zamieniła się w ciepłą od słońca wyspę. Następny łyk pifka powędrował do żołądka, gdzie z namaszczeniem został spożyty. Minuty zdawały się upływać wolniej, gdy czas przybierał postać stopionego parmezanu i nadawał całej potrawie śródziemnomorskiego aromatu. Z małych głośniczków leciał sobie John Coltrane, a jego heroinowe partie saksofonu służyły za dywan pogawędki, którą prawie co wieczór Bonobo z Ziemowitem uskuteczniali w kuchni swojego „kibucu”. Gdy wszyscy poszli już spać, mogli sobie spokojnie omawiać wydarzenia mijającego dnia i robić plany na najbliższą przyszłość.

– Pijemy Negritę? – spytał Ziemowit wstając przy tym z krzesła i odruchowo sięgając po stojącą obok na stole butelczynę. Pytanie było rzecz jasna retoryczne, więc rozlany do butelek brązowiutki nektar z trzciny cukrowej stał się zachętą do kontynuowania wspólnej mszy myśli. Niski front znad oceanu, który powoli atakował Londyn, zdawał się nie dotykać tej małej enklawy, ukrytej w jego północnej części. Gdyby zawisła nad nimi gumowa pajęczyna, obydwoje natychmiast zrobiliby z niej użytek. Życie było przecież po to, żeby spełniać się w nim, jak to tylko możliwe. Lodówka i zamrażalnik były silnie przygotwane na wszelkiego typu sztorm, który mógłby zagrozić temu prywatnemu azylowi.

Zanosiło się powoli na deszcz, na kolejną zmianę pogody, która przyszła tym razem szybciej niż zwykle. Już po pięciu minutach, gdy Bonobo zaczął obserwować niebo przez okno, deszcz lunął, jak z cebra mocząc dachy XIX wiecznych budynków dla angielskiej klasy robotniczej, w których teraz zamieszkiwały grupy imigrantów z całego świata. Może dwa domki na dziesięć były zamieszkiwane przed potomków Wilhelma Zdobywcy, reszta została przejęta w procesie kulturowej rekonkwisty przez Hindusów, Pakistańczyków, Turków, Francuzów, Hiszpanów, Brzylijczyków, Włochów, Greków, Yorubów z Nigerii, a wreszcie Czechów, Słowaków, Rumunów i Polaków. „Silna druga strefa” w północnym Londynie, jak nazywał ją po cichu Bonobo, była miejscem wyluzowanym, w miarę spokojnym i miała doskonałe połączenie z Camden Town, a dalej można już było pędzić do centrum, gdzie na Oxford Street kościoły zostały już dawno zamienione na eksluzywne butiki.

Bonobo codziennie rano wstawał i budził Ziemowita. Po umyciu zębów spożywali razem śniadanie, złożone najczęściej z humusu i tureckiego chleba, po czym lecieli do pracy. Lubili autobus nr 29, który swoim długim korpusem już z daleka zwiastował kolejną darmową przejażdżkę. Zdarzały się oczywiście kontrole, ale po tym, jak Bonobo zamiast spodziewanego mandatu dostał tylko bilet na dalszą drogę, nikt się tym za bardzo nie przejmował. Kontrolerzy, jeśli już się zdarzali, byli zazwyczaj bardzo miłymi ludźmi, wypełniającymi swoje obowiązki z poczuciem dobrze spełnianej misji. Nie raz udawało się też w autobusowym tłoku na pytanie o sprawdzoną Oysterkę odpowiadać twierdząco nie mając jej nawet w kieszeni. Wielka Brytania wierzyła im na słowo, co samo w sobie było niezwykle pocieszającą perspektywą.

