proba_kwasu_w_elektrycznej_oranzadzie_okladka

– CZY PRZEJDZIESZ PRÓBĘ KWASU? –

Idzie zew
W gałkach pranksterskich oczu rzeźbiony
gotykiem Lincolna
Gdy tak lamentujemy
Na tym cmentarzu wśród kamieni
nagrobnych z księżyca filozofując z wolna
To twoja rasa –
Czy przejdziesz Próbę Kwasu?

Babbs i Kesey się bujają
Na Kalifornii cmentarzu wyj
z głębi czasu
Naraz
LSD dali w gaz aż po skraj
stromy swego
Misjonarzy losu
Czy przejdziesz Próbę Kwasu?

Kamienie nagrobne!
Grobowce, trumny i nagie, węglem datowane kości
Snów transfuzja
Z Komunalnego Zapasu:
Czy przejdziesz Próbę Kwasu?
Grupowa świadomość,
Co odleciała wysoko, Majorze, ale wszystko widzi
w księżycowym blasku
Natchniona
Ceremonią konieczną w księżycowym błysku
Aby rozniósł się
Manifest Prankstersów po krańce
Ziemi. Mentalne święto
w księżycowym statku
Próba Kwasu…

wynurzył się Kesey z niesamowitej nocy na cmentarzu z wizją podłączenia dosłownie całego świata i z niezwykle praktycznym rozwiązaniem, znanym jako THE ACID TEST, czyli PRÓBA KWASU.

Bowiem, jak napisano: …narasta w nim pilna potrzeba dotarcia z dobrą nowiną do wszystkich ludzi… kształtuje rytuały, często angażujące muzykę, taniec, liturgię i ofiarę, aby osiągnąć zobiektywizowany i stereotypowy wyraz owego oryginalnego, spontanicznego doświadczenia religijnego.

Chryste! Ileż ruchów przed nimi natknęło się na ten sam problem. Każda wizja każde wtajemniczenie… oryginalnego kręgu pochodzi zawsze z tego nowego doświadczenia… z owego kairos… i jakże to opowiedzieć! Jak przekazać je masom ludzi, którzy sami nigdy go nie przeżyli? Nie można zawrzeć tego w słowach. Trzeba stworzyć okoliczności, w których odczują pewne przybliżenie tamtego wrażenia, owego wzniosłego kairos. Trzeba wprawić ich w ekstazę… buddyjscy mnisi pogrążają się w kosmicznej miłości poprzez post i kontemplację; hinduiści odlatują w bhakti, czyli żarliwą miłość w boskim opętaniu, ekstatyczne zatopienie się w Krishnie, poprzez seksualne orgie albo bachanalie ucztowania; chrześcijanie trafiają do Miasta Na Skraju poprzez gnostyczny onanizm albo Serce Jezusowe albo Dzieciątko Jezus ze swoją krwawiącą raną – albo – PRÓBĘ KWASU.

I naraz Kesey spostrzega, że oni, Prankstersi, mają już wiedzę i maszynerię, aby kreować stany rozszerzonej świadomości, jakich świat nie widział, totalnie zakręcone, podpalone, wzmocnione i… opanowa ne – mają najskuteczniejszy z dotychczas wymyślonych kluczy do otwierania drzwi umysłu tego świata: a mianowicie LSD Owsleya.

Całymi miesiącami Kesey pracował nad… fantazją… Kopuły. Miała to być wielka, złożona z czterościanów, kopulasta konstrukcja na walcowatej podstawie. Wyglądałaby jak ogromny grzyb. Wiele poziomów. Ludzie wspinaliby się schodami w górę walca – kupowali bilet? – no cóóóóóż- a kopuła miałaby wspaniałą podłogę z gumowej pianki, na której mogliby się położyć. W gumowej piance, poniżej poziomu podłogi, umieszczono by projektory filmowe, odtwarzacze wideo, rzutniki świateł. Wszędzie, w całej kopule, zainstalowano by głośniki, mikrofony, magnetofony, urządzenia do transmisji na żywo, do odtwarzania nagrań, regulowanego echa.

Ludzie mogliby brać LSD, szuwaks albo palić trawę, kłaść się i przeżywać, co dusza zapragnie, zamknięci i zanurzeni w planecie świateł i dźwięków, jakich nie zna wszechświat. Światła, filmy, wideo, wideo ich samych, połyskujące i wirujące po całej kopule wiązki reflektorów bijących z podłogi spomiędzy ich ciał. Dźwięki rozbrzmiewające w kopule jak tajfun. Filmy i taśmy z przeszłości, taśmy dźwiękowe i wideo, transmisje i projekcje teraźniejszości, taśmy i humanoidalne odgłosy przyszłości – ale wszystkie razem wprowadzane teraz – tu i teraz – kairos – w rozszerzoną korę mózgową…

Kopuła była oczywiście inspiracją Buckminstera Fullera, projekcje świetlne były przede wszystkim dziełem Gerda Sterna z grupy USCO, choć Roy Seburn zrobił już z nimi wiele rzeczy, a Page Browning objawiał talent, który zaskakiwał wszystkich. Ale magiczna kopuła, nowa planeta, to pomysł Keseya i Prankstersów. Idea sięgała ponad to, co później znane było jako rozrywki multimedialne, obecnie standardowa praktyka w „dyskotekach psychedelicznych”. Prankstersi mieli do dyspozycji super-medium, czwarty wymiar – kwas – Cosmo – Wszystkojedność – Panowanie – Film –
Ale dlaczego kopuła? Oto odpowiedź na wszystkie pranksterskie fantazje, publiczne i prywatne, kompletne rozwiązanie – już je znaleźli, a mianowicie prywatka z Hell’s Angels.

