LSD_Blotter

Po powrocie do Ameryki (w 1958 roku]) zaznajomiono mnie z psychiatrycznymi przygodami o zupełnie innym porządku, gdyż Aldous Huxley opublikował swe Drzwi percepcji, opowiadające o jego eksperymentach z meskaliną i zaczął już zgłębiać tajemnice LSD. Gerald Heard dołączył do jego poszukiwań i w mojej rozmowie z nimi zauważyłem znaczną zmianę w ich postawie duchowej. Krótko mówiąc, przestali być manichejczykami.

Ich wizja boskości zawierała w sobie teraz naturę, a oni sami stali się bardziej odprężeni i ludzcy, tak że znalazłem siebie mówiącego do ludzi z mego własnego wyznania. Jednakże uderzyło mnie jako wysoce nieprawdopodobne to, że prawdziwe duchowe doświadczenie mogło nastąpić na skutek zażycia jakiegoś środka. Wizje i ekstazy – owszem, czyli raczej posmak mistycyzmu, tak jak pływanie z pływakami na ramionach. Może też ponowne przebudzenie dla kogoś, kto już odbył podróż wcześniej, albo wgląd dla osoby dobrze wyćwiczonej w czymś takim jak joga czy zen.

Niemniej gdy chodzi o te „wewnętrzne wzloty”, to mam naturę poszukiwacza przygód i jestem chętny do spróbowania większości rzeczy. Zarówno Aldous, jak i mój były uczeń z Akademii matematyk John Whittelsey byli w kontakcie z Keithem Ditmanem, psychiatrą odpowiedzialnym za badania nad LSD na Wydziale Neuropsychiatrii Uniwersytetu Kalifornijskiego. John pracował z nim jako statystyk w projekcie mającym na celu zarówno zbadanie efektu, jaki ten narkotyk wywiera na alkoholików, jak i sporządzenie mapy efektów wywieranych na ludzki organizm.

Wielu z poddawanych badaniom zdawało relacje ze stanów świadomości, które czyta się jak sprawozdania z przeżyć mistycznych do tego stopnia, że zapragnęli oni wypróbować to na „ekspertach” w tej dziedzinie, choć mistyk nigdy nie jest ekspertem podobnie jak neurolog czy filolog, gdyż jego zadanie nie polega na katalogowaniu przedmiotów. Ja sam zostałem zakwalifikowany jako ekspert z racji tego, iż miałem znaczną intelektualną wiedzę z zakresu psychologii i filozofii religii – wiedzę, która chroniła mnie przed bardziej niebezpiecznymi aspektami tej przygody dając mi kompas i coś na kształt mapy tego dzikiego terytorium. Ponadto ufałem Keithowi. Nie bał się nieświadomości podobnie jak wielu jungistów. Nie był też ryzykantem, lecz wydawał się zrównoważony, uważny i ostrożny w poglądach, a jednocześnie żywotny, o jasnym umyśle i głęboko zainteresowany swą pracą.

Przeprowadziliśmy zatem pierwszy taki eksperyment w biurze Keitha w Beverly Hills, w towarzystwie Edwina Halseya, byłego prywatnego sekretarza Anandy’ego Coomaraswamy’ego, uczącego wtedy religii komparatystycznych w Claremont. Każdy z nas zażył sto mikrogramów dietyloamidu kwasu L-lizergowego-25 dzięki uprzejmości Sandoz Company i wyruszyliśmy na ośmiogodzinną wyprawę. Dla mnie była ona przezabawnie piękna – jak gdyby całe moje postrzeganie zostało zmienione w cudowną arabeskę czy wielowymiarowy labirynt, w którym wszystko stało się przezroczyste i prześwitujące oraz rozbrzmiewające echem podwójnych i potrójnych znaczeń.

Każdy szczegół percepcji stał się żywy i ważny, nawet odchrząknięcia w trakcie czytania poezji, a czas zwolnił tak, że ludzie na zewnątrz goniący za swoim sprawami wydawali się stuknięci przez to, że nie zdawali sobie sprawy z tego, iż przeznaczeniem życia jest ten wieczny moment. Przeszliśmy przez ulicę do białego kościoła w stylu hiszpańskim otoczonego drzewami oliwnymi i błyszczącego w słońcu naprzeciw nieba absolutnego, pierwotnego błękitu i zobaczyliśmy trawę, i rośliny niewytłumaczalnie geometryczne w każdym detalu, sugerujące, że nic w naturze nie jest zaburzone.

Wróciliśmy i popatrzyliśmy na tom chińskiego i japońskiego sumi, czyli obrazów namalowanych czarnym tuszem, które wszystkie wydawały się doskonale dokładnymi fotografiami. Były nawet rozjaśnienia i cienie na drzewach Mu-ch’i, które na pewno nie były intencją artysty. W pewnym momencie Edwin poczuł się nieco przytłoczony i rzekł: „Nie mogę się doczekać, kiedy będę znowu starym sobą siedzącym w barze”. W międzyczasie wyglądał jak wcielenie Apolla w nadprzyrodzonym krawacie, z rozmysłem trzymający lilię w ręku.

Koniec końców moje pierwsze doświadczenie było bardziej estetyczne niż mistyczne, tak więc tam i wtedy – co jest, niestety, charakterystyczne dla mnie – nagrałem kasetę dla radia mówiącą, że wejrzałem w to zjawisko, które uważam za bardzo interesujące, lecz nie nazwałbym go mistycznym. Kaseta ta została przesłuchana przez dwójkę psychiatrów z Kliniki Langley-Porter w San Francisco, Sterling Bunnell i Michaela Agrona, którzy uważali, że powinienem ponownie rozważyć me poglądy.