Przewrócił się na drugi bok i w tym samym momemncie zauważył światła kolejnej stacji benzynowej, które wybudziły go z transu. PeKu właśnie rozpalał bata, a słodki dym rozprzestrzeniał się po wnętrzu Marysi, jak dobre kadzidło. Gdy joint dotarł do niego, zaciągnął się głęboko skupiając się wyłącznie na tej czynności. Aromatyczny dym poleciał do płuc, a stamtąd do krwi, która uderzała do mózgu niosąc jeden z najdłużej używanych przez człowieka związków psychoaktywnych. Dwa momenty w czasie stały się jednością. Stał oparty o ścianę w londyńskim kiblu kontemplując naturalną ekspresję podstarzałych rastuchów jednocześnie jadąc samochodem i obserwując, jak irlandzki deszcz rozbija się o autostradę. Czas wydał mu się w tym momencie  niezwykle względnym fenomenem.

– Jest dobra sprawa. – odezwał się nagle Kuwejt swoim charakterystycznym tonem. – Nikt nie przyszedł po czynsz od miesiąca, więc dom w zasadzie jest nasz. Strumień zdziwienia zalał jego szare komórki, ale gdzieś w głosie Kuwejta wyłowił nutkę rozbawienia. – Jak to, wasz? – odpowiedział. – Normaaalnieee! – usłyszał tradycyjną odpowiedź, zakończoną potężnym „Buahahaahahaaaaaa!” Niepowstrzymanie sam zaczął się śmiać, a fala śmiechu przetoczyła się przez całą furę, pędzącą szybko w kierunku Kilkenny. Gdy dotarli na miejsce, była późna noc, a z zamykanych pubów wytaczali się już najebani lokalesi krzycząc i podskakując, jakby już był Sylwester. Była jednak środa, a jako że Sylwester zwykle zaczyna się w Irlandii w piątek, nie szukając pubu skierowali się prosto na chatkę. Na miejscu szybko rozpakowali manatki i po obejrzeniu najnowszych juksów na YouTube zagrzebali się w śpiwory i tak, jak siedzieli, zasnęli.

Życie zwolniło do poziomu, z którego zwykle się zaczyna. Gdy tuż po wyjściu z łona mały jeszcze człowiek zostaje porażony pierwszymi promieniami światła, umysł zaczyna orbitować wokół jego pierwotnego źródła – Słońca.  Orbitę tą stanowi 12 małych cykli, składających się na jeden duży cykl, który z kolei tworzy podstawową jednostkę życia człowieka. Duży cykl obiera sobie tą jednostkę za swoją podstawę. Gdy pierwszy z tych cykli się kończy, człowiek osiąga dojrzałość i obiera swoją życiową drogę… albo całkowicie traci ją spod nóg. Cykl Saturna wg. astrologów kończy się zazwyczaj pomiędzy 29, a 33 rokiem życia. Astrologowie twierdzą również, że koniec Cyklu Saturna zazwyczaj poprzedzają wstrząsy życiowe, przełomy, mające wysadzić jeźdźca z siodła, by ten w końcu przestał ujeżdżać byka i zaczął się z nim przyjaźnić, a nawet karmić go trawą. W przypadku gdy się to nie udaje, byk najzwyczajniej w świecie zgarnia nas pod siebie i gruchocze kości.

Przed oczami stanęli mu nagle crackheadzi z Camden Town, którzy jak zombie wałęsali się w poszukiwaniu hajcu na kolejnego rzuta, zazwyczaj będący w okolicach 30 roku życia. Nikt jednak nigdy nie mówił, że życie to cycuszek do ssania, ani kurwa na żetony. Tym bardziej ostrożnie stawiał każdy kolejny krok w eterycznej przestrzeni nocy. Jak gdyby nigdy nic pojawiły się kształty samochodów, droga wiła się zakrętami, a wokół falował gęsty las. Było lato i ani śladu deszczu, a obok niego jedna z najdroższych mu istot, jak wskazywało ciepłe uczucie w sercu. Kierowca nacisnął pedał gazu i wyminęli nowego Astona Martina Jamesa Bonda, który połyskiwał swoim świeżym, różowym lakierem. Ze środku luksusowego auta agent 007 pomachał im przyjaźnie, jak gdyby mówiąc: „Zmierzamy w tym samym celu”.

Jechali dalej. Pojawił się Jan Paweł II zapierdalający w pocie czoła na Wigry III razem z grupą kardynałów. Gdy go mijali porozumiewawczo zadzwonił im swoim dzwoneczkiem, a oni pomachali z radością. Pomyślał chwilę o cudzie na kominie w Psichgłowach i o Matce Teresie, ale myśli szybko poszybowały ku inwigilacji kleru watykańskiego przez „Szarych” z Syriusza i Wojnie Światów. Potem czołgał się przez zimne tunele pod bliżej nie zidentyfikowanym Miastem Mroku zabijając zmory laserem, zamontowanym w miejscu, w którym tradycje mistyczne całego świata umiejscawiają Trzecie Oko.

Obudził się nad ranem zziębnięty wdychając zapach przygasających w kominku popiołów. Znów spoczywał na parterze irlandzkiego pokoju o dosyć skromnym wystroju. Drugim zapachem, który go doszedł był swąd zepsutego żarcia, który sączył się z kuchni obok. Wstał budzący tym samym Kuwejta, który przecierając oczy przeciągnął się i powiedział: – Meee ale zajebiście waliłem sobie wczoraj konia…. W zasadzie nie zdziwiło go to w ogóle, Kuwejt walił konia zawodowo od przynajmniej 12 lat. Masturbację odkrył, jak każdy chłopiec, w okresie dojrzewania, ale wtedy jego arystokratyczne geny wzięły górę i skierował się w stronę eksperymentów z własnym ciałem. Gdy jego matka we właściwej w życiu każdego polskiego dziecka kolejności, posłała syna do Pierwszej Komunii, Kuwejta najbardziej zainspirował kształt i potęga gromnicy. Gdy tylko wrócił do domu, natychmiast wsadził ją sobie w dupę rozpychając odbyt zarówno na głębokość, jak i szerokość. Ku nieszczęściu Kuwejta trzy browary, które przy tym wypił, szybko go zmorzyły, a gromnica wysunęła się delikatnie z odbytu i poleciała na podłogę. Gdy rano umazaną gównem świecę znalazła matka, kazała ją bluźniercy natychmiast spalić w świętym ogniu i zakazała tego więcej!

Jednak nałożony przez rodziców zakaz robienie czegoś zwykle budzi u młodego człowieka fascynację możliwością jego łamania. W myśl słynnej reguły Bataille’a Kuwejt ruszył więc natychmiast w świat eksperymentów, środków psychedelicznych i perwersji seksualnych, które stały się dla niego tym, czym dla innych jest religia lub polityka. Nie trzeba mu było wiele, nawciągać sie szuwaksu, leżeć i walić konia pod kołderką. Szczyt ekstazy łączył się u niego z osiągnięciem Drogi, którą poprzedzało widzenie białych plam. Zdarzało się mu nieraz w tych chwilach wieszczyć, ubranemu w tradycyjne, zachodnioafrykańskie bubu przewracając gałkami ocznymi, z których jedna nie działała właściwie od urodzenia. Z powodu swojego zachowania, a szczególnie szatańskiego śmiechu, Kuwejt budził u ludzi konserwatywnych grozę, ale jego przyjaciele nie wyobrażali sobie bez niego życia. Był uosobieniem awatara chaosu, który teoretycznie istnieć nie powinien, ale jednak żyje i ma się bardzo dobrze.

– Wstawaj! Dajesz radę! Mee trzeba kupić coś do żarcia. – powiedział do niego, kiedy ten z zainteresowaniem sprawdzał czy jego członek ciągle nadaje się do użytku. Kuwejt choć niechętnie w końcu wstał, by stwierdzić: – Jo, wpierdoliłbym coś w sumie. Ubrali się więc w dwójkę i poszli do najwspanialszego irlandzkiego supermarketu, żeby zakupić po „rollu” dla całej brygady, który nie był niczym innym niż bagietką, napchaną czym się tylko dało. Gdy siedzieli już w salonie wpieprzając „rolle” nagle odezwał się Cygan, który jak gdyby od niechcenia rzucił: – To, co? Idziemy odwiedzić dzisiaj Alana?

