Zaledwie dziewięć lat po tragicznym w skutkach ataku nuklearnym na japońskie miasta Hiroszimę i Nagasaki, studio Tōhō powołało do życia gatunek filmowy znany dzisiaj jako Kaijū, przechodząc z miejsca do klasyki kultury popularnej oraz tworząc manifest antywojenny wszech czasów. Strach przed promieniowaniem, widmo nadlatujących z Zachodu pocisków atomowych oraz nuklearne testy Amerykanów nad atolem Bikini dały światu Godzillę – niekwestionowanego króla potworów.

Ta zrodzona z nieudokumentowanych prób broni jądrowej bestia pozostaje jednak czymś więcej, niż gigantycznym monstrum, rujnującym pod swymi stopami japońskie metropolie. To przede wszystkim refleksja na temat japońskich doświadczeń z czasów II Wojny Światowej, niewyobrażalnego zniszczenia i poczucia, że sami sobie zgotowaliśmy ten los. To ziejący zabójczym oddechem symbol kary, która przewyższa grzech.

Już sam początek dosadnie mówi widzom, że film Ishirō Hondy daleki jest od wyobrażenia Godzilli oglądanej ze zjechanej kasety VHS, w której sympatyczny stworek walczył z maszkarami z kosmosu. Biały tytuł pojawiający się na smoliście czarnej planszy, któremu wtóruje przenikliwy, przerażający ryk potwora, a który później przy akompaniamencie jego apokaliptycznie brzmiących kroków przedstawia nam obsadę i twórców, skutecznie wprowadza nas w posępny klimat produkcji.

Godzilla dumnie wyłania się z otchłani oceanu, niosąc śmierć i zniszczenie wszystkiemu, co tylko stanie na jej drodze. Je destrukcyjna moc zakorzeniona jest poniekąd w japońskiej religii, której korzeni doszukiwać się możemy w buddyjskich wierzeniach Chin i Indii, z których pochodzą sylwetki niszczycielskiej Sziwy czy Kriszny, hinduskiej inkarnacji Vishnu – twórcy i niszczyciela.

Honda stara się również uchwycić tęsknotę prowincjonalnej Japonii do powoli umierających rytuałów i wierzeń, które ustąpić ostatecznie muszą stawiającej na postęp technokratyzacji. I właśnie pod kątem ludzkiego postępu, eksploatacji zasobów naturalnych, i systematycznego sprowadzania własnego gatunku na margines można również odbierać Godzillę: Króla potworów. To właśnie technologia obudziła potwora z dna oceanu, a być może nawet go stworzyła. Co ciekawe, Godzilla swoją życiodajną siłę czerpie z elektryczności – rozrywanych przezeń linii wysokiego napięcia.

Napięcie budowane jest stopniowo, acz na tyle intensywnie, że od pierwszych niepokojących doniesień dotyczących zatopionych w tajemniczych okolicznościach statków otacza nas wyjątkowy nastrój, potęgowany tylko czarno-białymi zdjęciami. Dominuje tu noirowa stylistyka z paradokumentalną narracją, licznymi transmisjami telewizyjnymi skupiającymi się na samym potworze, jak i skali zniszczeń przez niego spowodowanych.

Widok prowizorycznych szpitali pełnych płaczących sierot, rannych i zmarłych, oraz wtórujący mu chóralny śpiew dzieci błagających o pomoc, robi niesamowite wrażenie. Godzilla jest niepowstrzymanym kataklizmem, którego każdy krok powoduje tsunami pustoszące tokijskie porty!

Pośrodku tej apokalipsy mamy także czynnik ludzki, ujęty w nieco bardziej kameralnych ramach narracyjnych. To trójkąt miłosny rozgrywany pomiędzy Emika (Momoko Kôchi), a kapitanem statku ratowniczego Ogatą (Akira Takarada), oraz jednookim naukowcem Serizawą (Akihiko Hirata), który właśnie wynalazł jedyną broń zdolną uśmiercić Godzillę.

Ten ostatni obciążony jest bagażem moralnym, jaki narzuciło na niego wynalezienie Niszczyciela Tlenowego oraz możliwość wykorzystania go przez ludzkość w celu wzajemnej eliminacji. Serizawa to także cichy bohater filmu, stojący w opozycji do zrzuconego nieco na dalszy tor Ogaty.

Nad tym wszystkim góruje oczywiście facet w kostiumie z kauczuku (Haruo Nakajima), który sieje terror na makiecie japońskiej metropolii. Ekipa od efektów specjalnych na czele z Eiji Tsuburayi urządziła prawdziwy spektakl ognia, wybuchów i destrukcji, a samo nocne wkroczenie Godzilli do Tokio kojarzy się z pamiętną sekwencją spod mostu Do Lung z Czasu apokalipsy (1979).

To osobliwe podejście do efektów specjalnych stoi w totalnej opozycji do choćby wydanej rok wcześniej Bestii z głębokości 20.000 sążni (1953), bo gracja z jaką poruszała się Godzilla przeskakiwała o lata świetlne popularną wtedy animację poklatkową.

Dzisiaj, po ponad 60 latach od premiery Godzilli: Króla potworów, widownia wciąż łasa jest na wielkie potwory, których mrożący krew w żyłach ryk jest rozpaczliwym krzykiem ludzkości, która niejednokrotnie sama siebie skazała na apokalipsę. Liczne sequele, remaki i remastery zbudowały wokół marki niewątpliwy kult, przykrywając jednak kurzem zapomnienia prawdziwy przekaz, jaki niósł ze sobą napromieniowany dinozaur.

Dinozaur, który tak jak bomba zrzucona w 6 sierpnia 1945 roku, niepowstrzymanie inspiruje i przeraża po dziś dzień. Jeśli jakimś cudem nie było Wam dane obcować jeszcze z arcydziełem Ishirō Hondy, upewnijcie się że wersja, która wpadnie wam w ręce będzie tą oryginalną, japońską, nie zaś poddaną edycji przez jankesów, którzy pokierowali kroki potwora w stronę czystej rozrywki i taniego eskapizmu.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: ゴジラ(Gojira)
Produkcja: Japonia, 1954
Dystrybucja w Polsce: Brak
Ocena MGV: 5/5

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s