Ten dwudniowy raut był nie tyle prywatką, co spektaklem. A nawet więcej niż spektaklem. Była to niewiarygodna koncentracja energii. Nie tylko Prankstersi, ale ludzie zewsząd, headzi, nie-headzi, intelektualiści, poszukiwacze przygód, nawet gliny, zjawili się i porwała ich niewiarygodna energia tej sprawy – znaleźli się w filmie Prankstersów. Był to jeden spektakl, bez podziału na artystów i klientów, którzy kupują bilety i mówią, no dobra, teraz proszę nas bawić. Na prywatce z Aniołami wszyscy razem przyprawiali, każdy robił swoje i bawił wszystkich innych, Aniołowie jako Aniołowie, Ginsberg jako Ginsberg, Prankstersi jako Prankstersi, a gliny jako gliny. Nawet gliny robiły swoje, błyskając tymi tłustymi, złymi, wirującymi, czerwonymi światłami spod piaszczystego klifu, warcząc, ujadając i zaczepiając samochody.

CZY PRZEJDZIESZ PRÓBĘ KWASU?

Każdy mógłby wziąć LSD po raz pierwszy i przejść przez to bez paranoi… Leary i Alpert głosili zasadę „wystroju i nastroju” (set and setting). Wszystko, co dotyczy brania LSD, owocnego, wolnego od paranoi doświadczenia, zależy od nastroju i wystroju. Powinno się brać kwas we wnętrzu o pogodnym i atrakcyjnym wystroju, w domu lub mieszkaniu urządzonym przedmiotami o rzetelnej jakości, z turkomańskimi gobelinami, greckimi dywanami z koźlich skór, błękitną ceramiką ze sklepu Cost Plus, łagodnym światłem – ale nie w japońskich papierowych kulach, lecz w chińskich abażurach z bawełnianej surówki – krótko mówiąc, w wiejskim odludziu Cyganerii Z Dzielnicy Willowej, najlepiej takim za $60 tys. rocznie, z Requiem Mozarta sączącym się ze stereo z liturgiczną powagą. „Nastrój” to stan umysłu.

Należy przygotować się do tego doświadczenia medytując nad własną kondycją i zastanawiając się, co ma się nadzieję odkryć lub osiągnąć podczas podróży do własnej jaźni. Należy mieć także przewodnika, który brał wcześniej LSD i orientuje się w różnych stadiach tego doświadczenia, kogoś, kogo zna się i darzy zaufaniem… lecz pieprzyć to wszystko! Zatwardza to tylko zatwardzenie z przeszłości, odwieczne opóźnienie czegoś, co powinno zdarzyć się Teraz. Niech wystrój będzie tak niespokojny i niesamowity, jak jest to możliwe za sprawą sztuk pranksterskich, niech twój nastrój będzie tylko taki, jak to, co masz w swoim… mózgu, stary, i niech twoim przewodnikiem będzie, niech cię w zaufaniu trzyma za rączkę i niech ci zmienia pieluszki na główce, banda szaleńców w Day-Glo, mających za motto: „Nigdy nie ufaj Prankstersowi”. Próby Kwasu będą jak prywatka z Aniołami plus wszystkie idee, które złożyły się na fantazje Kopuły. Wszyscy będą brali kwas, kiedy tylko zechcą, na sześć godzin przed Próbą albo kiedy się zjawią, w dowolnym momencie tripu, kiedy zechcą wkroczyć na nową planetę. W każdym razie i tak będą na nowej planecie.

Ach, te tajemnice synchroniczności! Jakie to dziwne… Próba Kwasu okazała się w istocie formą sztuki przepowiedzianą w dziwnej książce Childhood’s End i nazwaną „totalną identyfikacją”: „Wskazówkę do działania odnaleźli w historii kinematografii. Najpierw dźwięk, potem kolor, potem stereoskopia, dalej Cinerama coraz bardziej upodabniały poczciwe stare kino do rzeczywistości. Gdzie jest kres tego rozwoju? Z pewnością w ostatnim stadium publiczność zapomnij że jest publicznością, i weźmie udział w akcji. Wymagać to będzie pobudzania wszystkich zmysłów, a może także hipnozy… Osiągnięcie tego celu oznaczać będzie ogromne wzbogacenie ludzkiego doświadczenia. Człowiek będzie mógł zostać – na jakiś czas przynajmniej – dowolną inną osobą i będzie rnógł wziąć udział w każdej wyobrażalnej przygodzie, rzeczywistej czy wyimaginowanej… A kiedy skończy się „program”, pozostanie wspomnienie tak żywe, jak doświadczenie faktycznego życia, nie do odróżnienia zaiste od rzeczywistości jako takiej”.

Nic dodać nic ująć! Pierwsza Próba Kwasu skończyła się raczej jak dawna kwasowa balanga w La Hondzie, to znaczy jako sprawa prywatna i niemal pozbawiona formy. Miała być imprezą publiczną, ale Prankstersi nie byli mistrzami świata, jeśli chodzi o mechanikę spraw, jak choćby wynajem sali. Pierwsza Próba miała się odbyć w Santa Cruz. Ale nie udało im się na czas wynająć sali. Musieli ją zrobić w domu Babbsa, miejscu znanym jako Spread, na przedmieściach Santa Cruz, w dzielnicy pod nazwą Soauel. Spread przypominało zrujnowaną fermę kurzą. Dzika wyka i pędy kanianki z każdą chwilą zdobywały nowe tereny, przynajmniej tam, gdzie tereny nie były wypalone czy ubite w gliniaste błoto. Były tam tłuste, brunatne psy, zrujnowane pojazdy, rdzewiejące maszyny, gnijące koryta, bieżnikowane opony oraz mały domek z linoleum na podłogach i tego typu starymi, wyświechtanymi, klubowymi fotelami, nad którymi unoszą się chmury natrętnych much, które odlatują na trzy centymetry, kiedy machnąć na nie ręką. Ale były tam także na ścianach i sufitach kreacje Babbsa z Day-Glo, obiekt był prywatny i na uboczu. W każdym razie, został im albo Spread, albo nic.