Wszyscy spojrzeli z rozbawieniem na siebie, ale sam nie wyłowił niestety powodu do śmiechu, więc spytał: – Co to za gość, ten Alan? – Spoko ziomal. – odpowiedział Kaseta –  Poznasz, zobaczysz, wypijesz z nim jednego. Trochę małomówny, ale charyzmtyczny koleś. Ma konkretny szacun na wiosce. – Jako, że streszczenie to pasowało równie dobrze do wioskowego wróżbity, co i miejscowego ojca chrzestnego, zdecydował się spytać Kasetę: – Długo go znacie? Baty z nim jaraliście czy zapinaliście miejscowe świnie? – zapadła krótka cisza, po której odezwał się w końcu Cygan: – Gdyby nie on, nie mielibyśmy tej chaty. Stary, poczciwy Irol. Pije, gra na wyścigach psów i rozpierdala fury o płot. Koleś jest nie do wyjebania. Podobno jak był młodszy, należał do IRA, choć to mogą być tylko ploty, bo nikt tego nie chciał potwierdzić. Wiesz, tutaj ten temat to tabu. W każdym razie jak byliśmy w potrzebie, wyciągnął do nas dłoń i zaproponował chatę, jak tylko długo chcemy. Po czynsz nie przychodzi już chyba miesiąc, więc trzeba go odwiedzić.

Rzucił papierowe opakowanie po „rollu” do kominka, wytarł ręce i stwierdził: – Przeszedłby się ktoś ze mną do miasta, muszę trochę odpocząć od tej stęchlizny. Kuwejt nie chcesz iść ze mną? Zrzucisz trochę brzucha. – Meeee w sumie jo. Zapas browarów trzeba uzupełnić i jakieś pigsy się jeszcze kupi. – odpowiedział Kuwejt. Pomyślał chwilę o tym czy będzie padało, ale szybko uznał to za absurdalne rozmyślania. W Irlandii padało właściwie bez przerwy, a jeśli nie padało, można to było uznać za anomalię pogodową. Pierdolona pogoda działała mu na nerwy, nie lubił zmian ciśnienia i braku słońca. Jego meteoropatia w tym kraju była wystawiana na wyjątkową próbę.

Zasznurował buty, zapiął bluzę i założył swoją grubą kurtkę z kapturem patrząc jednocześnie jednym okiem, jak Kuwejt szuka spodni drapiąc się po brzuchu, który stanowił dodatkowe 20 cm jego ciała wszerz. W oczekiwaniu na swojego zioma spoczął na kanapie ziewając, a jednoczełnie myśląc o spotkanej dokładnie dwa tygodnie kobiecie. Przed oczami stanęły mu jej dwie wielkie piersi i słodki, niemal dziecinny głos. Rozmarzył się przez chwilę, gdy widział siebie zrywającego z niej ciuchy i dającego jej porządne lanie pasem z ćwiekami. Pożądanie przemieszane ze słodkim biciem serca i tęsknotą zalewało jego umysł serorotoniną, gdy nagle usłyszał głos Kuwejta: – Meee, możemy spierdalać. – Ok, Kuwejt. Idziemy. – odpowiedział.

Wyszli z domu kierując się w stronę najbliższej ulicy. Minęli mały kościółek ze szkołą podstawową, na dziedzińcu którego dzieciaki od rana grały w hurlinga. – Meeee, jest tutaj ksiądz, co lubi zapinać malinczi. Popatrz, jakie fantastyczne. – powiedział Kuwejt wskazując na gromadkę dwunastoletnich dziewczynek. Przypomniał sobie, co powiedziała mu jego nowa miłość; o watykańskiej rezydencji, w której zamieszkują sprowadzani z całego świata, katoliccy księża-pedofile, którym się nie udało. Osadzano ich tam jednak dopiero wtedy, gdy w kraju, w którym głosili ewangelię, groziła im kara więzienia. Przypomniał sobie przy tym, że Irlandia była jednym z tych krajów, w których księża-pedofile mieli się doskonale, nawet jeśli wywoływali najwięcej skandali seksualnych w Europie.

