goddess_of_sex

– całonocnym rozmowom –

 

Od czterech godzin snuł się po mieście roznosząc ulotki.

Była przeklęta zima.

Mokry szaro-biały śnieg zabrał ulicy wszelki urok.

Śnieg był.

Śnieg zalegał.

Śnieg przeszkadzał.

Śnieg wkurwiał.

Pośród tego on. Skacowane 84 kilo.

Ni to smutne ni wesołe.

Zastygłe w tym specyficznym dla siebie stanie.

Stanie zobojętnienia.

Doręczyciel ulotek.

Czekający na emocje niczym na ostatni promień światła.

Właśnie walczył z jedną ze skrzynek ślizgając się jak idiota.

Manewrując pomiędzy lodem, a błotem.

Brnął. Trzymając się kurczowo gałęzi jakiegoś iglastego ścierwa, kłującego dłonie.

– A CO PAN DZIŚ ZA ULOTECZKI ROZNOSI?!

Niemal się nie wyjebał. Odwrócił się, a za jego plecami stała jakaś baba.

Ciężki czarny kożuch, cuchnący naftaliną, pokrywał ją całą.

Znad sierści wystawała jedynie twarz.

TWARZ Z GLINY! TWARZ Z KREDY! TWARZ Z GRANITU!

ZWŁOKI W FUTRZE!

– O BOŻE COŚ PAN TAKI! – rzekła oburzona.

A jej gliniana twarz przybrała dziwny wyraz.

Ponadto, dopiero teraz dostrzegł, że cały prawy policzek tej piękności pokrywała gęsta niebiesko-bordowa siatka brodawek i innych narośli.

– Przepraszam, przestraszyła mnie Pani. A ulotki? Nie wiem nie czytam tego ścierwa!

Męczę się z nim od 4 godzin, a drugie tyle przede mną.

– COŚ TAKIEGO! Jesteś mocno niewychowany, młody człowieku! – odpowiedziała twarz z kredy i odeszła kręcąc swoim wielkim futrzanym dupskiem!

Idiotka! – pomyślał – Całe zmarnowane życie przesiedziała w ciepłej klatce oczekiwań, wymagań i iluzji. Nigdy nie włożyła rąk w gówno.

A on włożył, nieraz. Teraz też.

Trzyma w rękach jeszcze trzy i pół tysiąca tego gówna!

Więc szedł dalej. Nie myśląc o niczym konkretnym, no chyba że stanik rozmiar C-75 jest konkretny.

Na MIŁOŚĆ BOSKĄ, JEST! I o tym właśnie myślał.

Kac powoli ustępował i czuł się coraz lepiej.

Nie jest w końcu aż tak źle – pomyślał – W końcu oddycham, kobiety też oddychają.

Koty wspinają się po dachach. Pijane szczury śpią w bramach.

Pijane szczury śpią w pałacach (również prezydenckich). Nie jest tak źle.

Postanowił usiąść na ławce, aby odpocząć i zapalić papierosa.

Średniej klasy tytoń zwinięty niezbyt grubo w brązową bletkę przypominał cygaro.

Wyglądało fajnie – ten widok poprawił mu humor. Zapalił i rozejrzał się po okolicy.

Jakaś krew, jakaś śmierć, jakiś śmiech, jakieś życie. Nic nadzwyczajnego.

Jego uwagę przykuł kolorowy karton, leżący na śniegu.

Dopiero teraz go zauważył, ale karton nie mógł leżeć tu zbyt długo – nie był cały mokry.

W rogu widniała data 11 grudnia 2012 roku. Otworzył.

Napis w środku głosił: Zapraszamy Cię na odlotowy melanż!

Tylko dla elitarnych głów! Impreza odbędzie się w waszym ulubiony miejscu!

Naszym Domu (Grodzka 247).

Mile widziany koniak lub likier!

Całujemy!

Siostry.

Nie daj się, zesraj się! Odwrócił się i puścił pawia w przestrzeń za sobą!

Ale czemu by nie? – pojawiło się w jego umyśle – Czemu by nie?

Zaproszenie jest aktualne, czas jest, jakieś pieniądze o dziwo też.

Pójść samemu? Trochę głupie.

Jedna z zasad głosiła: Nie chodź samemu na imprezy w obce miejsca.

