Czwarty odcinek True Detective potwierdza w zasadzie to, co wiedzieliśmy od samego początku, format antologii czy mini-serialu to tylko pretekst do przeniesienia zasad filmowych na mały ekran. Enigmatyczny początkowo thriller/dramat dotarł do półmetka jako wyrafinowane skalpowanie duszy i wysmakowane studium środowiska życia jako dodatkowego bohatera, które nie unika jednak okazjonalnej akcji, a wszystko z fantastyczną muzyką i nieprzeciętnym aktorstwem.

Pilot True Detective był jednym z najlepszych pilotów telewizyjnych wszech czasów, ale dopiero w drugim i trzecim odcinku zaczęliśmy tak naprawdę poznawać zawiłości życia Cohle’a i Harta.

Początkowe napięcie, dwuznaczność związku obydwóch detektywów – zakończonego tajemniczą kłótnią – zaczęły powoli ustępować skomplikowanemu obrazowi życia w świecie, który kreuje charakter mężczyzny w takim samym stopniu, w jakim ten kreuje go.

True-Detective-cohle-tree
Cohle wpatruje się w wiklinową spiralę

Tak, z czasem serial w oczywisty sposób zaczyna przywoływać klasyczne modele/klisze męskości kina amerykańskiego, których źródło leży po części w nurcie noir, po części w westernie, a po części w filmie policyjnym lat ’70 i ’80.

Z tym, że Kojak i Porucznik Colombo to przy True Detective niemal kreskówki, bo scenarzysta i twórca serialu, Nic Pizzolatto, do swoich głównych inspiracji zalicza prozę Thomasa Ligottiego i Emilia Ciorana, za którymi stoi Schopenhauer ze swoim buddyzmem jako rozpaczą duszy ludzkiej.

A te wibracje bez trudu da się odnaleźć w postaci Cohle’a – pesymisty, osobowości tragicznej, człowieka który nie wierzy w szlachetność natury ludzkiej, a w religii widzi bezwzględny instrument manipulacji i wypełniania duchowej pustki czy poczucia bezsensu, które nie powinno być jednak tłumione, gdyż daje człowiekowi dostęp do prawdy, do skupienia, do pustki… ale Cohle jest także pragmatycznym humanistą, który w sytuacji pełnej stresu wsadza dzieciaka do wanny, żeby nie oberwał kuli.

Cohle’a ostatecznie trudno więc zaszufladkować, gdyż pomimo tego, że scenarzysta i reżyser uzewnętrzniają jego filozofię poprzez dialogi, definiują go bardziej poprzez działanie.

Cohle-ogrodnik, Cohle-politoksykoman, Cohle-rozjemca, Cohle-aktor, czy nawet Cohle-wojownik, to wszystko oblicza jednego człowieka chcącego pozostawać poza ramami definicji, ale z drugiej strony nie potrafiącego obronić się przed egzystencjalną niepewnością, że wszystko to co robi, może w ostatecznym rozrachunku nie mieć żadnego sensu.

 

A Cary Fukunaga, Nic Pizzolatto i Matthew McConaughey w taki sposób pracują nad „nihilizmem” Cohle’a, że ten zawsze trzeba traktować podejrzliwie.

Jeden dzień jego przesłuchania zostaje rozciągnięty na długą część serialu (a być może nawet całość), a w jego trakcie charakter przechodzi 360° metamorfozę: od manifestacji totalnego upadku, przez zajęcie pozycji mrocznego mentora i adwokata antynatalizmu, aż po sugerowanie, że upija się tylko po to, żeby robić teatrzyk… i wciąż nie wiemy, kim tak naprawdę jest.

Z drugiej strony, Hart zostaje na początku zaprezentowany jako człowiek o silnej, konserwatywnej etyce, jednak bardzo szybko spada do pozycji głównego hipokryty, by stać się w końcu bardziej bezradną i bezmyślną częścią tandemu.

Te momenty upadku maski, utraty kontroli dają jednak Woody’emu Harrelsonowi – generalnie bardzo solidnemu aktorowi z kilkoma genialnymi rolami za pasem – kilka okazji do zaprezentowania równie wysokich umiejętności technicznych, co McConaughey.

true_detective_2014_kadr
Cohle i Marty

Mimika twarzy w scenie konfrontacji z Cohlem po skoszeniu przez niego trawnika to prawdziwy popis aktorskich możliwości. Kiedy Harrelson prezentuje naraz wściekłość, bezradność i rozpacz, jego charakter nie zyskuje wprawdzie głębi intelektualnej, ale sugeruje totalne zagubienie emocjonalne i etyczne, które jest prawdziwym wyzwaniem do przedstawienia.