W końcu zrobiłem tylko jeden eksperyment, a sztuką jest, by wszystko poszło jak należy. Zatem Bunnell poddała mnie serii eksperymentów, w trakcie których musiałem niechętnie przyznać, że – przynajmniej w moim przypadku – LSD doprowadziło mnie do niezaprzeczalnie mistycznego stanu świadomości. Lecz, co dziwne, zważywszy na moje zaabsorbowanie zenem w tamtym czasie, smak tych doświadczeń był raczej hinduski niż chiński.

W jakiś sposób atmosfera hinduskiej mitologii i obrazowości wśliznęła się w nie, sugerując w tym samym czasie, że filozofia hinduska była lokalną formą ukrytej mądrości, niepojęcie starej, którą każdy zna na wpół świadomie, lecz się do tego nie przyzna. Ta mądrość była równocześnie święta i haniebna, zatem też z konieczności ezoteryczna, a przyszła do nas w przebraniu absolutnie logicznego, oczywistego i zdrowego rozsądku.

Reasumując, powiedziałbym, że LSD i takie substancje psychodeliczne, jak meskalina, psylocybina i haszysz konferują wizję biegunową, pod którą rozumiem to, że podstawowe pary przeciwności, pozytywne i negatywne, widziane są jako różne bieguny pojedynczego magnesu lub przewodu. Ta wiedza jest tłumiona w każdej kulturze, która akcentuje pozytywne, stanowiąc tym samym tabu.

Pociąga to psychologię Gestalt, która kładzie nacisk na wzajemną współzależność figury i tła, do jej logicznych wniosków w każdym aspekcie życia i myśli, tak że wolicjonalne i spontaniczne, wiedza i nieznane, narodziny i upadek, dobro i zło, za linią i przed linią, jaźń i inni, materia i przestrzeń, ruch i spoczynek, światło i ciemność widziane są jako aspekty jednego i całkowicie doskonałego procesu. Implikować to może przekonanie, że nie ma w życiu nic do osiągnięcia, czego nie byłoby już tu i teraz; implikacja taka podważa gruntownie każdą filozofię czy kulturę, która gra poważnie w grę, którą nazwałem „białe musi wygrać”.

Wizja biegunowa jest zatem bez wątpienia niebezpieczna, lecz takie są również elektryczność, noże i język. Kiedy niedojrzała osoba doświadcza tożsamości wolicjonalnego i spontanicznego, to może ona czuć się z jednej strony całkowicie bezsilna lub z drugiej – równą hebrajsko-chrześcijańskiemu Bogu. W pierwszym przypadku może wpaść w panikę wynikającą z poczucia, że nikt nie włada rzeczami. W drugim może popaść w przeraźliwą megalomanię.

Niemniej osoba ta miałaby natychmiastowe doświadczenie tego, że każdy z nas jest polem organizm – środowisko, w którym te dwa aspekty, jednostka i świat, mogą zostać oddzielone tylko słownie. Zatem gdy widzi ona wyraźnie wzajemne warunkowanie się dobra i zła, to może dojść do wniosku, że zasady etyczne są tak względne, że nie mają żadnej wagi – co mogłoby być całkowicie demoralizujące dla każdej stłumionej, dorastającej jednostki. Na szczęście dla mnie mój Bóg był nie tyle hebrajsko-chrześcijańskim autokratą, ile chińskim tao, „które kocha i żywi wszystkie rzeczy, lecz nie pragnie nimi rządzić”.

Długo się wahałem, zanim napisałem Radosną kosmologię rozważając niebezpieczeństwa związane z uświadomieniem szerokiej publice tego potencjału alchemicznego. Lecz odkąd Aldous zdradził sekret w Drzwiach percepcji i Niebie i piekle, a temat był już dyskutowany w czasopismach psychiatrycznych i prasie powszechnej, zdecydowałem się coś dodać. Głównie, by załagodzić alarm społeczny i zrobić, co się da, by ubiec możliwe nieszczęścia po prawnych represjach. Gdyż byłem poważnie zaniepokojony psychodelikami w roli ekwiwalentu ginu i perspektywami tych środków – ich niekontrolowanym składem i spożyciem w niewłaściwym otoczeniu, bez jakiegokolwiek właściwego nadzoru.

Utrzymywałem z braku lepszego rozwiązania, że powinny być ograniczone do wydawania przez psychiatrów na receptę. Lecz władze stanowe i federalne były tak głupie, jak się tego obawiałem, i poprzez uchwalenie prawa przeciwko LSD, którego i tak nie dało się wcielić w życie, nie tylko sprowadziły LSD do podziemia, lecz również uniemożliwiły właściwe badania. Prawo to jest nieżyciowe, gdyż każdy kompetentny chemik może wytworzyć LSD lub bliski mu odpowiednik, a sama substancja może być ukryta pod dowolną postacią, od aspiryny po bibułkę. Nakładane było na przykład na cienkie strony małej Biblii i jedzone kartka po kartce. W rezultacie nierozsądne zażycie LSD (często zmieszanego ze strychniną, belladonną czy innym niebezpiecznym psychodelikiem) wywoływało u niezliczonych młodych ludzi objawy paranoidalne, maniakalne czy schizoidalne.