Prawie cała reklama, jaką udało im się zrobić, ograniczyła się do samego dnia Próby. Norman Hartweg wymalował na kawałku tektury napis, przymocował go do tablicy używanej przez Babbsa jako plansza z instrukcjami reżyserskimi przy kręceniu filmu i zawiesił w Hip Pocket Bookstore. CZY PRZEJDZIESZ PRÓBĘ KWASU? Hip Pocket Bookstore była księgarnią książek kieszonkowych, którą Hassler i Peter Demma, jeden z satelitów Prankstersów, prowadzili w Santa Cruz. Tego popołudnia zostawili w sklepie wiadomość, że impreza odbędzie się u Babbsa. Paru lokalnych luzaków zobaczyło ją i przyszło, ale tego wieczoru w Spread pojawili się głównie Prankstersi i ich znajomi, wśród nich wielu ludzi z Berkeley, którzy przyjeżdżali do La Hondy. Plus Allen Ginsberg ze swym anturażem.

Zaczęło się jak prywatka, z kawałkami filmu migocącymi na ścianach, światłami, taśmami, muzyką w wykonaniu samych Prankstersów, żeby nie wspomnieć o LSD. Dziwna, atonalna, chińska muzyka Prankstersów a la John Cage rozbrzmiewała na wszystkich częstotliwościach. W zasadzie była to po prostu prywatka w stylu La Hondy – ale potem, około trzeciej nad ranem, coś się wydarzyło… Niewtajemniczeni, ci, którzy przyszli po prostu na balangę i nie doświadczali żadnego Kierownictwa, tak jak ludzie z Berkeley, wszyscy poszli sobie około trzeciej i Próba zawęziła się do swego rodzaju rdzenia…

Skończyło się na tym, że Kesey zajął miejsce w jednym końcu saloniku Babbsa, a Ginsberg w drugim, cała reszta zaś usadowiła się wokół tych dwóch biegunów, jakby to był magnes, wszyscy ludzie Keseya w jego stronę, wszyscy ludzie Ginsberga w stronę Ginsberga – super-Zachód i super-Wschód – i tak się złożyło, że przedmiotem dysputy był Wietnam. Kesey wyłożył swą teorię całych mas ludzi podających sobie ręce i kupą wycofujących się z tej wojny. Ginsberg powiedział, że wszystkie sprawy, wojny, to rezultat nieporozumień. Nikt z walczących nigdy nie chciał tego robić i gdyby tylko mogli usiąść w przyjaznej atmosferze i pogadać, dotarliby do sedna swych nieporozumień i załatwili je – a wtedy z końca kontyngentu Keseya dobiegł głos jedynego człowieka w tym pokoju, który znalazł się w promieniu tysiąca kilometrów od tej wojny, Babbsa – Tak, to wszystko jest tak bardzo oczywiste.

To wszystko jest tak bardzo oczywiste… Jak magiczny wydał się w tej chwili ten komentarz! W magicznej ósmej godzinie kwasu – jakie to teraz wszystko było jasne – Ginsberg to powiedział, a Babbs, wojownik, potwierdził, wszystko narastało do tego stadium i naraz stało się takie… bardzo… jasne…

Próba Kwasu w Spread była, rzecz jasna, zaledwie próbą Próby. Tak naprawdę nie… dotarła do świata… Ale! Już wkrótce… Rolling Stones, druga z najostrzejszych grup z Anglii, zjeżdżała 4 grudnia do San Jose, sześćdziesiąt kilometrów na południe od San Francisco, na koncert w Civic Auditorium. Kesey widział to już przedtem i wie, jak będzie wyglądać teraz. Widzi nagrzane, nawiedzone małolatki i najróżniejsze masy ludzi wylewające się z Cow Pałace po koncercie tamtego wieczoru, tę pokawałkowaną bestię z różowymi czułkami, wylewającą się, wciąż rozedrganą ekstazą i cukrowymi fasolkami, nabitą, gotową do strzału, choć nie wycelowaną, bez prądu, któremu dałaby się ponieść… To tak bardzo oczywiste.

Przez trzy lub cztery dni Prankstersi poszukiwali sali w San Jose i nie mogli trafić na żadną – naturalnie – to naprawdę wydawało się naturalne i nieomal właściwe, że aż do ostatniej minuty nic nie było wiadomo. Pewne było tylko to, że w ostatniej minucie coś znajdą. Przynajmniej tyle można się było spodziewać po Filmie. A jeśli masy do ostatniej chwili nie będą wiedziały, gdzie ma się to odbyć? Cóż, ci, co mieli się tam znaleźć – ci, którzy tkwili w kisielu – ci tam trafią. Jest się albo w autobusie, albo poza autobusem i stosuje się to do całego świata, nawet do San Jose w stanie Kalifornia, W ostatniej minucie Kesey namówił przedstawiciela lokalnej cyganerki znanego jako Big Nig, aby udostępnił im swoje wielkie, stare domostwo.

Kesey spiknął się z zespołem rock’n’rollowym The Grateful Dead, którego liderem był Jerry Garcia, ten sam przegrany młodzieniec, który mieszkał kiedyś w Chateau w Palo Alto z Page’em Browningiem i innymi takimi, którzy wyglądali na nicponi, lumpenbitników, których trzeba było przeganiać, kiedy przychodzili i próbowali nieproszeni wbijać się na prywatki na Perry Lane. Garcia pamiętał, jak przychodzili i bywali wykopywani „przez Keseya i tych winożłopów”. Te winożłopy – cyganeria z klasy średniej, z Perry Lane. Obaj, Kesey i Garcia, cały czas, choć z różnych stron, zmierzali do kisielu, a teraz Garcia był, tak, tak, pięknym człowiekiem, spokojnym, za kisielem i wspaniałym gitarzystą.

