Shinki

Coś się kończy, coś się zaczyna! Te słowa doskonale pasują do roku 1971. W Ameryce dogasał ruch hipisowski, boom na psychodeliczny rock już się zakończył, a szalone lata 60-te zostały gorzko podsumowane przez Huntera S. Thompsona w Lęku i odrazie w Las Vegas. Jednak po drugiej stronie Oceanu Spokojnego płomień rewolucji muzyczno-kulturalnej dopiero się rozpalał. Jedną z pierwszych iskier była solowa płyta Shinki Chena – młodego wirtuoza gitary z Yokohamy.

Postać japońskiego gitarzysty opisywałem w recenzji jedynej płyty Food Brain – jego wcześniejszego zespołu. Niespokojna, wkraczająca na grunt awangardy muzyka Japończyków odbiła się szerokim echem w kraju Kwitnącej Wiśni i stała się ogromną inspiracją dla wszelkiej maści muzycznych rebeliantów. Po tym sukcesie Shinki został protegowanym szefa japońskiego oddziału Polydoru – Ikuzo Ority, który zwietrzył dobry interes w rozpędzającym się hajpie na psychodelię i bluesa. Ikuzo zdawał sobie sprawę z tego, że nowa scena potrzebuje idoli i właśnie w młodym wirtuozie gitary widział nieoszlifowany diament, który mógł stać się gwiazdą przyciągającą tłumy.

Pod koniec roku 1970 Shinki Chen dostał od Polydoru wolną rękę i przystąpił do nagrywania solowego albumu. Zbieranie składu, jak i sama sesja, przebiegały równie chaotycznie, co podczas nagrywania wcześniejszej płyty po szyldem Food Brian. Stanowisko basisty miał objąć Masayoshi Kanabe, z którym Schinki grał przedtem, jednak ten zniknął z pola widzenia wyruszając na kwasowy trip po Japonii. Na szybko do zespołu został więc dokoptowany George Yanagi z którym gitarzysta grał w bluesowym Powerhouse. Klawiszowcem zespołu został Hiro Yanagida, który wcześniej był także członkiem Food Brian, ale którego gwiazda miała dopiero zabłysnąć za sprawą kultowego bandu The Apryl Fool. Perkusistą został nieznany ani wcześniej, ani później, Shinichi Nogi.

 

Zespół przystąpił do nagrywania albumu bez żadnej określonej wizji. Jak głosi plotka, Shinki Chen szybko stracił zainteresowanie pracą nad swoim solowym albumem, co spowodowało, że pałeczkę przejął basista/wokalista Yanagi, który miał być autorem większości materiału na płycie. Co więc znajdziemy na Shinki Chen & his Friends (a może bardziej trafnie byłoby nazywać płytę Friends & their Shinki Chen)? Muzykę tę można określić jako bluesującą, ciężką psychodelię w kosmicznym sosie.

Pierwszy utwór The Dark Sea of Dream, to chaotyczna mieszanka gitarowych sprzężeń, fragmentarycznych partii pianina, jazgotliwych, budujących napięcie, japońskich perkusjonaliów i kosmicznych efektów, które wciągają upalonego słuchacza niczym kosmiczna, czarna dziura. Po usłyszeniu tego killera ma się zdecydowanie ochotę na więcej. Następujący po nim Requiem of Confusion rozpoczyna się marszem tłustego, hipnotycznego basu.

Po paru taktach wchodzi powolna gitarowa solówka, która staje się motywem przewodnim. Kosmicznego posmaku dodaje utworowi wokal Yanagi, który został przepuszczony przez efekty studyjne. Wszystko aż trzęsie się i pulsuje od nadmiernej ilości fuzzu, a Shinki prezentuje kolejne meandrujące solówki. Całość podbijają skrzące dźwiękami organy Yanagidy. Utwory mogłyby brzmieć jeszcze ciężej, gdyby nie słaba produkcja bębnów na całym albumie, które są ledwo słyszalne.

Kolejnym utworem jest dynamiczny Freedom of a Mad Paper Latern. A po nim leci piękny Gloomy Reflections, w którym pochłania nas psychodeliczne morze dźwięków. Po łagodnym gitarowym wstępie rozbrzmiewają przeciągłe partie organów wraz z wolno kroczącą linią basu. Całości dopełniają partie gitary w claptonowskim stylu. Kolejny numer to wypełniony różnego rodzaju efektami It Was Only Yesterday z epickimi przejściami organowymi, space’owo brzmiącym basem oraz ekspresyjnie solującą gitarą.

Przedostatni na płycie kawałek Corpse to zaś mroczny blues, przypominający swoją budową numery Cream. Utwór wieńczy jedna z najlepszych solówek Chena na płycie, która wchodzi w dialog z frenetycznymi organami Yanagidy. Płytę zamyka Farewell to Hypocrites, będący 13-minutową wariacją na temat klasyków Cream czy The Yardbirds. Nie dorównuje on jednak poziomem aranżacji i ekspresji wyżej wymienionym. Słucha się go dobrze, ale dupy nie urywa.

Shinki Chen & His Friends budzi w sumie mieszane uczucia. Z jednej strony to płyta ważna w kontekście rozwoju japońskiego rocka, pokazująca klarownie inspiracje, z których czerpała scena w tamtym okresie. Z drugiej strony album został komercyjnie rozdmuchany, a zrobienie na tym etapie z Shinki Chena japońskiego Hendrixa to duże nieporozumienie, gdyż muzyk nie wyniósł się tu ponad poziom gitarowego rzemieślnictwa. Są na nim wprawdzie takie perełki, jak Gloomy Reflections czy Requiem of Confusion, ale reszta trąci kopiowaniem brytyjskich pierwowzorów.

Z czasem album stał się jednak białym krukiem w środowisku kolekcjonerów winyli, którzy wykreowali opinię o jego nietuzinkowości. Dopiero Julian Cope w swojej książce Japrocksampler rozprawił się z tym mitem. Jednak wciąż znajdą się i tacy, którzy uważają Shinki Chen & His Friends za perłę japońskiej psychodelii. Prawda zdaje się jednak leżeć pośrodku. Jest to dobry album z paroma przebłyskami, ale Shinki Chena stać było na więcej, co pokazał zresztą w bandzie Speed, Glue & Shinki. Ale to już materiał na osobną historię.

Jakub Gleń

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.