Postrzegam tę klęskę w szerszym kontekście amerykańskiej prohibicji, która miała istotny wkład w korupcję policji i rozwijanie braku szacunku dla prawa, a także naszego ekonomicznego nacisku, który w przypadku nadużywania narkotyków rozprzestrzenił się na resztę świata. Choć moje poglądy na tę kwestię mogą uchodzić za skrajne, to czuję, że w każdym społeczeństwie, w którym siły Kościoła i państwa są oddzielone, państwu będzie brakowało bądź racji, bądź mądrości we wprowadzaniu drogich praw przeciwko zbrodniom, na które nie ma skarżących się ofiar.

Kiedy prosi się policję, by była uzbrojona, a kleryków, by wprowadzali eklezjastyczne normy moralne, to wszystkie wyjęte spod prawa grzechy ciała, żądzy i bogactwa stają się – gdyż mamy ustawy przeciw ludzkiej naturze – coraz korzystniejsze dla organizacji przestępczych, które płacą policji i politykom, by nie sprawiali im kłopotów. Ci, którzy nie mogą zapłacić, stanowią około jednej trzeciej populacji naszych przepełnionych i beznadziejnie zarządzanych więzień, a przeciągające się procesy są nonsensownym nadużyciem płaconych przez nas podatków. Są to nomogenne przestępstwa, wywołane przez złe prawo, tak jak jatrogenne choroby wywołane są przez złe leczenie. Przestępcy rzadko czują się winni, a często pozytywnie prawi w swej opozycji do tej prawnej hipokryzji, więc opuszczają więzienie, gardząc porządkiem bardziej niż kiedykolwiek.

alan_watts
Alan Watts

Mówię z pasją o tym problemie, gdyż często służyłem jako konsultant personelu instytucji stanowych dla umysłowych i moralnych dewiantów takich piekieł w stanie Kalifornia jak San Quentin, Vacaville, Atascadero czy Napa – by wymienić tylko te, które odwiedziłem, choć wiadomo, że istnieją o wiele gorsze w innych częściach kraju, szczególnie w stanach dotkniętych fanatyzmem religijnym. Stosownie do naszych czasów dochodzenie sądowne praw jest tak tyranizujące jak nadużycia świętej inkwizycji.

Moja retrospektywna postawa wobec LSD jest taka, że jak się otrzymało wiadomość, to odkłada się słuchawkę. Myślę, że nauczyłem się z tego tyle, ile się dało i, jeśli chodzi o mnie, nie byłoby mi przykro, gdybym miał już tego nigdy nie użyć. Myślę, że nie jest powszechnie znane to, że wielu z tych, którzy mieli konstruktywne doświadczenia z LSD czy innymi psychodelikami, zwróciło się od narkotyków ku naukom duchowym – porzucając swe pływaki i ucząc się pływać. Bez tego katalizującego doświadczenia mogliby do tego nigdy nie dojść, dlatego też moje zdanie o środkach psychodelicznych i o większości innych narkotyków (pomimo niejasnego znaczenia tego słowa) jest takie, że powinny one służyć raczej jako lekarstwo niż dieta.

Ponownie poprzez Aldousa usłyszałem po raz pierwszy o dr. Timothym Learym z Uniwersytetu Harvarda, który prowadził prace eksperymentalne z psylocybiną, pochodzącą z grzyba, który był już długo używany w celach religijnych przez pewnych meksykańskich Indian. Znając bezstronny i naukowy posmak prac Aldousa, spodziewałem się groźnego uczonego, lecz mężczyzna, którego spotkałem pierwszy raz w nowojorskiej restauracji, był niezwykle czarującym Irlandczykiem, który nosił aparat słuchowy z taką gracją, jakby to był monokl. Nic wtedy nie mówiło mi, że ktoś tak przyjazny i inteligentny może stać się jednym z największych banitów na świecie, uciekinierem przed sprawiedliwością, obciążonym grzechem Sokratesa, a wszystko to przez prawne zarzucenie mu posiadania śmiesznej ilości marihuany.

Timothy pracował na wydziale uniwersytetu, który od dawna mnie interesował, Wydziale Stosunków Społecznych, który został założony przez Henriego Murraya. Miałem okazję kilka razy odwiedzić posiadłość Murraya przy 7. Divinity Avenue i cieszyły mnie wspólne lunche, podczas których jako gospodarz ujawniał szczególny geniusz wzbudzania inteligentnej rozmowy i wydobywania z ludzi tego, co w nich najlepsze.

W jego towarzystwie pojawiali się I.A. Richards, Mircea Eliade, Clyde Kluckhon czy Jerome Bruner, by snuć takie cywilizowane, intelektualne wywody, o jakich zdecydowanie zbyt rzadko słyszy się w kręgach akademickich, gdzie teraz uchodzi za punkt honoru niewysuwanie własnych tematów, a dyskutowanie banałów polityki wydziałowej. Lecz ci gentlemani nie wstydzili się ani swej wiedzy, ani swych osobowości i raz zdarzyło mi się usłyszeć – tuż przed pewnym staromodnym lunchem – jak Richards rzekł: „Cóż, w gruncie rzeczy zawsze uważałem siebie za doskonałą istotę”. Byłem zachwycony otoczeniem Murraya i jego bogatego przyjaciela, dzięki którym zdobyłem dwuletnie członkostwo naukowe potrzebne do podróżowania i studiowania pod jego i uniwersytetu przyzwoleniem – oddech, który dał mi czas na zebranie materiałów do The Two Hands of God i napisanie Beyond Theology.