Przy okazji, daje się nam do zrozumienia, że życie nie sprowadza się do sloganów i zawsze prędzej czy później ujawnia to, czego najbardziej się boimy. Transformacja charakterów pozostaje zaś głównym tematem True Detective.

Oczywiście, nasi bohaterowie ścigają sprawcę (czy bardziej sprawców) rytualnego morderstwa, które wyjęte zostało rodem z horrorów Lovecrafta i Ligottiego, ale to cały czas pozostaje na drugim planie.

Wiemy bowiem od początku, że sprawa została zamknięta albo z powodu nacisków politycznych, albo dla zaspokojenia opinii społecznej, a pojawienie się nowego morderstwa to głównie pretekst do opowiedzenia fascynującej historii trudnej przyjaźni.

Historii, która nie zmieściłaby się nigdy w tradycyjnym formacie filmowym, ale zostaje idealnie wpasowana w format antologii i odwołuje się do najlepszych tradycji kina autorskiego – jest zresztą swoistego rodzaju telewizją autorską – także przez nostalgiczne użycie filmu 35mm… z pomocą którego nakręcono m.in. Czas apokalipsy.

Sam Cary Fukunaga to pomimo 36 lat reżyser dwóch uznanych, niezależnych obrazów pełnometrażowych: Sin Nombre i Jane Eyre, które pozornie stanowią swoje przeciwieństwo. Ten pierwszy to brutalny dramat gangstersko-imigracyjny z zapierającymi dech w piersiach zdjęciami odwołującymi się do pejzaży Terrence’a Malicka czy kina Yasujiro Ozu, a ten drugi to bardzo nietypowy romans gotycki, który opiera się na subtelnościach gry aktorskiej.

Co łączy te filmy, to portretowanie zawiłości życia ludzkiego, które wychodzi z tradycji kina społecznego… drobne historie składają się na potężne mity!

true_detective_odcinek_4_cohle_meta
„True Detective”, odcinek 4 / Cohle jako odkurzacz

Co ciekawe, Fukunaga oprócz przyznawania się do wpływów kina Ozu, Imamury, Malicka i Vittoria De Siki, wielbi również Spielberga (oczywiście za Szczęki) i w jego reżyserii da się łatwo znaleźć elementy tego stylu. Co przede wszystkim rzuca się jednak w oko, to duża samoświadomość artystyczna, która zdaje się tylko przez przypadek rozpoczynać dialog z wielkimi klasykami kina.

Cohle siedzący w mrocznym pomieszczeniu nad skrzynią pełną broni z flaszką whisky w ręku i nieodgadnionym wzrokiem przypomina do bólu psychozę kapitana Willarda z Czasu apokalipsy, nawet jeśli reżyser wcale o to nie zabiega.

W tym samym czasie True Detective wprowadza do akcji gang motocyklowy, jeden z tych klasycznych wątków kina eksploatacji, który w ostatnich latach święci prawdziwy comeback (głównie za sprawą Sons Of Anarchy).

Figura motocyklisty, którą rozpowszechnił Hunter S. Thompson (Hell’s Angels), Russ Meyer (Motorpsycho!) czy Roger Corman (Dzikie anioły), a jeszcze wcześniej Kenneth Anger (Skorpion powstaje) i Marlon Brando (Dziki), była w latach ’60 jednym z najważniejszych składników kontrkulturowego mitu rewolucji społecznej, symbolizując nonkonformizm, wolność… i zniszczenie! Nie można było lepiej zaakcentować mrocznej strony Cohle’a niż poprzez ożywienie podziemnego mitu, który kultura spycha ze strachu na margines.

Krwawe zakończenie tego samego odcinka to zaś fascynująca reminiscencja apokaliptycznego nastroju Ataku na posterunek 13 Johna Carpentera z ostatnią sceną (6 minut w jednym ujęciu!) do złudzenia przypominającą tę z Kolorów Dennisa Hoppera – innego klasyka z działki filmów o policjantach, w którym twardziel-weteran grany przez Roberta Duvalla ginie z powodu ukrytej w głębi dobroduszności, a jego partner przechodzi brutalny kurs niepisanych reguł pracy na ulicy, które dalekie są od kodeksu postępowania karnego. Kolory to przy tym swoisty prototyp dla filmów o gangach ulicznych, na którego przeciwnym biegunie znajdują się Wojownicy Hilla, zupełnie inny klimat.

