graveyard_lights_out_2012

Trzecia płyta w dorobku chłopców z Graveyard – projektu, który wyłonił się z tego samego czarciego kociołka, co bardziej doceniany Witchcraft – wreszcie konsoliduje brzmienie w oparciu o jakąś konkretną stylistykę. Jest nią zaś oczywiście wszechmodny retro metal, który niedługo zastąpi pewnie całkowicie poszukiwanie progresji w ciężkiej muzyce gitarowej. Muzyczna nostalgia, która była niedoceniana przez wiele lat, staje się teraz oficjalnie nową siłą. Archeologiczna formuła wielu fantastycznych płyt ostatnich lat udowadnia przy tym, jak odkrywcze może być grzebanie w przeszłości, jeśli tylko podejść do starych riffów z pewną dozą kreatywności.

Lights Out daje wprawdzie strzałę w stronę Black Sabbath, ale Szwedzi wiedzą lepiej niż tylko rżnąć z pionierów heavy metalu. I na pewno zdali sobie sprawę, że choćby chuj na chuju stanął nie da się skopiować brzmienia przełomu lat ’60/’70, bo kosztuje to za dużo wysiłku i pieniędzy. Co więc robi Graveyard? Staje w połowie drogi i zastępuje garażową chropowatość pierwotnego heavy brzmieniem sceny z Seattle. Świadomie czy nie, Lights Out brzmi, jak kopia płyt Soundgarden czy Alice In Chains i nie uważam tego za wadę, bo to doskonałe wzory. Produkcja całej płyty zdradza ukryte uczucia do lat ’90, a wokal Joakima Nilssona wprost ciągnie do piejących, grunge’owych wokali w stylu Chrisa Cornella. Graveyard siedzi jednak przy tym bardzo mocno w klimacie hard’n’heavy.

Dziewięć kawałków, to hard rock/heavy metal we współczesnym wydaniu. Zadziorny i sunący do przodu z melodyjnymi gitarkami, ale i romantycznymi balladami – bardzo zresztą ślicznymi – w stylu Hard Times Lovin’ czy Slow Motion Countdown. Najbardziej retro hard na całej płycie jest dla mnie The Suits, The Law & The Uniforms, który faktycznie zbliża się do krzyżówki Deep Purple i Black Sabbath. Hitem jest z kolei singiel promujący płytkę, Goliathdoskonałe połączenie krzyczących gitar, pulsującego basu i prostej perkusji. Moim ulubionym numerem został jednak fajniutki Seven Seven, który brzmi niemal jako Monster Magnet (albo kopia niektórych kawałków Danzig) z pięknie wyprodukowanym wokalem i ładnie stukającą perką.

Nie da się zaprzeczyć, że Lights Out ma konkretny, przebojowy potencjał. Połowa z numerów idealnie sprawdziłaby się w radiu, a na pewno dobrze zabrzmi w samochodzie. Fanom retro poszukiwań album powinien wejść po dwukrotnym-trzykrotnym przesłuchaniu. Czy długo będzie spoczywał w odtwarzaczu czy też na talerzu, to już inna kwestia, gdyż płytki tego typu mają niestety jedną wadę… prędzej czy później sprawiają, że sięgamy po oryginały, które rzadko się nudzą. Jeśli ktoś nie oczekuje jednak od każdego nowego albumu absolutnej oryginalności, nie powinien się zawieść. Przy pewnej dozie dystansu Lights Out to naprawdę dobra płyta!

Conradino Beb

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.