Czas, który mogłem faktycznie spędzić na Harvardzie, był za krótki, gdyż jest to uniwersytet tak przekonany o swej intelektualnej reputacji, że jego grono profesorskie może sobie pozwolić na pewne przygody. Lecz nawet na Harvardzie musisz poprowadzić gdzieś linię, a Timothy po prostu nie wiedział, gdzie ona jest. Kiedykolwiek byłem w Cambridge, trzymałem się blisko niego i jego towarzyszy Richarda Alperta i Ralpha Metznera, gdyż – pominąwszy szczególną fascynację chemicznym mistycyzmem – byli oni najżywotniejszymi i twórczymi ludźmi na wydziale, poza samym Murrayem, który doglądał ich poczynań z głębokim i konstruktywnie krytycznym zainteresowaniem nawet po oficjalnym odejściu na emeryturę.

Byłem także zainteresowany dziełem B.F. Skinnera, zastanawiając się, jak taki absolutny determinista mógł napisać utopię Walden Two, i kopiąc w głąb jego pięknie uzasadnionych pism, w końcu odkryłem skazę w jego systemie. Wyjaśniłem ją w wykładzie, na który Skinner, choć go osobiście o nim uprzedziłem, nie przyszedł. Dostrzegłem, że jego rozumowanie było wciąż nawiedzone duchem człowieka jako czegoś – prawdopodobnie świadomego ego – zdeterminowanego przez siły środowiskowe i inne, gdyż nie ma sensu mówić o determinizmie, jeśli nie ma jakiegoś biernego przedmiotu, który jest zdeterminowany. Lecz jego własne rozumowanie uczyniło jasnym to, że nie tyle ludzkie zachowanie było zdeterminowane przez inne siły, lecz że raczej nie mogłoby ono być opisane niezależnie od tych sił i że było, w rzeczy samej, nierozłączne od nich.

Widocznie nie zaświtało mu, że „przyczyna” i „skutek” są po prostu dwiema fazami lub sposobami patrzenia na jedno i to samo zdarzenie. Nie chodzi tu o to, że skutki (w tym przypadku ludzkie zachowanie) są zdeterminowane przez swe przyczyny. Chodzi o to, że kiedy zdarzenia są w pełni i właściwie opisane, to pociągnie to za sobą i będzie zawierać procesy, które na początku uważano za oddzielne od nich, stąd też zwane były one przyczynami, jako różne od skutku. Doszedłszy do swych logicznych wniosków, Skinner nie mówi, że człowiek jest determinowany przez naturę, jako coś zewnętrznego wobec niego – faktycznie mówi on, że człowiek jest naturą, oraz opisuje proces, który nie jest ani zdeterminowany, ani determinujący. Stwarza po prostu dowód na zasadniczo mistyczny pogląd, że człowiek i wszechświat są nierozłączne.

Takie problemy pojawiały się w mych staraniach, by wypracować intelektualną strukturę dla tego, czego Timothy i jego przyjaciele doświadczali w swych psychodelicznych stanach świadomości. Gdyż zauważyłem, że ich entuzjazm dla tych stanów odwodził ich coraz dalej i dalej od ideałów racjonalnego obiektywizmu, któremu wydział i sam uniwersytet się poświęciły, szczególnie po tym jak wydział nabył komputer i zamierzał wprowadzić do psychologii podejście statystyczne. Z jednej strony próbowałem namówić klan Timothy’ego, by trzymali się intelektualnego rygoru i wyrażali swe doświadczenia w terminach, które ludzie pragnący uchodzić za naukowców zrozumieliby.

Z drugiej strony próbowałem uświadomić takim konserwatystom jak David McClelland, następca Murraya oraz Skinner, że tak zwany transakcjonalny opis człowieka jako pole organizm-środowisko jest teoretycznym opisem tego, czego mistyk doświadcza natychmiast, podczas gdy większość naukowców nadal doświadcza siebie jako oddzielnych i bezstronnych obserwatorów, zdeterminowanych bądź nie. Ich uczucia wleką się daleko z tyłu za ich teoretycznymi poglądami, a psychologowie w szczególności są pod emocjonalną władzą mechaniki newtonowskiej; ich osobiste poczucie tożsamości nie zostało jeszcze zmienione przez mechanikę kwantową ani przez teorię pola.

Lecz Timothy nie mógł nad sobą zapanować; wydawało mu się coraz bardziej, że w praktyce procedury i rygory naukowego obiektywizmu to jedynie akademicki rytuał stworzony, by przekonać uniwersytecki establishment, że twoja praca jest dość nudna i trywialna, by mogła być uważana za „rozsądną”. Jest tak, że środki psychodeliczne czynią dziwnie wrażliwym na pompatyczność. Ktoś wygłaszający memorandum, używający religijnej czy politycznej retoryki albo ktoś wyrażający się entuzjastycznie o produkcie, w który nie wierzy, brzmi tak absurdalnie, że trudno jest zachować powagę – doskonały powód, dla którego rząd nie toleruje „podkręconego” ludu.

