„Mandalorianin” – moc jest silna w tym serialu

Klasyczne westerny od zawsze inspirowały twórców budujących uniwersum Gwiezdnych wojen, jednak nigdy wcześniej nikt nie przełożył języka „końskiej opery” na historię o gwiezdnych przygodach tak otwarcie, jak twórcy Mandalorianina, pierwszego aktorskiego serialu sygnowanego marką.

Poza kilkoma animowanymi seriami, kierowanymi głównie do młodszego widza, Gwiezdne wojny prosperowały przez długi czas głównie na dużym ekranie, praktycznie formując w latach 70-tych pojęcie „letniego blockbustera”. Czy równie dobrze poradziły sobie jednak na małym ekranie w formie wysokobudżetowej serii?

Na to pytanie można odpowiedzieć negatywnie przywołując tylko jeden z ośmiu epizodów Mandalorianina. Cała reszta, od intrygującego początku po fantastyczny finał, prezentuje równy poziom, utwierdzając nas w przekonaniu, że wykreowana przez Lucasa Galaktyka to odpowiedni grunt, by na chwilę zrezygnować z infantylnej logiki PG-13 i skupić się na dojrzalszych treściach.

Już pierwszy epizod robi za idealne wprowadzenie do zupełnie nowego, aczkolwiek wciąż znajomego świata. A za przewodnika robi nam tajemniczy Mandalorianin Din Djarin – skrzętnie skryta pod hełmem twarz Pedro Pascala – łowca nagród budzący skojarzenia z uwielbianym przez fanów Bobą Fettem. Główny bohater to chodząca enigma, mało mówi, jednak ponad słowa zdecydowanie stawia czyny, próbując zarobić trochę kredytów, pracując dla Gildii Łowców Nagród.

Dostajemy zatem rzut oka na to, jak wygląda praca międzygalaktycznego łowcy głów, system wewnętrzny Gildii – koncepcje stare jak same Gwiezdne wojny – oraz ogólne wgląd w Galaktykę po upadku Imperium. Gospodarka wydaje się pogrążona w chaosie, choć imperialne kredyty nadal są w użytku, ale patrzy się na nie raczej nieprzychylnie, podczas gdy Nowa Republika stara się jakoś ogarnąć krajobraz po Wielkiej Wojnie Domowej.

Mandalorianin stoi mocno na własnych nogach raczej darując sobie odniesienia do filmów z głównego nurtu i spin-offów. Jeśli już, finałowy odcinek mocno zazębia się z serialem animowanym Rebelianci. Ale nie martwicie się, jeśli przygody rozmawiającego z eterycznymi wilkami Ezry was ominęły i tak bezproblemowo się tutaj odnajdziecie!

Oczywiście znajdziemy tutaj niedobitki szturmowców, więźniów zamrożonych w karbonicie czy znajomych droidów. Wszystko to jednak naturalnie wpisuje się w serialowy pejzaż, przywołując miłe poczucie nostalgii i spójności uniwersum, a nie szczując nas nachalnie fanserwisem.

Wyjątek stanowi nieszczęsny, wspomniany wyżej odcinek piąty, kiedy nasz bohater musi awaryjnie lądować na Tatooine. Odkurzenie tych samych miejscówek, robotów czy pamiętnych Tuskenów co prawda działa pobudzając naszą pamięć, jednak twórcy epizodu zwyczajnie przeszarżowali z puszczaniem oka.

Całe szczęście, reszta umiejętnie balansuje między tym co znamy a nowymi wątkami. Za przykład niech posłuży maszyna krocząca AT-ST będąca w posiadaniu grupy lokalnych bandytów, przedstawiona w sposób, który od razu przypomina nocną scenę z udziałem T-Rexa z legendarnego Parku jurajskiego (1993) czy uroczy atak X-Wingów ze wszystkimi ujęciami z kokpitów.

Dużo daje również ograniczenie CGI, bo efekty pojawiają się raczej w momentach, kiedy faktycznie nie było możliwości użycia tradycyjnych technik. Wszystko tutaj jest zatem brudne, zardzewiałe i wyglądające tak, że łatwo nam uwierzyć w funkcjonalność całego tego złomu. Zapomnijcie zatem o sterylnych i pustych korytarzach znanych z prequeli!

Przyczepiłbym się jednak do tego, co zawsze gryzie mnie w moim kochanym uniwersum. Niby odległa Galaktyka to tak wielka i różnorodna przestrzeń, jednak każda planeta stanowi odzwierciedlenie jakiegoś naszego ziemskiego biomu.

W Mando, oprócz jednego lesistego i zimowego biomu, otrzymujemy raczej dość nudny i standardowy jak na Gwiezdne wojny pustynny krajobraz. Wizualnie wpisuje się to wprawdzie w westernowe korzenie serialu, choć raz na jakiś czas zobaczyłbym coś bardziej kreatywnego.

Gęsty i charakterystyczny klimat buduje nastrojowa muzyka zdobywcy nagrody Grammy oraz Oscara, Ludwiga Göranssona. Szwedzki kompozytor chwycił się nowatorskich rozwiązań, łącząc prymitywnie brzmiące flety, plemienne bębny i chrupiące gitarowe akordy. To muzyka Johna Williamsa przefiltrowana przez Ennio Morricone.

Disney widocznie zrozumiał, że formuła przebojowych filmów Marvela zawdzięcza swój sukces gatunkowej różnorodności. Odcinki Mandalorianina wydają się tylko wypełniaczami, jednak za każdym razem otrzymujemy przetworzenie znanych tropów na gwiezdnowojenną modłę.

Znajdziemy tutaj zarówno Siedmiu wspaniałych (1960), crossoverowy epizod przygód Xeny i Herculesa, hollywoodzki patos a nawet klasyczny slasher. Na pierwszym planie mamy jednak tytułowego Mando oraz jego podopiecznego. Ten drugi stanowi obopólną wygraną Disneya, reklamując serial w necie za sprawą tysięcy memów i dając nam, widzom, chyba najsłodszą kukiełkę w historii marki.

Inne postacie przewijające się przez ekran też są co prawda ciekawe, jak była rebeliantka Cara Dune (Gina Carano) czy imperialny Moff Gideon (Giancarlo Esposito). Jednak wciąż pozostają oni w cieniu gwiezdnego Clinta Eastwooda i nowego, młodego Yody.

Fantastyczny epizod zalicza także Werner Herzog w roli lokalnego watażki garnizonu szturmowców. Wybitny dokumentalista wydaje się wręcz ulepiony pod oliwkowy mundur imperialnego dowódcy!

Mandalorianin być może nie będzie kolejną Grą o tron, a sam serial nie sprawi, że Disney+ osiągnie globalny sukces jako wieloplatformowa usługa. Wiem natomiast jedno, to najlepsze, co dała nam marka od czasów Starej Trylogii i idealne lekarstwo na kaca dla tych, którzy odbili się od mającego wcześniej premierę Skywalkera. Odrodzenia.

Oskar „Dziku” Dziki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: