El Charro_de_las_Calaveras_poster

Tajemniczy, zamaskowany człowiek w sombrero i naszytymi na swoim czarnym traje de luces (tradycyjny ubiór matadora) symbolami czaszek, przemierza meksykańską prowincję. Nikt nie wie kim jest, skąd przybył, ale w razie potrzeby to on staje na straży nękanego ludu. Tak rysuje się fabuła wyprodukowanego w 1965 roku filmu El Charro de las Calaveras w reż. Alfredo Salazara.

Nakręcone w czerni i bieli przygody tytułowego Jeźdźca Czaszek (Dagoberto Rodríguez) to unikalna mieszanka hiszpańskojęzycznego westernu, klasycznego horroru i sytuacyjnej komedii. Nie da się ukryć, że jest to także cegiełka dla powstającego w latach 60-tych nurtu Mexploitation, niskobudżetowych filmów, łączących elementy meksykańskiej kultury i kina eksploatacji.

Już pierwsze sceny z dzieła Salazara sugerują nam, że to twór wybitnie niszowy. Na meksykańskiej prowincji, wśród hacjend i opuszczonych cmentarzy, grasują wampiry, wilkołaki i zombie, ba trafi się nawet jeździec bez głowy! Aby nie pogubić się w tej barwnej palecie koszmarnych kreatur, film ma budowę epizodyczną, tak więc każda konfrontacja ma podobny przebieg. Najpierw widzimy scenkę ataku, zapoznającą nas z przeciwnikiem, później główny bohater prowadzi śledztwo szukając i tropiąc monstrum, a na końcu dochodzi do ostatecznej walki.

Z początku poznamy historię zamożnej rodziny, żyjącej w strachu przed wilkołakiem. Z tej misji nasz tajemniczy jeździec zyskuje dwóch kompanów dalszych przygód. Młodego chłopca, łaknącego przygód Perico (Gabriel Agrasanchez) i bojącego się wszystkiego, otyłego Cleofasa (Pascual García Peña). Ci dwaj odpowiedzialni są za komediowy charakter produkcji.

O tym, że to raczej luźna produkcja, świadczą również efekty specjalne i charakteryzacja bestii, które choć są bardzo obskurne i tandetne, to twórcy nie starali się tego zbytnio maskować. Wampir zmieniający się w tekturowego nietoperza na sznurkach, czy zombie z wymazaną pianką do golenia twarzą to szczyt efekciarstwa w El Charro de las Calavera. Enigmatyczny obrońca, zamiast rewolweru bardziej uznaje prawo pięści, więc niestraszna mu solówka z wilkołakiem, a jeden celny rzut naostrzonego kija posyła do piachu niejednego krwiopijcę.

Zatrzymajmy się jednak na chwilę właśnie przy głównym bohaterze. Ma on styl Bruce’a Wayne’a, który naoglądał się Scooby Doo i z soundtrackiem z Desperado na słuchawkach ruszył do Meksyku. Z jego opowieści dowiadujemy się, że kiedy był mały jego rodzice padli ofiarami bandytów, a on sam poprzysiągł być bezimienną i pozbawioną twarzy personifikacją sprawiedliwości. Kiedy jednak dane nam jest na krótką chwilę ujrzeć go w pełnej krasie, lekko się zawiedziemy, bo to zwyczajny, wąsaty facet, jakich pełno w okolicy.

Oryginalny scenariusz, unikalny klimat i kultowość to z pewnością atuty, przez które Jeździec Czaszek znajdzie swoją niszę. Przygodę z filmem Salazara na pewno zaliczyć mogę do udanych, choć otrzymałem troszkę inną dawkę emocji niż się spodziewałem przed seansem. Trudno polecić ten odjazd innej publice, niż tej lubującej się w wykopywania perełek, bo to właśnie ona potrafi czerpać przyjemność z oglądania kolejnych skamielin. Film sprawdzi się też pewnie idealnie jako pożywka dla mózgu pogrążonego w oparach THC, ale tę teorię sprawdzę przy ponownym seansie.

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: El Charro de las Calaveras
Produkcja: Meksyk, 1965
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 3,5/5

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

2 komentarze

    1. Obejrzyj walkę z wilkołakiem, powinno się spodobać 😀 Zapasy na środku pustkowia: Koleś w czarnej masce vs włochaty w kraciastej koszuli 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s