Timothy i Richard Alpert zaczęli dostrzegać też, że wybitna kariera akademicka nie jest wcale taka ważna, gdyż uniwersytet jest już przestarzałą instytucją reprezentującą XIX-wieczną mitologię naturalizmu naukowego. Lecz kiedy dochodzi się do tego poglądu po, jeśli nie  na skutek „zażyciu narkotyku”, to staje się niemożliwe podtrzymanie racjonalnego dialogu z tym establishmentem, choć niektóre z jego mózgów są marynowane w alkoholu. W ten sposób doszło do tego, że Timothy i Richard byli tak podejrzani, jakby przeszli lobotomię albo dołączyli do świadków Jehowy.

timothy_leary_1967
Timothy Leary / park Golden Gate, 1967

Byłem obecny na przyjęciu, na którym Timothy w końcu zgodził się z Davidem McClellandem co do tego, że wycofa eksperymenty z narkotykami ze swojej pracy na wydziale. Davidowi chodziło o to, że stali się oni zbyt entuzjastyczni wobec swojej pracy, by zachować spójność naukową, i z tym częściowo się zgadzałem, gdyż aby być intelektualnie szczerym, trzeba umieć ustosunkować się do jakiejkolwiek zrozumiałej krytyki własnych idei. Po uzyskaniu inspiracji z sesji LSD zawsze potem je rewidowałem na chłodno, kiedy to część z nich, lecz w żadnym wypadku wszystkie, wydawały się nonsensem.

Lecz David posunął się do tego, że nalegał wręcz, że nikt religijnie zaangażowany nie mógł wykonywać naukowej pracy w psychologii, a to mnie tak zdumiało, że zaprotestowałem: „Chwila, David, więc mówisz serio, że – na przykład – trzeźwo myślącemu, szczeremu i zaangażowanemu kwakrowi, dobrze wykształconemu i rodem z Filadelfii, nie można powierzyć naukowej pracy?”. Nie pamiętam jego reakcji, lecz wtedy byłem nieświadomy tego, że on sam był zaangażowanym kwakrem.

To, co nastąpiło potem, przeszło do historii. Timothy i Richard kontynuowali swoje eksperymenty nieoficjalnie i szokowali autorytety uniwersyteckie włączaniem studentów do swojej pracy. Jednak Henry Murray z mądrym wyrazem twarzy wspominał czasy, kiedy psychoanaliza dotarła do Harvardu i jaki rwetes, i oburzenie zostały wywołane przez samobójstwo członka grona profesorskiego, który poddał się psychoanalizie.

Niemniej sam zacząłem się martwić kierunkiem entuzjazmu Timothy’ego, gdyż dla kręgu swych przyjaciół i studentów stał się charyzmatycznym liderem religijnym, który choć dobrze wykształcony w psychologii, wiedział bardzo mało o religii, mistycyzmie i ich pułapkach. Ktoś niedoinformowany, szukający przygody z psychodelikami, zenem, jogą czy inną nauką mistyczną łatwo staje się ofiarą tego, co Jung nazwał „inflacją”, mesjanistyczną megalomanią, która pochodzi z niezrozumienia doświadczenia jedności z Bogiem.

Prowadzi to do podstawowego błędu rzucania pereł przed wieprze i z biegiem czasu zaczął przerażać mnie widok Timothy’ego zmieniającego się w popularnego mesjasza z witryn sklepowych, z podświetlanym nazwiskiem, ustanawiającego doświadczenie psychodeliczne nową religią światową. Zmierzał w kierunku czołowego zderzenia z religiami biblijnej teokracji oraz z naukowym mechanicyzmem prosząc się po prostu o męczeństwo.

Życie z Timothym, jak widziałem je w jego komunach w Newton Center i Millbrook, nigdy nie było nudne, choć trudno było zrozumieć, jak ludzie, którzy byli świadkami splendoru psychodelicznych wizji, mogli być tak estetycznie ślepi, ażeby żyć w takim bałaganie, z wiecznie niepościelonymi łóżkami, niepozamiatanymi podłogami i ohydnie rozpadającymi się meblami.

Mogło chodzić o to że, jak przypuszczam, bycie nakręconym cały czas jest jak patrzenie przez kolorowy teleskop – stwarza on o wiele ciekawsze wzory z bałaganu (jak z np. brudnych popielniczek) niż z takich schludnych widoków, jak ładnie ułożone książki na półkach. Lecz Timothy był centrum wiru, który wciągał żądnych intelektualnych i duchowych przygód ze wszystkich stron świata oraz swych wiernych studentów hipisów przemieszanych z milionerami i wybitnymi profesorami, gdy spędzenie z nim wieczoru w Nowym Jorku czy Los Angeles polegało na przenoszeniu się z jednego egzotycznie drogiego apartamentu do następnego.

Przez cały ten czas Timothy pozostawał wciąż zasadniczo zabawną, uprzejmą, dającą się lubić i (w pewnych dziedzinach) intelektualnie błyskotliwą osobą, zatem było całkowicie bezsensowne – choć do przewidzenia – że będzie pod ponurą obserwacją policji czającej się gdzieś w tle. Nic tak łatwo nie wpędza w obłęd ludzi zażywających psychodeliki jak paranoidalna atmosfera, tak więc przez swoją interwencję policja tworzyła całe zło, przed którym miałaby nas chronić. W swych wczesnych czasach, kiedy LSD, psylocybina i meskalina były używane mniej lub bardziej prawidłowo wśród rozsądnych i dojrzałych ludzi, rzadkością był problem „bad tripów”, a epizody niepokoju obracały się zwykle w okazję do wglądu.