A w tych momentach, w których twórcy True Detective roztaczają przed nami naturalne uroki Luizjany (serial został nawet ochrzczony jako „południowa opowieść gotycka”), czy wzbogacają psychologiczny krajobraz o mroczne podbrzusze, czuje się wyraźnie idealne porozumienie pomiędzy reżyserem, scenarzystą i aktorami.

A jeśli ktoś kończy do tego odcinek Kingdom of Heaven The 13th Floor Elevators, to należy mu się również nagroda za dobry gust muzyczny. To odsyła nas z kolei do rozmów o synestezji, czy mieszanki LSD i metamfetaminy, którą naładował ofiarę zabójca, a także Cohle’a-odkurzacza.

Pojawienie się klasyka teksaskiej psychedelii w ostatniej scenie drugiego odcinka, w której detektywi odkrywają tajemniczy malunek rytualny na ścianie zrujnowanego kościoła, ma oczywiście charakter swoistego komentarza, gdyż Tommy Hall w swoim tekście umieścił następującą zwrotkę: The incense and the candles and the colors on the wall. Your image stands reflected as a princess come to call. Your suspicions I’m confirming as you find them all quite true. And the Kingdom of Heaven is within you. Morderstwo zostało więc popełnione w bardzo konkretnym celu.

Klimat inicjacyjnej grozy nasycają zaś wciąż riposty Cohle’a, który stwierdza w jednej scenie, że „muszą istnieć źli goście, żeby bronić świata przed innymi złymi gośćmi”. Tu odzywa się zaś western, który jak mawia Monte Hellman, jest w amerykańskiej tradycji filmowej odpowiednikiem greckiej tragedii, gdyż obrazuje związek człowieka z naturą/kosmosem.

W przypadku True Detective Hart i Cohle reprezentują pierwiastki yin i yang, z których każdy zawiera cząstkę drugiego, dialektyczną metazasadę zmian generujących ruch we wszechświecie.

A gdzie ten ruch nas zaprowadzi? Kolejne cztery odcinki jeszcze przed nami, ale ja stawiam na zakończenie rodem z Twin Peaks, które inspiruje zarówno Pizzolatta, co i Fukunagę. Nie chce mi się bowiem wierzyć, że wszystko ułoży się, jak w bajce, a zagadka zostanie rozwiązana, jak rebus z kolorowego magazynu.

Conradino Beb

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

28 komentarzy

    1. „I was having conversations in my head 24 hours a day. I had Maggie and Marty and Rust in my head 24 hours a day.”

      I to sie nazywa prawdziwa dedykacja 🙂 Naprawde jestesmy swiadkami pojawienia sie nowego formatu wizualnego – autorskiej telewizji!

      Polubienie

  1. Z odniesień do literatury grozy, to jeszcze ,, King in Yellow” Roberta W. Chambersa, przywołany w odcinku 1. Pierwsze polskie wydanie już w zapowiedeziach, kwestia najbliższych miesięcy.

    Polubienie

    1. Simply, zaczales seriale ogladac, nie wierze 🙂
      No ale z drugiej strony „True Detective” odpuscic, to bylby spory blad.

      W ogole wszystkim polecam „Sin Nombre”, debiut Fukunagi. Chyba najlepszy melodramat gangsterski ostatniej dekady i z pieknymi zdjeciami a là „Niebianskie dni” Malicka.

      Polubienie

  2. Z filmów Fukunagi widziałem tylko „Jane Eyre”, nie przypadł mi do gustu.
    „True Detective” obejrzałem na razie tylko pilotowy odcinek i nie mogę się zgodzić, że to „jeden z najlepszych pilotów telewizyjnych wszech czasów”. Dobrych kryminałów nigdy dość, ale ten strasznie drętwo się zaczyna, więcej tu filozofii niż prawdziwego thrillera. Jeśli tak będzie do końca to pewnie z łatwością można by było zrobić z tego dwugodzinny film. Odniosłem też wrażenie, że twórcy więcej tu zapożyczają od innych niż dodają coś od siebie. Poza tym, już mi się znudziła forma opowiadania – że bohater cały czas opowiada ze szczegółami historię, jak w „Titanicu” kuźwa. Na razie nie jestem przekonany, by oglądać dalej, ale skoro jest tylko osiem odcinków to może uda się dotrwać do końca.