Nigdy nie wiadomo, a może trzeba będzie cię odprowadzić do domu, abyś nie zamarzł pod gruszą?

Pijanego, głodnego, z każdą komórką ciała przepełnioną szaleństwem.

Albo trzeba będzie dać ci w ryj (bardziej prawdopodobne), jeśli znów będziesz biegał po domu z fjutem na wierzchu drąc jednocześnie mordę, że wydymasz żyrandol?

N I G D Y nic nie wiadomo człowieku! N I G D Y! Jeśli tego nie rozumiesz, jesteś kompletnym kretynem, jeśli to rozumiesz też nim jesteś, ale bagno jakby mniejsze.

No więc z kim?

Wybór ogromny. Dwóch przyjaciół, paru kumpli, reszta ścierwo.

Kumpel to jakby twój przyjaciel. Bez nóg, bez rąk. Bez serca, bez duszy, bez rozumu.

Znajomy to krzesło, stół, kibel, wanna, zeszyt, talerz. Bezbarwna masa. NIC.

Na jedno, ani na drugie w zasadzie nie powinno się liczyć. Zostają przyjaciele.

Jeden z nich ma świetne ciało oraz klasę i dumę, o jakiej mogą tylko pomarzyć współczesne kobiety. Chodzi z nim do łóżka jednocześnie ubierając miłość w szelest odgarnianych włosów.

Drugi z nich. Początkujący pisarz, początkujący muzyk. Miłośnik gór i poezji śpiewanej oraz BOŻE JEDYNY PRZEBACZ!!! P R A W I C Z E K!

Czasem jego brat, czasem jego ojciec, czasem krytyk, a czasem wzór.

Na co dzień róża wpleciona we włosy jego przeklętego smutku!

Dostałem w dupę od życia parokrotnie – pomyślał.

Nie pamiętam dotyku skóry rodziców.

Ich oddech plecie mi warkocz samotności.

Jakiś kurewski los zamknął moją duszę w obrotowych drzwiach!

A mój anioł stróż tańczy pogo na swych połamanych skrzydłach!

Świat mnie nie lubi! Ale On nikogo nie lubi.

Piszę chujowe opowiadania!

W mroku dnia palę zrobione przez siebie papierosy!

Do tego mam charakter i osobowość nie pasujący

DO TEGO ŚWIATA!

DO TAMTEGO ŚWIATA!

Nie pasujący

DO CIEBIE!

DO WAS!

DO GWIAZD NA NIEBIE!

DO GÓWNA NA ULICY!

Wiele rzeczy mi nie wyszło. Wiele rzeczy mi nie wyjdzie.

Przyjaciele i kobiety odejdą, jak odchodzi wszystko.

Ale póki co ich mam. Póki co oddycham.

Wykręcił numer do tego, co czasem jest tym, a czasem tamtym.

Ale na co dzień jest prawiczkiem. Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Piąty.

W końcu kutas odebrał (Nie można się zbyt długo rozczulać CO NIE?!)

– No?

– Znalazłem zaproszenie na imprezę. Dziś o dziewiątej.

– Średnio mi się chce po tym co ostatnio robiłeś.

– Wiem, przegiąłem. Dziś normalnie. Dawaj Kubuś !

– No ale kurwa Borys, żeby wkładać psa właścicielki i mojej koleżanki do zmywarki jednocześnie drąc ryja, że Papież ma cycki!

– Zapomnij o tym. Dziś normalnie.

– No dobra, spoko. Przyjdź po mnie.

Borys się rozłączył.

Pierdolić te ulotki! Rozniosę jutro albo nie rozniosę wcale! Zresztą kto by chciał taką robotę, za taką forsę?! – pomyślał słusznie.

Wstał z ławki i ruszył w stronę domu.

Śnieg tymczasem zrobił się jakby bielszy.

*   *   *   *   *

Są takie czynności, które powinno się zrobić obowiązkowo przed imprezą.

Mówię o zjedzeniu czegoś, aby pić jak facet

Mówię o wykąpaniu się, może trafi się jakaś kobieta?!

Mówię o nastawieniu, żeby w ogóle było dobrze (najtrudniejszy element).

Więc Borys każdą z tych czynności wykonał, jak trzeba.

Ubrał się. Czarne spodnie, czarna bluza, czarna bluzka i kurtka.