Lecz kiedy władze federalne i państwowe zaczęły swe systematyczne prześladowania, to lęki mające je usprawiedliwić stały się samospełniającymi się przepowiedniami, zatem pojawił się prawdziwy powód do paranoicznej atmosfery we wszystkich eksperymentach przeprowadzonych poza sterylnym i klinicznym otoczeniem szpitali psychiatrycznych. Choć Timothy wygrał sprawę w Najwyższym Sądzie, która praktycznie zmiażdżyła prawo federalne przeciwko posiadaniu i używaniu (lecz nie przeciw importowaniu) marihuany, to prawo stanowe wciąż pozostawało w mocy, więc był szykanowany, gdziekolwiek się udał, aż został w końcu aresztowany bez możliwości kaucji z tyloma technicznymi oskarżeniami przeciwko swojej osobie, że nie pozostało mu nic innego, jak uciec i szukać azylu na wygnaniu.

Richard Alpert, który w tym wszystkim odgrywał pomniejszą rolę, także udał się na wygnanie, lecz w inny sposób. Podczas zwiedzania Indii zdał sobie sprawę, że doszedł do granic swej tożsamości jako psycholog, którego grał do tej pory do tego stopnia, że nie mógł rozpatrywać już żadnej normalnej roli czy kariery dla siebie w Stanach Zjednoczonych. Ponadto czuł jak ja, że nauczył się wszystkiego, czego mógł, od psychodelików i że zostało mu jedynie żyć życiem wolności od światowych gier i niepokojów. Przyjął zatem imię Baba Ram Dass i powrócił w białej todze i z brodą jako sannyasin, pełen humoru i energii, poświęcając się po prostu życiu w wiecznym teraz.

I jak można by oczekiwać, ludzie dziwili się i kręcili głowami twierdząc, że stary showman gra swą kolejną grę, lub że niestety, oto co narkotyki zrobiły z takim obiecującym młodym naukowcem, lub że świetnie być sannyasinem z niezależnym dochodem. Lecz ja czułem, że zrobił dobrą rzecz dla siebie. Spędziłem z nim wiele godzin i wyczułem, że był naprawdę szczęśliwy, że jego intelekt był bystry jak zawsze i że czuł się na tyle pewny w tym, co robił, że nie próbował namówić mnie, bym podążał za jego przykładem.

Na pewno czerpał wielką przyjemność z tłumu młodych ludzi, którzy przychodzili go słuchać, lecz pod tym względem byliśmy podobni, gdyż lubimy myśleć głośno przed wdzięczną i inteligentną publicznością, tak jak rozkoszujemy się krajobrazem czy muzyką. Lecz czy chodziłby w białej todze, gdyby grał serio? W rzeczy samej – tak. Gdyż w kraju, gdzie szczerość filozofa mierzona jest zwykłością jego ubioru, ja także czasem noszę publicznie kimono lub sarong, ażeby nie pociągać za sobą jak Billy Graham mas niebezpiecznie poważnych i pozbawionych humoru ludzi.

Obecnie i retrospektywnie trzeba powiedzieć, że psychodeliczna dekada lat sześćdziesiątych zaczęła budzić psychoterapeutów z ich wystudiowanie nudnego i redukcjonistycznego podejścia do życia. Używam tu słowa „psychodeliczna”, mając na myśli wszystkie „manifestujące umysł” procesy – nie tylko chemiczne, ale także filozoficzne, eksperymenty neurologiczne i praktyki duchowe. Na początku dekady można było odczuć, że wielu psychiatrów uważało się za strażników oficjalnej rzeczywistości, którą można opisać jako świat widziany w ponury poniedziałkowy poranek.

Uważali, że słuszna orientacja wobec życia to umiejętność prowadzenia normalnego, heteroseksualnego (i raczej monogamicznego) życia seksualnego, tak zwanego „dojrzałego dorosłego związku”, to umiejętność prowadzenia samochodu i utrzymania ośmiogodzinnej pracy, umiejętność wybierania pomiędzy produktami w sklepie bez wahania i w końcu umiejętność uczestnictwa w czynnościach grupowych i przejawiania inicjatywy i cech przewodnictwa.

To było, o ile pamiętam, w 1959 roku, kiedy to poproszono mnie o przemowę na zebraniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego w Los Angeles. Uczone teksty statystyczne ciągnęły się jeden za drugim już poza planowany czas, a moja kolej przyszła, kiedy już byliśmy głodni w porze lunchu. Porzuciłem moje przygotowane uwagi (co prasa nazywa odchyleniem tekstualnym) i powiedziałem:

Panowie, to nie będzie naukowy wywód, ponieważ jestem zwykłym filozofem, a nie psychiatrą, a wy chcecie już wyjść na lunch. My, filozofowie, jesteśmy wam bardzo wdzięczni za pokazanie nam nieświadomych emocjonalnych podstaw niektórych naszych idei, lecz przyszedł czas, byśmy pokazali wam nieświadome intelektualne założenia dotyczące niektórych waszych idei. Literatura psychiatryczna jest pełna niesprawdzonej metafizyki. Nawet Jung, który jest wyraźnie odrzucony za swój „mistycyzm”, uchyla się, by uniknąć metafizycznych rozważań, pod pretekstem, że jest lekarzem i naukowcem.

To niemożliwe. Każda istota ludzka jest metafizykiem, tak jak każdy filozof ma swoje gusta i odczucia – mam przez to na myśli, że my wszyscy mamy pewne podstawowe wyobrażenia o dobrym życiu i naturze rzeczywistości. Nawet typowy biznesmen, który twierdzi, że jest praktycznym człowiekiem, niezainteresowanym wyższymi sprawami, deklaruje w ten sposób, że jest pragmatykiem bądź pozytywistą, oczywista niezbyt świadomym tego.

