the_master_2012_poster

Związek pomiędzy mistrzem, a uczniem należy do tych delikatnych relacji, które bądź prowadzą do wykształcenia się wzajemnego szacunku, bądź do nadużywania pozycji przez mistrza i przejęcia przez niego kontroli nad życiem nauczanej przez siebie osoby. I mimo że dla wielu z nas bycie uczniem kojarzy się głównie z normami i ograniczeniami szkolnictwa państwowego, każdy kult, sekta, religia czy kurs samorozwoju zasadza się na tej samej hierachii, mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanej.

W ogólnym rozrachunku, przekazywane w danym systemie nauki mogą być albo drogą ku większej wolności, albo ku większemu zniewoleniu… albo ku totalnemu konfliktowi! I właśnie tę trzecią drogę obiera sobie za bazę scenariusz nowego filmu Paula Thomasa Andersona, który zdążył już przejść do historii kina z takimi arcydziełami, jak: Boogie Nights czy There Will Be Blood.

Luźno oparty o biografię Rona L. Hubbarda, twórcy Kościoła Scjentologicznego, Mistrz odmalowuje skomplikowane i pełne emocji pole rozgrywki pomiędzy rubasznym mistykiem, pisarzem i hochsztaplerem Lancasterem Doddem, a neurotycznym alkoholikiem Freddiem Quellem, który trafia pod opiekę Mistrza przypadkiem, uciekając przed gniewem kalifornijskich robotników rolnych.

Freddie podczas II Wojny Światowej służył w marynarce, ale po kilku latach od przejścia do rezerwy wciąż nie może dojść do siebie pijąc ryzykowne nalewki własnoręcznej roboty i tracąc pracę za pracą. Pomimo skrajnie odmiennych charakterów Lancaster i Freddie szybko zbliżają się jednak do siebie niczym yin i yang.

Nie ulega przy tym wątpliwości, że Mistrz ma dominującą pozycję w tym związku, stojąc na czele Sprawy, małego kultu mistycznego, którego podstawą jest wiara w to, iż człowiek może pozbyć się swoich wszystkich niedostatków poprzez psychoterapię, zwaną procesem, oraz hipnotyczną podróż w przeszłość poza obecne wcielenie, gdzie wg Dodda leży źródło neuroz i problemów psychologicznych jednostki. Freddie nie należy jednak do łatwych przypadków.

Jego alkoholizm w połączeniu z perwersyjnymi maniami seksualnymi i wybuchowym temperamentem wymaga bardzo stanowczego i konsekwentnegoć podejścia, które Mistrz być może posiada, ale już nie jego najbliższy krąg włącznie z rodziną. W ich oczach Freddie reprezentuje zagrożenie dla Sprawy, ale jeszcze większe zagrożenie dla tożsamości samego Mistrza, na którego wywiera zdecydowanie zbyt duży wpływ.

Kreacje aktorskie Philipa Seymoura Hoffmana i Joaquina Phoenixa są wzorowe! Ten pierwszy jako Lancaster Dodd doskonale oddaje kosmiczną pewność siebie, ale również tricksterski element bycia guru, w ramach którego znajdziemy zarówno drobne przekłamania, manipulację przekazywanymi informacjami i zupełnie realne przekręty finansowe. Jego partner aż buzuje zaś ledwo kontrolowanym szałem psychotycznego autsajdera, który próbuje nad sobą zapanować, ale nie lubi, chciałby dostrzegać wyższą prawdę, ale tak naprawdę jej nie potrzebuje.

Obydwa charaktery są w jednakowym stopniu pasjonujące i zagadkowe – reżyser nigdy nie udziela nam do tego prostej odpowiedzi, kim naprawdę są i w tym po części leży zarówno siła, jak i słabość Mistrza. Film zadaje znacznie więcej pytań niż udziela odpowiedzi, ale czasem nie potrafi utrzymać tej delikatnej równowagi.

Poza wyrafinowaną grą psychologiczną – którą Lancaster konsekwentnie uprawia, żeby przywrócić Freddiemu raj utracony – Mistrz to także historia rozwoju samej Sprawy. W filmie pojawiają się więc wątki instytucjonalizacji idei kultu, fundamentalnej roli zazdrości i egoizmu w przekazywaniu wizji duchowych, a także nieodłącznego często oszustwa, wizjonerskiego bluffu i generalizacji skomplikowanych idei w siatce słów, które mogą zostać zwerbalizowane na kartach książki.

Na początku filmu Lancaster jest autorem zaledwie jednego podręcznika samorozwoju, ale pod koniec pojawia się jego drugie dzieło – opus magnum, którego litery autor broni ze zwierzęcą zawziętością. Tu właśnie Freddie postanawia skorzystać ze swoich frustracji i wyładować je na sceptykach i klakierach, jednak w końcu odsuwa się od kultu całkowicie… a widz podskórnie zaczyna rozumieć, że być może to ten drugi jest tytułowym Mistrzem.

Film Andersona zarówno w warstwie wizualnej, jak i rozmachu o kształcie sagi, jest bardzo podobny do oscarowego There Will Be Blood. Ekspozycja charakteru Freddiego, który stanie się głównym narratorem, zostaje przeprowadzona poprzez kilka scen, odkrywających zaledwie urywek jego życia. Resztę poznajemy w trakcie akcji. Szerokie, panoramiczne ujęcia w pełnym planie to kolejny znak firmowy Andersona. Tworzą one wrażenie epickości, dzieła życia większego niż jednostka.

Te elementy są perfekcyjnie dopracowane, ale pozostaje sprawa konstrukcji, która momentami staje się obsesyjnie podporządkowana śledzeniu szczegółów. Gdzieś znika w tym napięcie pomiędzy dwoma bohaterami i mocna wymowa.

Inną sprawą jest montaż, Anderson wyciął mnóstwo scen, w tym fascynujące zakończenie, decydując się raczej na miękkie pociągnięcie po wymownym finale, co bardzo osłabiło impet całości. Film, który prawie równa do There Will Be Blood momentami, ale nieznacznie przegrywa na długim dystansie.

Conradino Beb

 

Oryginalny tytuł: The Master
Produkcja: USA, 2012
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 4/5

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s