Na początku Garcia nazwał swą grupę The Warlocks, co znaczy czarodzieje lub magicy i ledwie wiązał koniec z końcem grając do piwa w knajpach jazzowych i tym podobnych w okolicy Palo Alto. Dla The Warlocks muzyka do piwa, nawet jeśli nazywano ją jazzem, była po prostu zgredziarsko-luzacka. Oni także czuli tę różnicę. Grając dla Keseya, mogli grać, co chcieli, robić swoje.

The Dead mieli organistę zwanego Pig Pen, który grał na organach elektrycznych Hammonda, więc wnieśli te organy do wiekowego domu Big Niga, plus wszystkie zelektryfikowane gitary, basówki Grateful Dead i zelektryfikowane gitary, basówki, flety, trąby, rzutniki, projektory filmowe, taśmy, mikrofony i aparaturę nagłaśniającą Prank-stersów, które piętrzyły się w obłąkanych zwojach drutu, błyskach nierdzewnej stali i migoczących wskaźników wzmacniaczy przed niedowierzającymi oczami Niga. Jego dom jest stary i ma instalację elektryczną, która z trudem wytrzymuje toster. Prankstersi wystroili się w komplet pranksterskich insygniów.

Paul Foster nosi Płaszcz Ważności, a na głowie ma teraz szopę kędziorów i wspaniałe zakręcone wąsy z wielkimi, kędzierzawymi bokobrodami sterczącymi z twarzy. Page Browning jest królem makijażu. Zmienia się w pełnowymiarowego Diabła z jaskrawo-pomarańczową twarzą i oczami pośrodku dwóch wielkich srebrnych gwiazd namalowanych na tym pomarańczu, z włosami srebrnymi od srebrnego proszku i ustami uszminkowanymi srebrną pomadką. Tego wieczoru wszyscy Prankstersi zasiedli do pastelowych kredek oraz kolorowych flamastrów i w niesamowitym tempie produkowali ulotki formatu kartki maszynopisu z tekstem CZY PRZEJDZIESZ PRÓBĘ KWASU? i adresem Big Niga.

Gdy nabite cukrowymi fasolkami masy zaczynają wylewać się z koncertu Rolling Stonesów w Civic Auditorium, Prankstersi ruszają pomiędzy nie. Pomarańczowo-srebrny Diabeł, dziki człowiek w płaszczu ze znaczków – Prankstersi. Prankstersi! – wręczają ulotki z wyzwaniem, niczym demony, czarownicy zaiste, którzy przyszli ukierunkować dziką, bezsensowną energię, którą w środku nabuzowali Rolling Stonesi.

Przyszli, tłoczą się u Big Niga i nagle wszędzie zapanował kwas i szał, elektryczne organy wibrują we wszystkich trzewiach w okolicy, dzieciaki tańczą, bynajmniej nie rockowe tańce i nie żadne twisty, mamusiu, ale tańczą ekstazę, skaczą, derwiszują, wyrzucają ręce ponad głowy jak gorliwi, zaufani dworzanie Tatki Grace’a – tak jest! – światła Roya Seburna zmywają wszystkie głowy, Cassady nawija, Paul Foster wręcza ludziom dziwne małe przedmioty ze swego Ekscentrycznego Wora, stare gwizdki, blaszane świerszcze, zniszczone klucze, widmowe uchwyty z plastyku.

Oczy jarzą się wszystkim jak żarówki, wylatują bezpieczniki, ciemno – ooooojjjeeejjj! – coś trzęsie się, wibruje, zbiera się i odlatuje w ciemności – a potem ktoś zakłada nowe bezpieczniki i stare domiszcze dygoce od nowa, przewody elektryczne wiją się i rozlatują na kawałki jak liniejące węże, organy znowu wibro-masują bebechy, bezpieczniki wylatują, umysły wrzeszczą, głowy eksplodują, sąsiedzi dzwonią na policję, dwustu, trzystu, czterystu ludzi wciągniętych do Filmu, przynajmniej na skraj kisielu, masa bardziej zwarta i bardziej zaprawiona niż jakakolwiek inna w dziejach, jak się niewątpliwie wydaje, a Kesey dokonuje delikatnych regulacji, jakiś drobny pstryczek elekt-ryczek, smarujemy Wazeliną nr 634-3 rozrzedzoną tri, a oni falują, Majorze, falują, ale z sensem, nastrojona mas czterystu zmierza w stronę kisielu, pierwsze doświadczenie kwasowe na masową skalę, świt Psychedelii, Pokolenia Dzieci Kwiatów i całej reszty, a Big Nig chce na czynsz.

A wy, jak na tym wychodzicie? Jak na tym wychodzicie…
– No wiesz, bo to niby jest tak, no wiesz – mówi Big Nig do Garcii. – Ja nic nie kasuję od Keseya za to miejsce, że niby za frajer, rozumiesz? Ale układ jest taki, że każdy tu się zrzuca, stary, na czynsz. Na czynsz.
– No właśnie, no wiesz, jakby… – mówi Big Nig. Big Nig wpatruje się w Garcię spojrzeniem z najgłębszej głębi czujnego ducha, czarnego autorytetu, jakie sobie tylko można wyobrazić, jak również uprzejmym i gorliwym…
No właśnie, no wiesz, jakby – Garcia jednakże ze swej strony nie wie, co wybuchnie najpierw, muzyka czy pomarańczowy śmiech. Kącikami oczu widzi swoje czarne włosy wokół twarzy – takie długie, do ramion, sterczą jak u sudańskiego żołnierza – a potem wielka, przejęta, czarna twarz Big Niga tuż przed nim zatrzepotała i komicznie rozmyła się w połyskującym, uradowanym kwasem, czerwonym morzu twarzy z tyłu za nimi oboma, w galaktycznych, czerwonych jeziorach na ścianach…

No właśnie, no wiesz, jakby, na ten czynsz, stary – powiada Big Nig – wywaliliście już sześć bezpieczników. Wywaliliśmy! Sześć bezpieczników! Garcia wsadza rękę w elektryczną gitarę i wypuszcza dźwięki jak wielki pomarańczowy śmiech, z jakim elektryczna iskra ze wszystkich wywalonych bezpieczników przeskakuje kolorowo ponad połyskującym morzem twarzy. To dopiero śmiech i pół. Nowa gwiazda się rodzi, jak żarówka w łonie, a Big Nig chce na czynsz – nowa gwiazda się rodzi, nowa planeta powstaje, Ahura Mazda jarzy się w łonie świata, tu na naszych oczach – a Big Nig, ten biedny, żałosny czarnuch, chce na swój czynsz.

