Miesiąc w miesiąc wytwórnie takie jak SoulJazz Records, Analog Africa, czy inne mniejsze labele, wypuszczają zaginione skarby z Czarnego Lądu. Reklamy mamią potencjalnego nabywcę wizjami niezwykłych dźwięków i retroepifanii. Większość z nich to tylko i aż, zestawy hitów, które rozpalą do czerwoności każdy parkiet. W tym morzu obfitości pojawiają się jednak wydawnictwa, które są czymś więcej, niż kolejną egzotyczną ciekawostką.

Takim objawieniem była kompilacja Who is William Onyeabor?, prezentująca po raz pierwszy szerszej publiczności jedną z najbardziej barwnych i tajemniczych postaci, jakie przewinęły się przez nigeryjską scenę.

Onyeabor pojawił się w Nigerii w drugiej połowie lat ’70 z nowoczesnym sprzętem i furą kasy, która pozwoliła mu rozkręcić prywatną wytwórnię muzyczno-filmową. Legendy dotyczące jego bogactwa, poziomem absurdu przebijają najbardziej zawiłe intrygi szpiegowskie. Według nich muzyk dorobił się na studiach w ZSSR lub był finansowany przez KGB!

Siedziba jego firmy w Enugu była miejscem dostępnym tylko dla nielicznych. Do dzisiaj osoba Onyeabora wzbudza wśród miejscowych szacunek na równi z lękiem. Po Enugu krąży opowiadana szeptem historia, mówiąca o tym jak jeden z muzyków sesyjnych zginął po tym, jak w trakcie kłótni obraził swojego szefa.

Tuż po tym incydencie Onyeabor miał zwinąć swój interes i rozpocząć samotnicze życie jako świeżo nawrócony chrześcijanin. Opowieści o bezwzględnym despocie, mocno kontrastują z twórczością Nigeryjczyka, która od samego początku niosła ze sobą religijno-pacyfistyczne przesłanie.

Na ówczesnej scenie ciężko znaleźć artystę, do którego można porównać styl tego tajemniczego kolesia. Co prawda na Something You’ll Never Forget pojawia się, charakterystyczna dla afrobeatu, masywna sekcja dęta, a soczysty funkowy groove stanowi podstawę wielu kawałków, lecz nad wszystkim górują popieprzone, futurystyczne syntezatory, mogące być antycypacją chill-outowych brzmień francuskiego space disco, jak i upośledzonego synth punku w stylu Devo lub The Units.

Często numery otwiera powolny, lekko znużony głos Williama, a chóry dodają do tego nutę religijnej zadumy. Po chwili wszystko znika jednak w synthezatorowym rozpasaniu, godnym złotej ery disco i gorących męsko-damskich wokalach a la call and response. Wtedy to Onyeabor wydaje się być alter ego Sun Ra, którego kokainowy diabeł sprowadził na ścieżkę funkowego hedonizmu.

Niejasność tej wizji idealnie odzwierciedla rozmazany obraz Williama Onyeabora, do którego stworzenia przyczynił się on sam. Czy był fantastycznym kolesiem, czy despotą z pastorskim zacięciem, oceńcie sami, rozpieprzając parkiet przy Why Go to War.

Jakub Gleń

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s