Jakiś czas temu słyszał opinie na temat swojego ubioru.

Wyglądasz źle – mówiły gliniane twarze pajaców od mody.

Nie tak! Tu sweterek! tu apaszka! Nie ciągle na czarno! To tu, to tam!

NANANA, CHUJ WAM W GLINIANĄ DUPE!

Wyszedł. Była godzina 20.40, gdy dotarł pod dom przyjaciela.

Kuba Kazimierczak – krzyczał domofon. Zadzwonił.

Jeden sygnał i Kuba odebrał domofon. Widocznie czekał.

Po chwili wyszedł. Ubrany w czarne portki i jasną marynarkę.

Wyglądał dobrze, chodź pewnie gliniane twarze tak nie uważały.

*   *   *   *   *

– Na tym cholernym zaproszeniu jest napisane, że wódę trzeba przynieść samemu.

– Wolałbym nie. Borys, dawaj po parę piw. Muszę wrócić.

– Stary, też bym wolał. Ale trzeba być uczciwym, no nie!

– Nie wal mi kitu! Dobra. Kup, ale niedużo.

– Wyluzuj. Dawaj forsę. Ja kupię.

Zabrał banknot i zniknął za drzwiami monopolowego.

Po chwili wyszedł. Kupił litra Żołądkowej Czerwonej, sok porzeczkowy i ćwiartke czystej – na czarną godzine. NA JEGO CZARNĄ GODZINE!

Była 22, gdy dotarli pod wskazany adres.

Już niepełna flacha błyszczała w świetle księżyca, a oni stali chwiejąc się przy domofonie.

Chwilę licytowali się, kto ma zadzwonić. Wypadło na Borysa – jak zawsze zresztą. Zadzwonił.

Jakiś orientalny sygnał gongu rozerwał mrok. No ładnie sie zapowiada.

Drzwi otworzyła jakaś laska. Mogła mieć około 18 lat.

Borys pokazał kolorowy karton – ich niby przepustkę do raju i wszedł do środka.

Jakby był Bóg wie kim. Swoją drogą – pomyślał – ciekawe kiedy nadejdą czasy, że kościoły lub jeden i drugi pajac, który ujrzał cień krzyża na pustyni, a teraz robi z siebie Boga, lub co gorsza Jego wysłannika, będzie sprzedawał (za oczywiste CO ŁASKA) wejściówki do raju?

Jeżeli istnieje raj, a talent jest błogosławieństwem, to w niebie jest już niezła impreza!

Bukowski. Hemingway. Miller. Fante. Beethoven. Hłasko. Celine. Bursa. PAJACU OD HALUCYNACJI. JEDNĄ PROSZĘ!

*   *   *   *  *

Więc weszli.

Większość ludzi była juz nieźle skuta.

Pozostali popijali jakieś dziwne drinki z nazwą, która zaczyna się w tym akapicie, a kończy cztery poniżej. Siedzieli tak. Beztroska młodzież! Niemalże złota! i Oni pośród niej. Rownież młodzież. KALEKA! ZŁA! NIEDOROZWINIĘTA! BRUDNA I SZARA!

Borys poczuł wstręt. Bezmiar obrzydzenia pochłaniał go! Pożerał ! Wóda podskoczyła mu do gardła. W głowie zaczęło się kręcić. Nie wytrzymał! Puścił pawia na dywan. Teraz pokryty kolorowymi apaszkami, tymi samymi, w które kiedyś ubierali go ci od gliny w dupie.

Nikt się nie odezwał. Zresztą co się dziwić, pokiereszowana gęba robi swoje. Więc stali tak pośród obrzyganych apaszek, obserwując to całe vintydziadostwo.

Jedna z ‚elitarnych głów’ najmocniej przykuła uwagę Borysa. Kolorowy aż nadto, sztuczny nad wszystko. Pieprzony pajac! – pomyślał – świruje Bażanta jakby był niewiadomo kim!

A jest N I C Z Y M. Jego zamarznięta twarz nie wyraża nic ponad pychę i oszustwo.

Każdemu z Was, KAŻDEMU dla którego ciało nie jest jedynie opakowaniem na narządy.

Którego oczy coś wyrażają, który ma odwagę i styl. Zawsze pomogę!

Poczęstuję wódą, papierosem, podam piwo i oddam rozmowę – wiele więcej sam nie mam.