To niesamowite. Wielki, czujny czarnuch wygląda żałośnie i jak zgred. Przez dwadzieścia lat swojego luzackiego życiu czarni nigdy nie wyglądali, jak zgredy. Byli archetypami dusz wcielonych. Ale cóż ma Dusza czy Czuj, Luz czy Cizia do tego nowego świata ekstazy, do tego Wszystko jednego… do tego kairos… Gdyby tylko mieli dobre miejsce, wystarczająco duże dla mas i wystarczająco izolowane, aby uniknąć glin z ich godzinami policyjnymi i wiecznymi pretensjami. Wkrótce potem znaleźli takie miejsce, przez przypa… Przez przypadek, Mahaviro?

Trzecia Próba Kwasu została zaplanowana w Stinson Beach, 25 kilometrów na północ od San Francisco. Stinson Beach było już punktem zbornym miejscowych headów. Można tam było mieszkać całą zimę w małych domkach na plaży prawie za darmo. Była tam ładna, solidna, murowana sala sportowa, wszystko to bardzo ładne – ale w ostatniej chwili cała transakcja zakończyła się fiaskiem i przenieśli się do Muir Beach, kilka kilometrów na południe. We wszystkich alternatywnych środowiskach San Francisco rozdali już ulotki, CZY PRZEJDZIESZ PRÓBĘ KWASU, reklamujące wodewil Cassady’ego & Ann Murphy i znakomitości, które mogłyby się tam znaleźć, w tej liczbie wszystkich, którzy byli właśnie w mieście albo mogliby doń ściągnąć, The Fugs, Ginsberg, Roland Kirk. Retorykę pranksterskich ulotek zawsze cechowało eleganckie, koronkowe wykorzystanie trybu warunkowego oraz innych przyszłych zależności, ale któż mógł zaprzeczyć, że każdy mógłby zostać wciągnięty do Filmu…

Tak czy owak, w ostatniej chwili zmienili kierunek na Muir Beach. To, że wiele osób nie dowie się o tej zmianie, pojedzie do Stinson Beach i zwyczajnie zamarznie w ciemnościach nigdy nie znalazłszy właściwego miejsca – jakoś nikogo nie martwiło. Należało do pewnego dziwnego porządku wszechświata. Norman Hartweg łyknął LSD – tego wieczoru było w kwasowo-gazowych kapsułkach – i rozmyślał o Gurdżijewie. Gurdżijew do ostatniej chwili nie zapowiedziałby takiego spotkania. Zbieramy się dziś wieczór. Ci, co dotarli, dotarli, i to samo w sobie ma pewien sens. Oczywiście sens następujący: jest się albo w autobusie, albo poza autobusem.

Ci, co byli w autobusie, nawet jeśli nie byli Prankstersami, jak Marshall Efron, pyzaty Merkury znającej się na rzeczy Kalifornii, albo Hell’s Angels… wszyscy się jakoś znaleźli. Gliny natomiast nie. Najwyraźniej ulotki ze Stinson Beach zbiły ich z tropu. W Muir Beach był wielki pawilon z drewnianych bali przeznaczony na tańce, bankiety itp. Pawilon był zbudowany na palach ponad nieużytkiem zarosłym sztywną, bagienną trawą. Wielka, pusta plaża zimowym wieczorem. Trochę małych drewnianych chatek dla turystów z niebieskimi drzwiami po obu stronach, wszystkie puste. Pawilon miał około trzydziestu metrów długości i trzy duże sale, cały z drewnianych bali i nagich belek, zwięzła konstrukcja z ciemnego drewna i „polowe warunki”. Grateful Dead rozłożyli się ze swoim sprzętem i Prankstersi ze swoim, który zawierał teraz organy Hammonda dla Gretch i wspaniałą lampę stroboskopową.

Stroboskop! Lampa stroboskopowa, albo stroboskop, została oryginalnie wynaleziona do badań nad ruchem, na przykład ruchem nóg u człowieka w biegu. W zaciemnionym pomieszczeniu na nogi biegacza kieruje się jasne światło zapalające się i gasnące na przemian. Światło to błyska bardzo prędko, może nawet trzykrotnie szybciej od normalnego bicia serca. Za każdym razem kiedy się zapala, widać nowe stadium ruchu nóg biegacza. Następujące po sobie obrazy mają tendencję do pozostawania w umyśle, ponieważ światło wyłącza się, zanim dotrze doń zwykłe zatarcie linii obrazu spowodowane ruchem. W świecie acid headów stroboskop ma pewne magiczne zastosowania. Przy określonych prędkościach lampy stroboskopowe są tak zsynchronizowane z rytmem fal mózgowych, że mogą powodować ataki u epileptyków. Headzi odkryli, że stroboskopy mogą przyprawiać ich o wiele sensacji doświadczanych po LSD, bez LSD. Stroboskop!

Ludziom stojącym pod niesamowitym stroboskopem wszystko wydaje się pokawałkowane. Ekstatyczni tancerze – dłonie odpływają im od ramion, wiszą w powietrzu – rozpadają się ich połyskujące twa- rze – błyszcząca elipsa zębów tu, para sterczących w ostrym świetle kości policzkowych tam – wszystko łuszczy się i rozlatuje na obrazy, jak w starym, mrugającym kinie – człowiek w plasterkach! – cała historia poprzypinana jak motyle w gablocie; doświadczenie, oczywiście. Stroboskop, projektory, mikrofony, taśmy, wzmacniacze, Ampex z regulowanym pogłosem – wszystko to ustawiono w skłębionej, migocącej masie w pawilonie Lincoln Log, w jednej, wielkiej kupie; Babbs kręcił gałkami, mówił na próbę do mikrofonów.