    Polubienie

    1. Co ja ci mam, Mariusz powiedziec?
      Jesli nie wszedl ci pilot, to nie ma chyba sensu meczyc si dalej, bo narracja bedzie dokladnie taka sama az do polowy czwartego odcinka.

      Ten tekst jest oczywiscie dla tych, ktorzy juz zdazyli obejrzec polowe sezonu, ale na pewno zauwazyles, ze fabule poswiecam dosc minimalna uwage… a to z jednego powodu, ze ma bardzo male znaczenie 🙂

      „True Detective” to nie jest thriller. Szybciej mozna by to nazwac „thrillerem”, ale tak naprawde jest to forma autorskiego dramatu telewizyjnego, bo PIzzolatto razem z Fukunaga dokonuja transgresji standardowego gatunku procedury policyjnej wlasnie w kierunku filozoficzno-egzystencjalnym z niemal brakiem jakiejkolwiek akcji. Show jest tez napisany jak sztuka teatralna, ma 3 akty: 3 pierwsze odcinki to akt 1, 2 nastepne tworza akt drugi, a nastepnie dostajemy akt 3 w postaci dwoch ostatnich odcinkow.

      Duze znaczenie ma tu tez muzyka i aktorstwo duetu McConaughey i Harrelson (obok „Rodziny Soprano” najglebszy wymiar sztuki aktorskiej w TV, jaki widzialem) oraz nielinearna narracja (podobny kierunek do „Damages”). Jesli myslisz, ze Cohle tak po prostu bedzie siedzial i opowiadal przez caly serial, to bardzo sie mylisz – to jest dosc skomplikowany chwyt narracyjny, ktory sluzy jako „czerwony sledz” oraz pole wykorzystania metody aktorskiej, bo zarowno McConaughey, jak i Harrelson musza odzwierciedlic metamorfoze postaci na przestrzeni 17 lat.

      Polubienie

      1. Nie musisz nic mówić. W recenzji obszernie uzasadniłeś, co Cię urzekło w tej historii 😉 Ja jednak nie podzielam zachwytów. Na temat aktorów nic nie wspomniałem, bo domyślam się, że w pilocie dopiero się rozkręcali i w kolejnych odcinkach pokażą na co ich stać, bo w ich aktorski potencjał nie wątpię. Temat rytualnych zabójstw też ma w sobie potencjał, można by z tego zrobić trzymający w napięciu, brutalny thriller neo noir. Nielinearna narracja jest całkiem okej, gdy pomysłowo się z niej korzysta – w „Damages” (w dwóch pierwszych sezonach) zrobiono to genialnie, aż chciało się to oglądać. W „True Detective” zabrakło mi jednak suspensu, nie widzę również tego aby zaszła metamorfoza postaci poza tym, że postać McConaugheya zapuściła wąsy 😉

        Polubienie

  3. Ja bym to zaszufladkował jako gothic neo-noir 🙂 Tempo jest powolne, ale to jest jak jebany walec. Wjeżdża na łeb i miażdży mózg. Atmosfera bywa tak gęsta, że czasem aż coś się wylewa na ciebie z ekranu. Niemniej, nie rozumiem AŻ takich zachwytów nad pilotem. Ogólnie pierwsze trzy odcinki to dla mnie po prostu dobra rzecz. Miks motywów zupełnie konwencjonalnych z tymi nieszablonowymi (śledztwo jako pretekst do portretu psychologicznego, niesamowita wiadoma postać, elementy surrealizmu czy quasi-surrealizmu, np. ten burdel w środku lasu na jakimś odludziu). Ale wraz z zakończeniem trzeciego odcinka to się robi, kurwa, mistrzowskie. Cały czwarty odcinek moja gęba miała wyraz „japierdolęjakietojestzajebiste”. Aktorstwo wybitne. Harrelson zaczyna gonić McC, ale ogólnie jego postać robi się ciekawsza, początkowo była dosyć sztampowa, ale to uwypuklenie jego hipokryzji, następnie desperacja i ten strach – Moc.

    W skrócie: Mariusz, nie oglądaj, straszne gówno.