Ale bez wachania oddam Ci wszystko. Za to że masz ciało wypełnione duszą!

Kolorowy dostrzegł, że Borys mu się przygląda, spojrzał na niego ukradkiem i zaraz odbiegł wzrokiem. Borys zaczekał aż ten ponownie na niego spojrzy. Trwało to chwilę, ale spojrzał. Wtedy Borys – patrząc mu cały czas w oczy – splunął gorzką śliną na dywan z apaszek.

DORĘCZYCIELE ULOTEK POZDRAWIAJĄ!

– Jak się bawicie chłopcy?! – wyrosło przy nich jak spod ziemi.

A zaraz za tym właścicielka słów. Dziewczyna była chyba najstarsza z grona apaszek.

Miała dłuuugie nogi i czarne legginsy. Białą bluzkę z ogromnym dekoldem i równie OGROMNE cycki, które wręcz wyskakiwały z pomiędzy materiału.

Oczywiście miała również kolorową apaszkę, ale i tak była jedną z lepiej ubranych niewiast. Miała coś, co ocierało się o klase, no i miała ten dekolt.

Sam nie wiedział, co było bardziej istotne w tym momencie.

– Yy…dobrze, dobrze tak,TAK ŚWIETNIE SIĘ BAWIMY – odpowiedział Kuba, który momentalnie dostrzegł szansę.

– Wiecie, że ktoś zwymiotował na dywan w dużym pokoju?!

– Niemożliwe! Serio? Ja pieprzę! CO ZA CHAMSTWO! Wiadomo kto to? – wtrącił sie Borys.

– Właśnie nie! Każdy mówi, że nie wie! A wiecie co ja wam powiem? To ktoś z nich. Dlatego nie mówią,bronią swojej dupy!

– Nie można ich za to winić, każdy tak robi.

Pokiereszowana gęba znów sie przydała.

– Miło było cię poznać, ale muszę iść sie odlać – dokończył Borys, pocałował dziewczynę w polik i odszedł zostawiając Sprawę Kubie.

*   *   *   *   *

Od rana odzielała go już niewielka przepaść. Już mocno wstawiony Borys, z papierosem zwisającym leniwie w lewym kąciku ust, podniósł się z kanapy i ruszył w stronę odtwarzacza.

Sprzęt grający był dziwny, jeden z tych co to najdroższy bo najnowszy (i na odwrót). Całe rozwścieczone stado lampek, diod, pokręteł i guzików wbiło się w jego oczy z mocą tysiąca małych szpilek.Wkurwiony wyciągnął wtyczkę z kontaktu. CISZA.

Jestem starą szkołą! Jestem uczniem Bukowskiego! – pomyślał i pociągnął zdrowy łyk z flaszki.

Poczym wyjął z kieszeni odtwarzacz i za pomoca jednego dziwnego kabla ze stu głośników w new salonie rozległa sie muzyka. Muzyka w znaczeniu sztuki, a nie oblepiony różowym pudrem produkt cyfrowo, podobny do zapachu gówna!

Z każdym kolejnym łykiem Borys robił sie coraz bardziej napalony. Trzymając w ręku już prawie pustą flaszke chodził po domu i podglądał kobiety.

Gdy one leżały snem alkoholika, on pochylał się nad nimi i całował w usta, bezczelnie zerkał w dekolt lub odchylał fragment kiecki obserwując majtki.

– Jesteś zboczony! – usłyszał za swoimi plecami.

– Przeszkadza Ci to kochanie? – odpowiedział nie odwróciwszy sie jeszcze.

Gdy to zrobił, dostrzegł kobietę, stała przed nim. W poranionej dłoni trzymała kieliszek.

Chyba była pijana, a może nie? Miała bardzo specyficzne rysy twarzy i długie ciemne włosy, które opadały aż na biodra kręcąc sie delikatnie.

Była najdziwniejszą kobietą, jaką przyszło mu spotkać. Mogła mieć coś około 30 lat, a może więcej? Na jej twarzy malował sie smutek i zmęczenie.

Nie można powiedzieć,  że była piękna, nie można powiedzieć, że była szpetna. Po prostu była. Wypełniała przestrzeń. Stał tak zmuszony jej obecnościa i patrzył na nią.

Nie wiedzieć czemu, podniecała go. Czuł to. Może to przez te usta? – przemknęło mu przez myśl.