Rozumiał Kuwejta, gdyż ten mówiąc o małych dzieciach w zalotny sposób chciał zwrócić uwagę na siebie. Każdy potrzebuje miłości, co jednak wtedy, gdy zostaje ona na drugim w sposób bezpośredni wymuszona? – Gdzie tego Alana poznaliście? – spytał Kuwejta chcąc zmienić temat.       Kuwejt spojrzał na niego i zaczął kręcić głową: – No wiesz… to tuć wioskowy, a my się tu kręcimy przecież od dwóch lat. Spoko typ, poznasz, zobaczysz. – głos Kuwejta stał się jakby lekko zachowawczy i dyplomatyczny. Nie pytał o nic więcej, właściwie miał to w piździe. Kupili browary w pierwszym, lepszym supermarkecie i legalne pigsy w dobrze zaopatrzonym sklepiku. – Kurwa, właściwie wolę nielegalne, ale ostatnio wsadzili naszego dilera, więc się źródło chwilowo urwało. „Motylki” nie są złe, wczoraj waliłem na nich konia całą noc, meeee hehehehe! – Kuwejt zakończył swoją wypowiedź śmiechem.

Gdy wrócili na chatę, towarzycho zalegało już wokół spalając jointa z resztek zielska i kontemplując łomoczące, dubstepowe basy, zapuszczane z Last.fm. Cygan był w siódmym niebie mogąc skakać po kolejnych podstronach szukając odpowiedniego dźwięku na tą chwilę, co chwilę zmieniając kawałek. Było to wkurwiające, ale jednocześnie wszystkim to wisiało. Spojrzał na ekran swojej komórki, dochodziła piąta po południu. Jesienny zmrok rzucał już pierwsze cienie.

 

Conradino Beb / Londyn, 2008

Reklamy

3 komentarze

  1. Antykotolickie , śmieszne , prawdziwe życie .
    To , że księża dupią piękne , napalone kobietki z ciasnymi pitkami(nawet grube z jednem fajnym elementem ciała ) to nic nowego , ale są jeszcze prawdziwi księża którzy mają powołanie. Choć jest im cieżko to dają radę.
    Pedofilizm który jest ułatwiony przez kontakt z mariankami jest dość adrenalinową wersją , w sumie jest możliwy gdy dziecko nie ma rodziców lub jednego z nich i matka albo ojciec zapierdala żeby utrzymać siebie i ją (ogólnie rodzine) na godnym poziomie.
    Znam kolesia który uciekł z seminarium na ostatnim roku , jest ogarnięty z pojęć filozoficznych , dragów i dostrzegania emocji na twarzy (co jest dla mnie cholernie ważne)
    Ma kobietę , rozwódkę z 15 letnim chłopakiem która jest łatwa i zdradza go na 100 % , ale zalał ją i ma z nią obecnie 6 letnią dziwczynkę .
    Pracuje w oplu i wyżywa sie psychicznie na innych pracownikach.
    Po jego twarzy , nie wiem czy to po seminarium tak mu się zmieniła , doznała metamorfozy , ma ryj czysto katolickiego księdza , pierdolonego zatwardziałego prawicowego klechy.
    Dość dobrze się z nim dogaduję bo jest spoko ziomkiem który jest cholernie inteligentny.
    Szkoda , że ksiądz jest na etacie 24/7 bo jakbyście poznali ich myślenie to byście się przerazili .

    Polubienie

    1. Wiesz co, zycie jest znacznie dziwniejsze… i przerazajace niz fikcja, a osobiscie nie mam zadnych watpliwosci co do raka toczacego dusze katolickich xiezy, tak wiec jakos mnie to bie dziwi… ta instytucja sama sie wykonczy obstawaniem przy prawach, ktorych nie da sie przestrzegac, bo sa nieludzkie… i dodam, wzniose kieliszek wina, zeby ten upadek potoczyl sie jeszcze szybciej!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.