Zaczynali ściągać headzi. Marshall Efron i Norman, Norman już nieźle zaprawiony… A potem głównym wejściem wkracza Kesey…
Wszyscy go obserwują. Ma skupioną twarz, lekko przekrzywioną głowę. Zamierza coś robić, wszyscy się przyglądają, ponieważ wydaje się to strasznie ważne. Od razu wciągnął ich ten charyzmatyczny odkurzacz. Kesey rusza do aparatury, nic do nikogo nie mówi, sięga w galaktykę gałek, dokonuje… jednej, drobnej regulacji… tak! jeden wyłącznik, dwubiegunowy, jednopozycyjny, dwuprzerwowy, jako alegoria Panowania…

Jest tam Babbs, na fazie, ale radzi sobie z połyskującymi, poplątanymi zwojami taśm, projektorów i całą resztą. Każdy z Prankstersów, na fazie, ma do wykonania dość precyzyjne zadanie. Norman gapi się na gałki – nawet nie widzi numerków, tak jest zaprawiony, numerki wiercą się jak wielkie, świecące pasożyty pod mikroskopem – ale – funkcjonować na kwasie. Babbs mówi: – Robimy to między innymi po to, aby nauczyć się funkcjonować na kwasie. Oczywiście! Przygotowujcie się na ten Dzień – kiedy całe masy, miliony, całe cywilizacje będą na kwasie, w poszukiwaniu satori, to już się zbliża, fala się rozchodzi.

Wszyscy headzi, około trzystu osób, siedzą na podłodze. Głową w wir! Tak jest. U Big Niga w San Jose wiele z dzieciaków, które Prankstersi zgarnęli u wyjścia z koncertu Rolling Stonesów, nie brało tamtej nocy LSD, choć było tam wystarczająco wielu headów zaprawionych najróżniejszymi substancjami, aby wytworzyć tę spolegliwą wibrację znaną jako „faza kontaktowa”. Ale tym razem jest inaczej. Prawie każdy, kto odnalazł to miejsce po zmianie ze Stinson Beach, jest wystarczająco dobrze zorientowany, aby wiedzieć, co znaczy „kwas” w Próbie Kwasu. Wielu z nich wzięło kwas około czterech godzin temu, Pierwsza fala już przeszła i są gotowi… aby teraz trochę się podrajcować… Oba projektory wyświetlają Film.

Autobus i Prankstersi toczą się po ścianach pawilonu, Babbs i Kesey nawijają, Autobus rośnie, wibruje, podskakuje w wielkich wirach głów i kolorów – Norman, zaprawiony, siedzi na podłodze, na poły przerażony, na poły w ekstazie, choć gdzieś, w zakamarkach umysłu, świta mu, że taka jest właśnie jego metoda na Próbę Kwasu, siedzieć i patrzeć, trzymać się w godzinach szczytu, do jakiejś trzeciej lub czwartej nad ranem, do magicznej pory, a potem tańczyć – ale ten szczyt taki ogromny tym razem! Film i maszyny świetlne Roya Seburna rozlewają intergalaktyczne, czerwone morze science fiction aż po najdalsze kąty pawilonu, olej z wodą i barwnikami spożywczymi ściśnięte pomiędzy płytkami szklanymi i wyświetlane w ogromnym powiększeniu tak, że sam szlam komórkowego Stworzenia wydaje się ektoplazmować w sfery eteryczne, a wtedy wchodzą The Dead z niezmiernym, podwodnym wibratem, wibrującym – dziadziang – od skał Aleutów po gryfie klify Zatoki Kalifornijskiej.

Te niesamowite dźwięki Deadów! Agonia-w-ekstazie! Jak gdyby podwodne, często mętne, strasznie głośne, jakby siedziało się pod wodospadem, jednocześnie pełno w nich wibracji jak z balu wampirów, jakby każda struna ich elektrycznych gitar była długa na pół ulicy i brzęczała w przestrzeni wypełnionej naturalnym gazem, żeby nie wspomnieć o ich wspaniałych elektrycznych organach Hammonda, które brzmią jak kinowy Wurlitzer, maszyna do diatermii, CB-radio i śmieciarka Auto-Grind, która miele śmieci o czwartej nad ranem, wszystko na tej samej częstotliwości… A potem nagle inny film.

ŻABMAN

Babbs, Gretch i Hagen nakręcili go w Santa Gruz, jest to historia Babbsa Żabmana, który wyłonił się z Pacyfiku, od płetw po owadzie gogle odziany w czarny żabmański kostium z syntetycznej, gumowej pianki i zakochał w Księżniczce Gretch, z mnóstwem klatek skądinąd – z Filmu Autobusowego? – stroboskopowe zbliżenie na Żabmana, jak zaleca się, zdobywa ją i traci na rzecz Potworów Pacyfiku w podmorskiej projekcji

BABBS! GRETCH!

Norman nigdy jeszcze na kwasie nie oglądał filmu, a w tym filmie pogłębia się, pogłębia, pogłębia perspektywa, najbardziej trójwymiarowy film wszechczasów, aż stają tu wprost przed nim, w swych pianogumo-wych, baśniowych ogonach, a Pacyfik tak daleko na horyzoncie, gaśnie ponad bagnami wokół pawilonu w Muir Beach, aż Babbs i Gretch znajdą się w środku, we własnych osobach w dwóch osobnych punktach, tu na moich oczach na tej plaży i tu, dokładnie w tej sali, dokładnie w tym pawilonie na tej plaży, Babbs przy mikrofonie, a Gretch tuż obok przy nowych organach Hammonda – cóż za synch! Żeby tak opowiadali i aranżowali własne żywoty, z regulowanym pogłosem, jedna warstwa pogłosu na drugiej.