Zastawiam się zatem, jak oceniacie fakt, że większość waszych własnych założeń o dobrym życiu i rzeczywistości pochodzi wprost z naukowego naturalizmu XIX wieku, ze ściśle metafizycznej hipotezy, że wszechświat jest mechanizmem posłusznym prawom Newtona i poza tym światem nie ma żadnego boga. Psychoanaliza, która faktycznie jest psychohydrauliką, zgodnie z mechaniką Newtona, zaczyna się od mistycznego stwierdzenia, że psychoseksualna energia nieświadomości jest ślepym i bezrozumnym ujściem czystego pożądania, zgodnie z poglądem Haeckela, że wszechświat jest w szerokim ujęciu manifestacją pierwotnie nieróżnicowanej energii. Powinno być jasne dla was, że jest to pogląd, na który nigdy nie było najmniejszego dowodu i który ponadto ignoruje fakt, że my sami, czyniąc ponoć inteligentne uwagi, jesteśmy manifestacją tej samej energii.

Na podstawie tej niesprawdzonej, pomniejszającej i chwiejnej opinii o naturze biologicznej i fizycznej energii, niektórzy z waszych psychoanalityków nazywali tego ranka wszystkie tak zwane mistyczne stany świadomości „regresywnymi” jako prowadzącymi z powrotem do rozpuszczenia jednostkowej inteligencji w kwaśnej kąpieli płynu zapomnienia, redukującej do bezosobowej jedności z – waszą Pierwszą Przyczyną – tym chaosem ślepej, libidalnej energii. Zatem, dopóki nie znajdziecie jakichś konkretnych dowodów na waszą metafizykę, będziecie musieli przyznać, że nie macie jak wiedzieć, gdzie jest góra wszechświata, i że w międzyczasie powinniście wstrzymać się z łatwymi wnioskami na temat tego, które kierunki są postępowe, a które regresywne. (śmiech)

Zawsze wydawało mi się, że ogólnie biorąc, psychoterapeutom brakuje metafizycznego wymiaru, innymi słowy, że przejęli mentalność agentów ubezpieczeniowych i żyją w świecie odartym z wszelkiej tajemnicy, magii, koloru, muzyki i trwogi, bez miejsca w sercu na dźwięk odległego gongu w ukrytej dolinie. Jest to przesada, z której wykluczam większość jungistów oraz takich okazjonalnych dziwaków jak Groddek, Prinzhorn, G.R. Heyer, Wilhelm Reich i inni mniej znani. Dlatego, pisząc o amerykańskiej psychologii w 1954 roku, Abraham Maslow stwierdził, że jest ona: (…) zbyt pragmatyczna, zbyt purytańska, zbyt celowa… Żadna książka naukowa nie ma rozdziału o zabawie i radości, o wypoczynku i medytacji, o wałęsaniu się i bezcelowej, bezużytecznej aktywności… Psychologia amerykańska ciągle zajmuje się tylko jedną połową życia, zaniedbując drugą – prawdopodobnie ważniejszą połowę.

Wydanie mojej Psychotherapy East and West oraz Radosnej kosmologii we wczesnych latach sześćdziesiątych wprowadziło mnie w publiczną i prywatną dyskusję z wieloma czołowymi przedstawicielami profesji psychiatrycznej i zdziwiony byłem tym, co wydawało się ich obecnym terrorem niezwykłych stanów świadomości. Myślałem wcześniej, że psychiatrzy powinni być tak zaznajomieni z tymi dzikimi i niezdobytymi obszarami umysłu jak indiańscy przewodnicy, lecz przeczytawszy dwa ogromne tomy Amerykańskiego Podręcznika Psychiatrii, znalazłem tam tylko mapy duszy tak prymitywne jak starożytne mapy świata.

Były tam niejasno zarysowane puste przestrzenie nazwane schizofrenią, histerią i katatonią opatrzone niewiele poważniejszą informacją niż „Tutaj są smoki i żyrafy”. Na pewnym przyjęciu w Nowym Jorku rozmawiałem z jednym z tamtejszych najwybitniejszych analityków, który jak tylko dowiedział się, że eksperymentowałem z LSD, przeobraził się w chirurgicznego profesjonalistę. Założył maskę, gumowe rękawice i odniósł się do mnie jak do okazu chcąc poznać wszystkie powierzchowne detale zmysłowych i kinestetycznych zmian, tak bym pasował – szast, prast – do jego przegródek w umyśle.

Raz natomiast wziąłem udział w telewizyjnej debacie o „nieskończoności” z Davidem Susskindem próbującym godzić dwie frakcje – psychodelicznych entuzjastów i establishmentu psychiatrycznego – i w wyniku postępującego rwetesu i zamętu pasji przyjąłem pozycję moderatora, mówiąc obydwu stronom, że nie mają podstaw w postaci dowodów dla swego fanatyzmu.

Ze wszystkich tych kontaktów wyniosłem wrażenie, że jedynymi psychiatrami, którzy mieli jakąś poważną wiedzę, byli tacy neurolodzy jak David Rioch od Waltera Reeda i Karl Pribram ze Stanford. Byli w stanie mówić mi o rzeczach, o których nie wiedziałem, i byli skorzy do przyznania się, jak mało wiedzieli, gdyż świadomi byli dziwnego faktu, że ich mózgi były inteligentniejsze od ich umysłów lub, by nie powiedzieć więcej, że ludzki system nerwowy jest tak wysoce złożony, że dopiero zaczynamy porządkować go w terminach naszej świadomej myśli.

