time_machine_1960_poster

Typowy klasyk science fiction, który ma swoje wady i zalety, przy czym wady spowodowane są upływem czasu. Ekipa George’a Pála inspirując się powieścią Herberta George’a Wellsa, wprowadziła do science-fiction motyw wędrówki w czasie. Główny bohater – wynalazca i podróżnik – konstruuje maszynę służącą do podróżowania w czwartym wymiarze. Co tak naprawdę oznacza ten czwarty wymiar, dość przystępnie wyjaśniono na początku filmu. Pozbawiony podstaw naukowych pomysł wywodzi się z hipotezy, wg której rzeczywistość jest wielowymiarowa, a przeszłość, teraźniejszość i przyszłość to oddzielne światy, po których można się przemieszczać w dowolną stronę.

Akcja filmu rozpoczyna się na przełomie XIX i XX wieku. Wtedy właśnie sukcesy odnosił słynny wynalazca Thomas Edison. Wszystko wskazywało w tym punkcie na to, że XX stulecie będzie wiekiem przełomowym, w którym ludzie będą mieli dostęp do nowoczesnej technologii i nowoczesnych pojazdów mechanicznych. Z taką właśnie nadzieją, by zobaczyć ten postęp cywilizacyjny główny bohater filmu wyrusza swym wehikułem w przyszłość. Przeżyje jednak rozczarowanie, gdyż okaże się, iż nowoczesne zdobycze techniki służą ludziom jako narzędzia do prowadzenia wojen, walki o władzę i powodowania ogromnych zniszczeń.

Herbert George Wells napisał książkę w 1895 roku, więc nie mógł przewidzieć dwóch wojen światowych. Dlatego pomysł, by główny bohater podczas podróży natknął się na I wojnę światową w 1917 roku i II wojnę światową w 1940 roku był pomysłem scenarzysty Davida Duncana. Należy dodać, że jest to pomysł bardzo dobry, świetnie pasujący do bazowej fabuły, wymyślonej przez Wellsa.

W dalszej części obserwujemy wizję nuklearnej zagłady w roku 1966, który dla twórców filmu był już przyszłością i umieszczenie takiej sekwencji wynikało z niepokoju i strachu przed nuklearnym atakiem ze strony ZSRR. Ten niepokój i lęk były jak najbardziej uzasadnione – skoro doszło do dwóch okrutnych wojen światowych, mogło też dojść do użycia broni nuklearnej na dużą skalę. W końcu dochodzimy do motywu, który w powieści pełni najważniejszą rolę – podziału klasowego.

Kilkaset tysięcy lat w przyszłości świat podzielony jest na dwie klasy. Elojowie przypominają współczesnych ludzi, rozumieją współczesny nam język, a jednak nie potrafią zrozumieć otaczającego ich świata, nie znają swoich przodków, nie znają historii świata i nie interesuje ich przyszłość. Poznajemy ich jako ludzi nieczułych, sztywnych, powolnych i ograniczonych umysłowo. Druga klasa to Morlokowie, mieszkańcy podziemnych jaskiń, tylko w niewielkim stopniu przypominający ludzi, praktykujący kanibalizm.

Refleksyjna, filozoficzna powieść Herberta G. Wellsa okazała się dla George’a Pála pretekstem do zabawy w przygodowo-fantastyczne widowisko pełne znakomitych, pomysłowych i pełnych uroku efektów specjalnych. Wrażenie robią szczególnie sekwencje przedstawiające pierwsze podróże w czasie, zrealizowane za pomocą animacji poklatkowej i zdjęć trikowych. Obserwujemy takie sceny, jak: ślimak pędzący po podłodze, kwiaty zakwitające w błyskawicznym tempie oraz słońce, które wschodzi i zachodzi w ciągu paru sekund. Dobrym pomysłem było także wprowadzenie postaci manekina w sklepie odzieżowym, dzięki czemu poznajemy modę zmieniającą się dynamicznie na początku XX wieku.