HIIIIIIIII

Któż to pojawia się w samym środku tego wiru, jak nie Owsley. Owsley, wystrojony w headzie ciuchy za 600 dolarów, wynurzył się ze swego podziemia szpiegostwa i paranoi, aby na własne oczy zobaczyć ów pranksterski eksperyment i pośród przyprawiającej o zawrót głowy zarazy bierze LSD. Nigdy przedtem nie widzieli, żeby brał. Bierze i

SSSSRRRRRRRUUUUUUUU

wir porywa go i zakręciwszy nim strąca w stroboskopowe stereoskopowe pranksterskie panopticum z pełnym regulowanym pogłosem

TAKIE KREATURY.

Hell’s Angels wchodzą chwiejnym krokiem, rażą Day-Glo, walą się kupą na podłogę pod ultrafioletową lampą, a potem z błogością najłagodniejszego Buddy podają sobie nawzajem różne anielskie ezoteria, łańcuchy, Żelazne Krzyże, noże, guziki, medale, kluczyki, klucze nasadkowe, świece, podziwiają arkana mrugające w Day-Glo. Pomarańczowo-srebrny diabeł szybuje pomiędzy tancerzami szczerząc się zelockim uśmiechem w każdą twarz, a Kesey przycupnął pośród połyskujących zwojów w centrum

PANOWANIA

spogląda ponad stroboskopowym wirem – tancerze! miotają się i są miotani! w ekstazie! kręcą się w koło! lewitują! ludzie w plasterkach! w pingpongowych piłeczkach! w czystej, śmietankowej esencji i wszystko to osiąga

SYNCH

jakiego jeszcze nie widział. Oto headzi z całego kwasowego świata, wszyscy wkręcają się wprost w kisiel. A teraz zobaczmy, co to jest

PANOWANIE

Kesey bierze za stroboskop i przekręca rtęciową dźwigienkę

W GÓRĘ

i wszyscy przyśpieszają

TERAZ

wir, tak głęboko w tym tkwią. Tańczą prędzej, w stroboskopowych błyskach dłonie lecą z ramion jak konfetti, uszczęśliwione twarze rozpadają się i wymieniają, ja bowiem jestem tobą, a ty mną w tasmańskim diabelstwie Cosmo. A teraz

W DÓŁ

i zwalniają – czy też My zwalniamy – To – Cosmo – zwalnia, wciąż w idealnej synchronizacji, jeden mózg, jedna energia, pojedynczy strumień intersubiektywności. To jest możliwe, ta alchemia tak wymarzona przez wszystkich headów. Właśnie dzieje się na ich oczach
PANOWANIE

Ciekawe, że po pierwszym wybuchu, na tej Próbie Kwasu zdarzały się długie okresy najdotkliwszej nudy. Dotkliwej, ponieważ tak nieoczekiwanej po ogólnym szaleństwie. Nic się nie działo, przynajmniej w zwykłym sensie. Ci, co nie byli… w autobusie… mogli dojść do wniosku, że nie ma tam żadnego planu. Grateful Dead nie grali setów, żadnych ośmiu numerów w secie, potem dwadzieścia pięć minut przerwy i tak dalej, cztery albo pięć setów i do domu. Dead mogli grać jakiś numer przez pięć minut albo przez pół godziny. Kto by pilnował czasu? Kto byłby w stanie pilnować czasu, kiedy historię kroi się na plasterki. The Dead potrafili się zaprawić tak samo, jak wszyscy inni.

Ci… nie-do-strojeni rozglądali się wokół, a tam headzi najróżniejszych maści, wśród nich ci, którzy prowadzili tę rewię, Prankstersi, rozprysnęli się po ścianach jak kisiel. Czekają, choć nie wygląda na to, aby ktoś miał znowu zaczynać. Ci, którzy nie mieli ochoty czekać, oddalali się, porobieni czy nie, i Próba krzepła w kisiel. Zespół Prankstersów podjął swoją dziwaczną, chińską kakofonię, Gretch zawodziła na nowych elektrycznych organach. Norman podniósł się do tańca, przyszła już na niego pora. Nawet powygłupiał się trochę z własnym, niewielkim pokazem świetlnym, choć nie uważał, żeby było to dość dobre, ale magiczne godziny podpływały jak elektryczny aksamit. Kesey mówił cicho do mikrofonu. Byli w oku huraganu, w kisielu.

Świt – cóż za niesamowite chłodne światło w bagiennej trawie i na plaży. Fioletowy cień nad całym oceanem, jak wielki, zimny niczym lód, siniak. Nagle główne drzwi otwierają się z impetem i staje w nich Owsley.
Owsley słania się na nogach po omacku i skrzeczy:
– Przeżyłem!
Co brzmi jak gwizd pary przeciskającej się przez wąską szczelinę.
– Przeżyłem!
Owsley, Król Kwasu, w headzim kostiumie za 600 dolarów, brnie po omacku przez smętny, siniakowaty świt, z oczami jak kratery po wybuchu, sycząc:
– Przeżyłem!

Widok Keseya najwidoczniej jednak razi go falą adrenaliny, ponieważ odzyskuje glos i zwraca się do niego:
– Kesey!
Chodzi mu o to, że Kesey nie może już więcej tego robić. To koniec. Próby Kwasu się skończyły. Kesey to maniak, te Próby są maniackie i wszystko wali się na głowę. Branie LSD w tak monstrualnej grupie uruchamia zbyt wiele sił, zbyt wiele obłąkanej energii, powoduje, że dzieją się bardzo chore i destrukcyjne rzeczy i tak dalej. To jego kwas i on oświadcza, że to koniec. Nikt nie może dokładnie zrozumieć, co mówi. Tylko tyle, że mu odbiło i że to wina Keseya.