    Polubienie

    1. Bo to jest takze neo-noir, ale ja naprawde nie zamykalbym „True Detective” w ramach jakiegos okreslonego gatunku, bo wtedy umknie nam ten caly, intesywny horyzont wykreowany przez tworcow!

      Polubienie

    1. No jeśli fabuła ewidentnie nawiązuje do „Siedem” Finchera to chyba oczywiste jest, że spodziewać się należy klasycznego thrillera. Nie wiem dlaczego to jest takie dziwne.

      Polubienie

      1. Nie, nie jest to oczywiste. Fabuła może nawiązywać i do Królewny Śnieżki i wcale nie oznacza to, że musi być baśnią. Może być czymkolwiek. Poza tym – jakie to ewidentne nawiązanie do Siedem masz na myśli?

        Polubienie

      2. Dwóch detektywów prowadzi śledztwo w sprawie rytualnych morderstw – taki temat może i podejmowało wiele filmów, ale „Siedem” jest najsłynniejszym z nich i skojarzenie nasuwa się samo. Ktoś kto ogląda film o takiej fabule to raczej nie spodziewa się melodramatu ani baśni, tylko rasowego thrillera albo gatunków pokrewnych (kryminał, horror), choć pewnie można też zrobić z tego buddy movie.

        Polubienie

      3. To nie jest nawiązanie, a podobieństwo.

        „albo gatunków pokrewnych” – no widzisz, czyli jednak ten klasyczny thriller to nie jest taka rzecz oczywista. Cieszę się, że się dogadaliśmy.

        Polubienie

  4. Southern Gotic 🙂 Mnie wciągnęło niesamowicie, już jak czołówkę zobaczyłem, to wiedziałem, że ,,jesteśmy w domu”. Muza super w pytę git, z jednej strony gospelowe wstawki, za które odpowiada T Bone Burnett , z drugiej psychoTex w idealnym splocie tradycji ( 13 th Floor… ) z nowoczesnością ( The Black Angels ) , a nawet szczypta Zydeco . Rust to wbrew pozorom bardzo pozytywna postac – on mając tak rozwiniętą świadomośc zła i immanentnej desperacji tak w sobie, jak i w świecie, wybiera drogę outaidera, nie zbliża się do innych, by ich chronic przed ewentualnym sobą. Ci, którzy mu próbują imputowac tchórzostwo, czy aspołeczne asekuranctwo, nie zdają sobie sprawy, o czym mówią i Z KIM. On jest w tym niemiłosiernie konsekwentny, ale coś mi się widzi, że przy pani Hart się pewnie złamie…
    Dialogi i kwestie wyborne, a te złote myśli Cohle’a między piwem Lone Star, a łykiem Jamesona z piersiówy, to jest coś, czego jeszcze nie było – Kierkegaard from Texas 😀
    Story rozkręca się powoli, ale to jest dla niej po prostu idealny rytm, tu wszystko jest bardzo harmonijnie ze sobą połączone. The Black Angels też jadą powoli, tak ma byc.
    Co do warstwy kryminalnej, to fajnie, że oprócz standardowego znaku zapytania ( kto zabił? ) mamy drugi, jak dotąd ani o jotę nie tknięty : dla czego po latach powrócono do sprawy ?
    Surrealizm ? Chyba trochę zbyt szumnie powiedziane, chociaż trafiają się zaskakujące smaczki ; kiedy nasi bohaterowie docierają do zrujnowanego kościoła, w powietrzu lata stado ptaków, kołując i nawracając w tę i wewtę , jak pojebane. Martin wysiada z auta . Za nim wysiada Rust i w tym momencie stado na moment układa się w spiralny ideogram znaleziony na ciele ofiary

    Polubienie

    1. Zona Harta sie w ogole mocno zaczyna wybijac jako drugoplanowa bohaterka, ktora moze miec duzy wplyw na stosunek naszych zrytych detektywow. Co mnie jednak tak naprawde zastanawia, to co sie stalo pomiedzy zakonczeniem sledztwa w 1995, a przesluchaniem w 2012… to jest tak naprawde klucz do zrozumienia transformacji Cohle’a i Harta. Pozyjemy, zobaczymy…

      Polubienie

    1. W sensie intrygi tak wlasnie podejrzewalem. Policjanci stali sie glosem publiki, ktora podejrzewala, ze to moze byc Cohle, a rezyser zakonczyl epizod dajac do zrozumienia, ze to jednak nie on 🙂 Zakonczenie bedzie mistrzowskie, tyle wiem!

