Młodzi Australijczycy z Tame Impala reprezentują najnowszą falę neopsychedelii, która od połowy lat ’90 nieśmiało przetacza się przez świat, ale dopiero teraz osiąga – jak się zdaje – swój punkt kulminacyjny. Ich drugi album to majstersztyk muzycznego eklektyzmu, który został twórczo wzniesiony na inspiracjach psychedelicznym popem końcówki lat ’60 oraz syntezatorowym progiem początku lat ’70. Wiele mówi sam fakt, że muzycy wskazują na A Wizard, A True Star Todda Rundgrena (który wcześniej stał się inspiracją brytyjskiej grupy Hot Chip) jako na główne źródło swoich obecnych idei kompozycyjnych.

Lonerism to niezwykłe doświadczenie nawet dla tak zaprawionego w bojach z psychedelią wojownika, jak moja skromna osoba. „John Lennon, kurwa?” – spytałem sam siebie, jak tylko przeleciał otwierający płytę Be Above It, gdyż wokal jest niemal lustrzanym odbiciem głosu Lennona z okresu Revolver i Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. I zupełnie nie chodzi o to czy jestem fanem The Beatles – gdyż nie jestem – ale o to, że ta specyficzna barwa z miejsca ustawia doświadczenie płyty… jak pierwsze uderzenie MDMA. Australijczycy postawili bowiem na brzmienie i melodykę odkurzając nawet antyczny syntezator analogowy Sequential Circuits Pro One (z tej samej bajki, co Roland SH-101 czy Moog Prodigy), który jest podstawą niemal wszystkich nowych kawałków. Te zaś przechodzą jeden w drugi mieszając się, jak w kociołku kwaśnego Pokemona.

A Melodie Tame Impala są – trzeba przyznać – totalne obmywając nas ze wszystkich stron i kojąc demony. Ich klimat przywodzi na myśl narkotyczne właściwości francuskiego elektro popu z lat ’90 o wiele bardziej niż lizergiczne sny lat ’60, ale to w moim mniemaniu dodaje Lonerism naturalnego uroku, który jest częścią wypracowanego stylu. Ten materiał to prawdziwa bomba – jest niezwykle oryginalny, choć niemal pozbawiony ciężaru poza okazyjnym fuzzem w pięknym zresztą kawałku Elephant, gdzie czuć klasyczny garaż i psychedelię. Tame Impala stąpają tu wyjątkowo nieco ciężej wchodząc na pole stonera, ale robią to bardzo oszczędnie i z wielką gracją. Czuje się, że celem grupy było delikatne zarażenie ludzi dźwiękiem, a nie zabicie wszystkich szarych komórek.

Jeśli większość grup neopsychedelicznych (The Black Angels, Dead Skeletons) obiera dzisiaj twardy kurs w stronę cold wave’owych cz nawet dronowych eksperymentów z brzmieniem całkowicie ograbiając je ze słodkiej niewinności, Tame Impala idą w przeciwną stronę. Cukierkowo-euforyczny nastrój Lonerism jest idealnym lekiem na depresję i zimne dni. I choć warstwa liryczna sugeruje wątki samotności i konfuzji, w połączeniu z popową estetyką nabierają one transgresyjnego wymiaru. Pięknym przykładem jest Why Won’t They Talk To Me?, w którym połączenie przejmujących wokali, bulgotania syntezatora i prostego rytmu perkusyjnego daje prawdziwie mesmeryzujący efekt. Gorąco zachęcam do zainteresowania się tą płytką, gdyż są to być może najlepsze z tegorocznych lekkich gitar!

Conradino Beb

Reklamy

3 komentarze

  1. Cholerka, parę pierwszych sekund jak March Of The Pigs Nina 😀 Ale potem już rozpływa się to faktycznie w latach 60′. Dobrze, że z odniesieniem do współczesności! Kolejny zajebisty zespół na MGV

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.