Bo fakt, usta miała obłędne! Pieprzona czerwień! Taka naturalna! Ognista! Krwawa! Maczany we krwi fragment raju!

– Podobają ci się moje usta, kotku?

– Ej czekaj…do cholery skąd wiesz?!!

– Po prostu, ale dziękuję. Takie ogniste, krwawe! Może chcesz je poczuć?

– Ale jakim cudem, do kurwy nędzy!

Nie mógł nic zrozumieć. Wziął flaszkę do ust i pociągnął zdrowo do końca. Zaświeciło dno.

Spojrzał na kobietę. Stała dalej w tym samym miejscu, milcząca i smutna.

A jej oczy! Pewien rodzaj lęku przepłynął mu po plecach, gdy po raz pierwszy na nie spojrzał.

Ale nie był to typowy strach, nie chciał uciec.Wręcz chciał tam zostać i boksowac się z tym lękiem! Takim dziwnym, nieuniknionym, podniecającym!

Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, to jej dusza jest niebem i piekłem! Jest ziemią i kosmosem! Nienawiść i dobro! Smutek i okrucieństwo! Radość i żal! Pieszczoty i tortury! Narodziny i śmierć! To wszystko było zamknięte w jej oczach. Kto to tam zamknął?  Czy to możliwe, aby Bóg? A może wszechświat bez Boga?

Wepchnięty jakby w przestrzeń tej kobiety, oddychał tam. Czuł jakby umarł i narodził sie na nowo w jednej chwili!

– Przyniósłbyś mi drinka? – zapytała wyrywając go z zamyślenia.

– Nie ma sprawy, kochanie – odpowiedział zgrywając twardziela.

Udał sie do kuchni. Znalazł jakąś szklanke i nalał do niej wódki, znalazł sok grejfrutowy i kostki lodu. Sam wlał w siebie setkę naraz, aby nie myśleć. Zaniósł jej drinka.

Wychyliła całego niemalże na raz. Resztę płynu i lodu wylała na dywan z apaszek. Spodobało mu się to. Wziął od niej szklankę i z całej siły pieprznął nią o ścianę. Rozleciała się w drobny mak.

Obydwoje zaczęli się śmiać. Podszedł do niej, złapał w pasie i przyciagnął do siebie. Zaczęli sie całować. Całowała się dziwnie, zresztą wszystko u tej dziewczyny było kurwa dziwne!

Ale było przyjemnie. Jej język rzucał sie w moich ustach, jak ognisty wąż.

Całowali się jakiś czas, by w końcu odkleić się od siebie.

Borys wrócił do kuchni. Znalazł jakąś inna szklanke i zrobił jej kolejnego drinka, tym razem więcej wódki. Samemu tez łyknął, jak wcześniej.

Wrócił z gorzałą. Wypili dość szybko i znów do siebie przywarli.

Tym razem mocniej, lepiej! Stanął mu momentalnie.

To dziwne po takiej ilości alkoholu – pomyślał i wziął ją na ręce.

– Kochanie, ja tak działam na mężczyzn! – powiedziała.

– To jakieś szaleństwo!

Ale już nie pytał, juz nic nie mówił. Niósł ją na rękach szukając wolnego pokoju.

Nie było to łatwe. Kolorowa młodzież oblegała każdy kąt. Powykręcana spała na sobie!

Obrzygany i obszczany kwiat młodzieży dogorywał w wazonie zatrutej nowością wody!

Kumpel spał u drugiego z głową na jajach! Jakaś pełna klasy niewiasta narzygała na koleżankę, a ta obszczana zamarła w pozie wmawiania sobie, że jest dobrze!

A on szedł z tą wariatką. Jedną ręke trzymał na jej tyłku, drugą obejmował plecy.

Czuł chłód schowanej ćwiartki, przyklejonej do jego piersi.

Do tej pory pił gorzałę tamtych. Likieru nie ruszał. Wódę wypił całą. New-vintage’owa młodzież nie dała rady! Opłaca się być starą szkołą! W końcu znależli pokój. Borys odwrócił się, aby zamknąć drzwi. W tym samym czasie ona musiała zdjąć z siebie ubranie, zresztą dość skromne. Bo gdy się odwrocił, ona już była naga. A właściwie nie, gdyż całe jej ciało od szyi w dół było pokryte pajęczyną blizn. Miliony! Miliardy blizn! Małe, średnie, duże (tych było najwięcej) tworzyły taki swoisty

całun historii, całun doświadczenia. Zmarszczki smutku! Bruzdy skrywane od pokoleń! Blizny od zawsze!