      Polubienie

  5. Nie, nie, wszystkie sugestie co do Cohle’a wyglądają na typową zasłonę dymną, to by było zbyt prostackie. Z drugiej strony , czemu nie Martin, jeśli już ??
    Przecież już sam tytuł serialu zalatuje wielką enigmą – dlaczego liczba pojedyncza ? ,,true” to może byc ten najlepszy, najskuteczniejszy, ale równie dobrze ,,autentyczny” w odróznieniu od ,,false”. Cała sytuacja z córką Martina , w powiązaniu z jej dziecinnymi rysunkami i układankami też jest nieżle zagadkowa. W tym ,,fuck you” było coś więcej niż odszczekniecie się za ,, królową dawania dupy ”. Jakiś potworny żal do starego. O co, tak na prawdę ?
    Z tych pytajników, to mozna porobic haczyki na całą ławicę śledzi ( czerwonych) 😀
    Kolejna sugestia : że niby Martin kryje Rusta A kto powiedział że nie na odwrót. ?
    No i najważniejsze – cały ten rajd na polną metę Ledoux był ewidentnie po to, by ukręcic sprawie łeb . Rust i Martin ukrywają coś przed widzem i to od samego początku.
    Mam nadzieję, że zakończenie będzie mistrzowskie, bo jak nie, to się wkurwię, jak diabli…

    Polubienie

    1. Mowie przeciez, ze to czerwony sledz byl, nie ma opcji, zeby Cohle byl zabojca. Moim zdaniem wyjdzie na to, ze obydwoje kryja wlasne dupy zacierajac slady, a mozliwe nawet, ze sciemniaja, ze sie poklocili i ze soba nie rozmawiaja, zeby ukryc fakt, ze dalej prowadza nieoficjalne sledztwo.

      To cale picie piwa i pierdolenie o upadku to byla dla mnie od poczatku zaslona dymna. Cohle jest jak derwisz, ktory upija sie tylko po to, zeby zrobic teatrzyk, a tak naprawe widzimy, ze alkohol nie ma na niego zadnego efektu. No i poszedl w koncu hold dla „Zlego porucznika” w jednym dialogu 🙂

      Polubienie

  6. Którego „Złego porucznika”? – widziałem tylko wersję Herzoga z Cage’m.

    Wciągnął mnie jednak ten serial. Po pierwszym odcinku nie byłem zachwycony, ale każdy kolejny okazał się lepszy od poprzedniego, a piąty to absolutna rewelacja. Jeśli ten poziom się utrzyma do końca to faktycznie zakończenie może być mistrzowskie. Forma „opowiadania” już nie przeszkadza, bo wszystko wskazuje na to, że opowieść policjantów ukrywa coś istotnego. Metamorfoza bohaterów staje się bardziej wyraźna, jeden zmienił się na gorsze, drugi na lepsze, ale to i tak nie jest do końca pewne, sprawa może być bardziej skomplikowana. W każdym bądź razie jestem zaintrygowany.

    Polubienie

  7. czolem!

    Nic nowego nie dodam, ale jedna rzecz bardzo ciekawa: kubek, który służy za popielniczkę Rush’owi.

    Jak napisał ‚Szinczuch’ [filmweb]:

    „”Jest jeszcze kubek, którego Rust używa jako popielniczki. BIG HUG MUG to anagram dla HUMBUG GIG, w pierwszy trzech epizodach kubek jest tak obrócony, że widać tylko litery BIG HU MU – w anagramie I HUMBUG.
    Słowem – „ściemniam”. A tytuł drugiego epizodu nosi nazwę ” Seeing Things”… „”

    Polubienie

  8. Zły Porucznik z Cage’m ma w sobie tyle z Herzoga, co pozostałości Wilczego Szańca z McDonalda ; )
    7my odcinek jakiś taki mocno przejściowy, upłynniający akcję, brakowało mi tego, co najlepsze wyławiałem z poprzednich epizodów; i nie mam na myśli tylko Ligottiegio, czy okultystycznych szmegesów; zresztą nędza jest w tym, że trzeba czekać z tygodnia na tydzień, kiedy serial sam w sobie najlepszy od czasu Twin Peaks, że tak ryzykancko zaopiniuję.
    btw te rozgryzanie szczegółów na półmetku kojarzy mi się z zawartością kanału KrainaX na YT ; >

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s