Byłem raz na poufnym seminarium Pribrama, na którym tłumaczył bardzo szczegółowo to, jak mózg jest nie tylko samym zwierciadłem zewnętrznego świata, lecz jak jego struktura niemal tworzy formy i wzory, które widzimy, wybierając je z niezmierzonego spektrum wibracji, tak jak dłonie harfiarza wydobywają akordy i melodie ze spektrum strun. Karl Pribram pracował nad najdelikatniejszą epistemologiczną zagadką – jak mózg wywołuje świat, który jednocześnie jest światem, w którym się znajduje, co zastanawia logicznie, czy mózg wywołuje mózg. Ujęte w metafizycznych, psychologicznych, fizycznych czy neurologicznych terminach – to ciągle to samo. Jak możemy wiedzieć, że wiemy, bez świadomości świadomości?

Trzeba odpowiedzieć na to pytanie, jeśli to w ogóle możliwe, zanim będzie jakikolwiek sens określać rzeczywistość jako materialną, umysłową, elektryczną, duchową, jako fakt, sen czy cokolwiek innego. Lecz zawsze podczas rozważania tej zagadki nachodzi mnie dziwne uczucie, jakbym nie pamiętał mego własnego imienia, które mam na końcu języka. To naprawdę zastanawia, czy mimo wszystko… czy…

W każdym razie pod koniec tych dziesięciu lat mam wrażenie, że świat psychiatryczny otworzył się na możliwość, że jest więcej rzeczy na niebie i ziemi, niż się kiedykolwiek filozofom śniło. Ortodoksyjna psychoanaliza wydawała się coraz bardziej kultem religijnym, a zinstytucjonalizowana psychiatria systemem prania mózgów. Pojawia się pole dla ruchów i technik rosnąco wolnych od ukrytej metafizyki XIX-wiecznego mechanicyzmu – psychologia humanistyczna, transpersonalna, transakcyjna, terapia gestalt, terapia spotkania, psychosynteza (Assagioli), bioenergetyka (Reich) i tuzin innych interesujących podejść o dziwacznych nazwach.

Historycy i komentatorzy społeczni próbują ustalić, jeśli chodzi o autobiografa, jak bardzo wpłynął on na ruchy swych czasów i jak bardzo te ruchy wpłynęły na niego. Mogę tylko powiedzieć, że z wiekiem wracam do dziwnego dziecięcego uczucia bycia niezdolnym do przeprowadzenia jakiejkolwiek pewnej linii pomiędzy światem a moimi działaniami w nim i zastanawiam się, czy czują to także ludzie, którzy nigdy nie prowadzili publicznego życia ani nie mieli większego wpływu na nie. Najzwyklejsza osoba może mieć wrażenie, że są miliony jej podobnych i że wszyscy oni robią to, co ludzkość, tzn. ona, ma do zrobienia. W ten sposób może ona czuć się ważniejsza od kogoś, kto przyjął jakiś szczególny pogląd i podążył samotną ścieżką.

Część problemu polega na tym, że im bardziej zbliżam się do obecnych czasów, tym trudniej jest mi widzieć rzeczy w perspektywie. Zdarzenia sprzed 20, 30 i 40 lat widzę jaśniej w swoim umyśle i wydają mi się niemal bliższe w czasie od tego, co wydarzyło się niedawno; lata tamte wydają się cudownie i ekscytująco wypełnione ludźmi i zdarzeniami.

Czuję, że muszę poczekać następne dziesięć lat, by dowiedzieć się, co właściwie robiłem na polu psychoterapii z Timothym Learym i Richardem Alpertem, Fritzem Perlsem i Ronaldem Laingiem, Margaret Rioch i Anthonym Sutich, Bernardem Aaronsonem i Stanleyem Krippnerem, Michealem Murphym i Johnem Lilly; w teologii z biskupami Jamesem Pikiem i Johnem A.T. Robinsonem, Domem Aelredem Grahamem i Hustonem Smithem; a w formacjach mistycznej kontrkultury z lamą Anagarika Govinda i Shunryu Suzukim, Allenem Ginsbergiem i Theodorem Roszakiem, Bernardem Guntherem i Gia-fu Fengiem, Ralphem Metznerem i Claudio Naranjo, Normanem O. Brownem i Nancy Wilson Ross, lamą Chogyam Trungpa i Ch’ung-liang Huang, Douglasem Hardingiem i G. Spencerem Brownem, Richardem Weaverem i Robertem Shapiro – by wymienić tylko kilka nazwisk i twarzy wyłaniających się z niedawnej przeszłości mówiących mi, że ledwo zacząłem tę historię.

Alan Watts

(tłum. Dunno / red. Conradino Beb)

 

Źródło: Alan Watts, In My Own Way: An Autobiography 1915—1965, Pantheon Books 1972.

Reklamy

3 komentarze

  1. Bardzo inspirujący artykuł. Dużo rozmyślań podobnych do moich. Zainteresowała mnie ta postać oraz jego analityczny umysł tak trzeźwo podchodzący do spraw, które mnie interesuję. Od dawien dawna próbuję sam rozwikłać zagadkę skąd wiem, że wiem i że wiem, że to jest prawdziwe? Mam nadzieję, że z taką postacią jak Alan Watts przyjdzie mi odpowiadać na te pytanie milion razy.

    Polubienie

  2. Jestem 31 lat w stecz ,a nawet nie mam tylu ,zatem czy jestem przodem do tyłu ? Dzięki ,że jesteście i dajecie możliwość poczytania.
    Pozdrawiam ze śnieżno białej Łodzi

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.