Nie wiedzieć czemu, podnieciło go to jeszcze mocniej. Jego kutas pulsował w spodniach. Ta suka doprowadzała go do obłędu! Szybko zrzucił z siebie ciuchy. Było ciemno, jedynie delikatne światło latarni wpełzało do pokoju tworząc złote wzory. Dodało mu to odwagi – nigdy nie lubił sie rozbierać. Świadom niedoskonałości swojego ciala, wolał pozostć w ubraniu. Ale nie dziś! Nie z nią!

Położył sie obok niej na materacu i zaczął całować po szyi spacerując jednocześnie po jej ciele dłonią. Robił to dość długo, a ona leżała nieruchomo, jakoś dziwnie niewzruszona. W końcu przejęła jednak inicjatywę. Usiadła na nim. Naga. Bolesna. Pociągająca. Mroczna.

Miała dość spore, dość jędrne piersi, ładny płaski brzuch. Więcej nie widział.

Siedziała na nim, ubrana w ciemność, spacerując dłonią po jego ciele.

A w każdym z tych miejsc zostawała krwista smuga.

Było to przyjemne. Połączenie przyjemności, jakiej nigdy nie zaznał i takiego samego bólu.

Teraz pochyliła głowę i zaczęła całować jego naznaczone krwią ciało.

Szyja, ramiona, piersi, brzuch… schodziła coraz niżej!

Borys poczuł dobrze mu znany dreszcz, gdy pocałowała go w najniżej położony fragment brzucha.

Jeszcze niżej! Dawaj Kurwa! NIŻEJ! – darł się w myślach. Bliski omdlenia!

– Spokojnie, kochasiu! Chwila! – powiedziała i uśmiechnęła sie nieznacznie. Poczym wzięła go do ust! Oplotła go krwią swych warg! Poruszajac szybko i rytmicznie głową doprowadzała go do obłędu!

Jej język wił się po jego interesie, jak oszalały. Borys wstał. Ona posłusznie uklęknęła. Głupia, piękna kurwa! Wyjątkowo nie niszcząca! Przyśpieszyła! Wkładała go sobie do buzi po sam koniec jednocześnie lewą dłonią nie przestająć stymulować jego jaj.

Borys w myślach dziękował bogom, że jest tak zalany. Alkohol przedłużał rozkosz. Ale nawet on nie ma takiej siły! Wyjął go z jej ust i przystawił do twarzy! Jednocześnie pociągnął ją za włosy odchylając głowę do tyłu. Wzięła go w rękę i poruszyła parokrotnie…

KONIEC! PRZEGRAŁ! NIE DAŁ RADY! WSZECHŚWIAT ODDYCHA SEKSEM!

Lepka sperma pokryła jej całą twarz. Wyciągnął się na łóżku i zapalił papierosa. Z kieszeni kurtki wyjął ćwiartkę i wypił połowę, poczym ciężkim oddechem opadł na poduszkę.

Słyszał jej oddech z łazienki. Szelest spuszczanej wody. Drgał jeszcze w półmroku, gdy wróciła do pokoju. Położyła się przy nim. Siedzili słuchając jazzu.W pewnym momencie Borys się ocknął.

– Ej kotku?

– Tak, kochasiu?

– Przepraszam za szczerość, ale do jasnej cholery kochanie, jak ty masz na imię?

Uśmiechnęła się delikatnie i spojrzała na niego tym wszechświatem źrenic

– Świat, kochasiu. Mam na imię Świat.

Co zrobić? Zasnąłem.

duseone

Reklamy

4 komentarze

    1. Tez mi sie podoba. Autor ma talent do twórczej reinterpetacji klasyków zachlanej prozy i poezji – lecą gdzieś zreszta nazwiska – ale wkręca do tego specyficzny humor i swoją własna wizje erotyzmu.

      Korektę robiłem na szybko temu tekstowi – kurwa, w ogóle nie jestem dobrym korektorem – wiec coś mi mogło uciec. Możesz wytknac, Olaf?

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.