Całkiem ciekawie prezentuje się tytułowa maszyna czasu – futurystyczna, ale jednocześnie pasująca do wiktoriańskich czasów (niemal steampunkowa). Zupełnie inna niż np. w cyklu Powrót do przyszłości, gdzie wyglądała jak przerobiony samochód. Pod koniec XIX wieku pierwsze samochody były już w ruchu, ale wehikuł czasu miał służyć do przemieszczania się tylko w czasie, a nie w przestrzeni, więc koła były niepotrzebne. Jeden ze scenografów, William Ferrari, stworzył pojazd na płozach, przypominający duże sanie oraz ogromną tarczę za fotelem, obracającą się podczas podróży. Ten element scenografii w połączeniu z trikami optycznymi dał niezapomniane sceny.

Świetną muzykę skomponował Russell Garcia, rzadko piszący muzykę do filmów. Jego kompozycje z Wehikułu czasu mają mroczny klimat z wiktoriańską elegancją i romantyzmem oraz nowoczesnym, dynamicznym stylem, a jednak utrzymane są w podobnej tonacji i nie wybijają się na pierwszy plan. Najsłynniejszy i najbardziej rozchwytywany w tamtych czasach mistrz charakteryzacji William Tuttle tutaj jednak się nie popisał. To co miało być ważne dla historii, czyli wygląd i zachowanie Morloków, nie robi wrażenia – to istoty, które zamiast strachu powodują uśmiech, są powolne i trudno uwierzyć, że są zagrożeniem dla kogokolwiek. Postacie Morloków zaprojektował jednak sam reżyser, a nie odpowiedzialny za make-up William Tuttle, który był tylko wykonawcą projektu.

Czy w budowaniu nowego świata niezbędna jest dla ludzi znajomość historii ludzkości i dokonania wybitnych uczonych, wynalazców, pisarzy? Czy nowoczesna technologia może być w większym stopniu dobrodziejstwem czy raczej zagrożeniem? Czy mamy jakiś wpływ na to jak będzie wyglądała przyszłość za wiele tysięcy lat? Czy warto rozliczać się z przeszłością czy lepiej myśleć o przyszłych pokoleniach i przyszłości planety? Ten film może być doskonałym pretekstem do tego, by zadać sobie takie pytania i spróbować samemu na nie odpowiedzieć. A odpowiedź nie będzie prosta, gdyż nie wystarczy odpowiedzieć ‚tak’ lub ‚nie’. Ciekawy jest dający do myślenia motyw z końcówki – tajemnica co do tego, jakie trzy książki zabrał ze sobą do przyszłości główny bohater opowieści.

Aktorstwo jest słabszym elementem tego filmu, ale nie przeszkadza w oglądaniu – jest tylko dodatkiem do efektownej i ciekawie opowiedzianej historii, która daje do myślenia i pozostaje na długo w pamięci. Warstwa wizualna oraz oryginalne motywy, nie występujące wcześniej w filmach, przyćmiłyby nawet najlepszych aktorów, więc pomysł by zatrudnić nieznanych aktorów był tutaj od początku zamierzony.

George Pál, który zdobył aż 7 nominacji do Oscara za filmy rysunkowe, nigdy nie przykładał dużej wagi do aktorstwa. Dla niego ważne było przede wszystkim dopracowanie strony technicznej i wizualnej, widać to również w jego aktorskich filmach – pięć filmów, które produkował lub reżyserował zdobyło Oscara za efekty specjalne, zaś jeden film (Siedem twarzy doktora Lao) otrzymał pierwszego Oscara za charakteryzację (przyznana bez nominacji nagroda honorowa dla Williama Tuttle’a).

Podsumowując, Wehikuł czasu to znakomite, choć nie pozbawione wad, widowisko fantastyczne, w pomysłowy sposób przedstawiające motyw podróżowania w czasie. Wizja bardzo odległej przyszłości jest oryginalna i robi wrażenie dzięki pomysłowym efektom specjalnym, przygotowanym przez zgraną ekipę. Widać tutaj doskonale, jak efekty współgrają ze scenografią, montażem i pracą operatora. Chociaż muzyka w starych filmach fantastycznych jest zwykle kiczowata i banalna to nie można tego powiedzieć np. o kompozycjach Bernarda Herrmanna z tamtych lat, jak również o muzyce Russella Garcii z recenzowanego filmu George’a Pála.

Mariusz Czernic

 

Oryginalny tytuł: The Time Machine
Produkcja: USA, 1960
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.