Powoli składają to do kupy. Niezły trip miał Owsley na własnym LSD. Wychodzi na to, że Owsley wziął LSD, niezłą dawkę najwyraźniej, błyski stroboskopu i niewiarygodne warstwy pogłosu zaczęły nim wstrząsać i kołysać i wpędziły go w inny albo równoległy wymiar czasu. Headzi zawsze rozprawiali o takich sprawach. Potrafili cytować poważnych myślicieli, nawet uczonych, jak C. D. Broada i jego teorię drugiego wymiaru czasowego – „zdarzenia rozdzielone w czasie w jednym wymiarze mogą sąsiadować ze sobą bez żadnej przerwy w innym, tak samo jak dwa punkty na powierzchni ziemi, które różnią się długością geograficzną, mogą mieć identyczną szerokość” – albo J. W. Dunne’a teorię serializmu czy też nieskończonego regresu – albo Maurice’a Maeterlincka. Headzi zawsze rozprawiali o takich sprawach, więc Owsley był z nimi zaznajomiony. No i się porobił. Potem wpadł w wir, zakręciło mu się w dyrice od tych wszystkich specjalnych efektów z pranksterskich kamer pogłosowych – i legenda następująco opisuje jego ostateczny trip:

Cofnął się do osiemnastego wieku, hrabia Cagliostro! Już nie zwykły Giuseppe Balsamo z Palermo, z Oakland Morza Śródziemnego, ale ów poczciwy hrabia, alchemik, jasnowidz, czarownik, mistrz prognozy, przepowiadacz numerów loteryjnych, alchemiczny kreator, z podstawowych elementów… ten brylant, największy i najbardziej olśniewający w dziejach – proszę, kardynale Louis de Rohan – ale! – oskarżony o cudotwórstwo – wtrącony w ów zawrotny, ciemny loch, do Bastylii, nasiąkniętej trupio bladą wodą, skisłym mchem i drgającymi, szczurzymi członkami, rozbitej na atomy w błyskach światła brylantu, w który nie chciano wierzyć, jakieś szczurze śródstopie tu, jakieś szczurze śródręcze tam, szczurze zęby, szczurze oczy, szczurze ogony podskakujące i zamar łe w powietrzu jak miejskie latarnie – hałas – jakaś zadyma na uli cach – albo wybawienie – albo – Bastylia zaczyna się rozpadać na wilgotne, wojłokowe kostki – i tak dalej.

Świat zaczął rozlatywać się na kawałki. Zaczął rwać się na strzępy, dzielić na części składowe, a jeszcze nie powrócił nawet do dwudziestego wieku, utknął – gdzie? – Paryż w roku 1786? – Cały świat walił się w gruzy, molekuła po molekule, i pływał jak oka tłuszczu w filiżance kawy, wszystko wokół znikało w intergalaktycznym szlamie i gazach, nawet jego własne ciało. Stracił skórę, szkielet, żyły płucne – wyślizgiwały się na zewnątrz w szlam, jak węgorze, jego żyły, cuchnęły fosforem, jego nerwowe zwoje – rozplątywały się jak gorące robaki i wiły się w dół galaktycznego ścieku, cała jego substancja rozpuszczała się w gazową nicość, aż wreszcie została z niego jedna komórka. Jedna ludzka komórka, jego komórka; oto co pozostało po całym znanym nam świecie i jeśli straci panowanie nad tą jedną komórką, nie zostanie już nic. Cały świat skończy się tak jakby. Musi gigantycznym aktem woli odbudować samego siebie i cały świat z tej jednej komórki – to zbyt przytłaczające.

Od czego zacząć? Od autostrady Kalifornia 1, żeby mógł wynieść się stąd  samochodem? Czy może okazać się, że to po prostu plugawa Rue Ventru, gdzie czeka bastylski motłoch? Czy zacząć od samochodu? Dyferencjału? Jak się robi takiego drania? A może od plaży? Od wszystkich smutnych ziarenek piasku? Bagiennej trawy? Kempin gowych domków? Trzeba z powrotem wstawić te wszystkie niebieskie drzwi? Może od oceanu? Albo może pozostawić go suchym? Nie trzeba by było robić tych wszystkich ohydnych, ślepych, czarnych, batosferycz- nych zwierząt tam na dole… może od nieba? Jak daleko to sięga? Wielka Niedźwiedzica? Ursa Minor? Delfinium? A gdyby rzeczywiście nieskończone, żelatynowe wibracje podwodne były dziełem nieskończonych, koncentrycznych sfer z kryształu? Dead? Prankstersi?

Kesey, z Keseyem koniec na dobre, z Keseyem i batosferycznymi bestiami… w każdym razie z nadludzkim wysiłkiem bierze się do roboty. Ale kiedy już od nowa stworzył siebie samego, poczuł, że ma dość. To zbyt wyczerpujące. Tworzy swój samochód. Tworzy parking i początek drogi. Resztę będzie tworzył w trakcie jazdy. Olej to! Spadaj! Zostaw resztę świata, niech sobie radzi sama, tam gdzieś wśród gazów. Wskoczył do samochodu, odpalił i rozbił się o drzewo. O drzewo, którego jeszcze nie zdążył nawet posadzić z powrotem.

Ale kraksa jakimś cudem sprawia, że świat wskakuje na swoje miejsce. Oto jest z powrotem, z bulgoczącego tłuszczem szlamu. Samochód roztrzaskany, ale on się uratował. Przeżył! PRZEŻYŁ! Rzuca się więc w stronę pawilonu, poszukać maniaka Keseya. Ten sukinsyn też pewnie już zaskoczył.

Tom Wolfe

Źródło: Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie, Wyd. ISKRY, Warszawa 1995 (tłumaczenie: Richard Bialy, Tomasz Tłuczkiewicz)

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s