No to Mark Greenway i spółka znowu wzięli wszystkich z zaskoczenia, rzucając na rynek album być może najlepszy od pamiętnego The Code is Red… Long Live The Code. Nowy krążek wyprodukował zaufany współpracownik zespołu, Russ Russell, który po raz pierwszy wsparł Napalm Death swoją ekspertyzą na EP-ce Leaders Not Followers (1999), szybko wprowadzając legendę grindcore’a w XXI wiek. Pierwotny brud został zastąpiony komputerową precyzją, ale bez utraty charakterystycznej dla grupy bezkompromisowości.

Apex Predator – Easy Meat to album, który oprócz pierwszego, tytułowego, mocno industrialnego kawałka – faktycznie, miałem skojarzenia z pierwszymi płytami Neubatenów – nie tylko nie zwalnia ani na chwilę, ale rozpierdala mózg, jak piła tarczowa. Wypruwające żyły gitary, perkusyjne szaleństwo, szatański bas i opętańcze wokale mogą należeć tylko do jednej grupy: Napalm Death. To granie jest tak charakterystyczne, że nie ma po prostu innej opcji. Sama produkcja bardzo zaś pomaga zgwałcić twojego wewnętrznego jaszczura!

Muzycznie mamy tu do czynienia z dalszą przemianą, kolejnym stopniem fuzji HC/punkowej energii i bardziej techniczno-matematycznej szkoły metalu. O ile grindcore’owe crescenda perkusyjne wciąż dominują większość kawałków, a gitary czasem idą bardziej w slayerowym kierunku, to prostota nigdy nie zostaje odrzucona na rzecz instrumentalnej masturbacji. W tej krwawej mielonce ciekawy wyjątek stanowi chóralno-operowy Dear Slum Landlord…, przypominający ostatnie dokonania Killing Joke.

Oczywiście, Greenway w swoich tekstach jak zwykle dostarcza perwersyjnych komentarzy na temat wszystkich możliwych kryzysów społeczno-politycznych na naszym globie. Rzeczywistość jest brutalna, bo tak właśnie jest, ale bez dorabiania do tego fałszywej ideologii. I choć w  samym tytule da się wyczuć old schoolową fascynację społecznym darwinizmem – bo jedni to drapieżcy, a drudzy to łatwe mięso – idealizm zamienił się z wiekiem w realizm.

Ale że potrzeba prania ludziom mózgów u Napalmów jest tak samo wielka, jak była dwadzieścia lat temu, jeśli ostatnio nie wykarmiły was żadne gitary, to te wam dobrze poczeszą banię! Album, w który należy się uważnie wsłuchać i który należy w tym roku czcić! Niech żyją móżdżki i wątróbka!

Conradino Beb

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

3 comments

  1. Jak ktoś lubi tego typu kilmaty, to polecam The Kill i ich album o wielce wymownym tytule „Kill Them All”. Fajna szybka, inteligentna napierdzielanka z dystansem do własnego dzieła. Ale najlepsze jest tu brzmienie, które się Australijczykom udało: czysty old-skull (czasami miałem wrażenie, słuchając, jakbym się cofnął do mojego pierwszego spotkania z „Hell Awaits” Slayera). Na razie były dwa odsłuchy, ale już wiem, że to kapitalny album.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s