W chwili odetchnienia od kręconych taśmowo blockbusterów, Gore Verbinski, twórca m.in. serii Piraci z Karaibów oraz amerykańskiego The Ring (2002), zaskoczył wszystkich swoim Lekarstwem na życie (2016), stylowym horrorem będącym ukłonem dla gotyckiego kina grozy. Jednak ta stylowa otoczka kryje w sobie więcej głębi i podtekstów, niż niejedna artystyczna wydmuszka wyrwana z Festiwalu Sundance.

Lockhart (Dane DeHaan) jest na pozór jednym z wielu wychudzonych trybików wielkiej korporacji. Ciągnący za sobą bagaż traum z dzieciństwa chłopak posiada jednak wyjątkowy atut, dzięki któremu zarząd firmy wysyła go do pewnego kurortu usytuowanego w malowniczych Alpach, gdzieś w Szwajcarii. Jego zadaniem jest sprowadzenie z powrotem ważnej osobistości, której podpis ma zagwarantować dalsze prosperowanie zatrudniającego go koncernu.

Świat korporacji i przesiąkniętego sukcesem Zachodu w wizji Verbinskiego przypomina monolityczne piekło zimnych, pustych i mrocznych biur. Półświatek nowojorskich maklerów zostaje uchwycony przez operatora Bojana Bazelliego z barokową nutą, zsynchronizowany z nuconą dziewczęcym głosem kołysanką oraz cytowanym przez Harry’ego Groenera tajemniczym listem, wydawać by się mogło pozbawionego zdrowego rozumu Pembroke’a.

W efekcie widzimy puste życie przelewających się przez ekrany komputerów ciągów liczb i pozornych uśmiechów mijanych na korytarzach współpracowników, uczestników nieustannego wyścigu szczurów.

Ulga dla Lockharta przychodzi wraz z zamianą drapaczy chmur na rzecz położonej u stóp Alp Szwajcarskich prowincji – twórcy wręcz napawają się ukrytymi w drżącym od tajemnicy świecie, pełnymi niepokoju okolicznościami.

I choć scenariusz wydaje się nie do końca świadomy logiki władającej wewnątrzfilmowym uniwersum, siła z jaką oddziałuje na widza obraz jest wręcz namacalna. Wzorem gatunkowego must-have, którym ostatnio podążyło choćby fantastyczne Uciekaj! (2016), wstępem do zawiązania historii, jest wypadek samochodowy spowodowany wtargnięciem na jezdnię wielkiego jelenia.

Zmuszony przez oziębłego dr. Volmera (Jason Isaacs) do odbycia kuracji w monumentalnym zamczysku korpoludek stopniowo odkrywa prawdę o prowadzonych w nim zabiegach, których lecznicza moc wydaje się tylko wyświechtanym sloganem, mającym na celu przyciągnąć rzeszę schorowanej klasy wyższej. Tak samo jak i przed bohaterem, tak i widzem karty odkrywane są nieśpiesznie.

Ciche i z pozoru atrakcyjne miejsce wyposażone w szereg opcji odnowy biologicznej, bazujących na posiadającej wyjątkowe właściwości mineralne wodzie, kryje w sobie jednak mroczną, sięgającą odległych czasów tajemnicę.

Narracyjnie, Verbinski zgrabnie przeplata kostiumowy horror w stylu Hammera, mroczny okres twórczości Romana Polańskiego, dokładając do tego brodzące w wodzie, węgorzowate kształty rodem z prozy H.P. Lovecrafta.

Pomimo tego, że oko cały czas pieszczą zdjęcia, historia wydaje się być jednak nienaturalnie rozciągnięta na potrzeby wizualnej fetyszyzacji twórców. Verbinski potrafi przyprawić o gęsią skórkę zarówno wymyślną przemocą – scena u „dentysty”! – jak i gęstą atmosferą, choć cierpi na tym poważnie fabuła, która aż prosi się o szybsze zawiązanie.

W bilansie dostajemy więc perfekcyjnie zrealizowaną Wyspę tajemnic (2010) Martina Scorsese, naznaczoną tak mocno gatunkową przynależnością, że końcówka to już jawne odniesienie do Odrażającego Dr Phibesa (1971) z całym swoim kiczowatym dobrodziejstwem inwentarza.

Oskar „Dziku” Dziki

 

Oryginalny tytuł: A Cure for Wellness
Produkcja: USA/Niemcy, 2016
Dystrybucja w Polsce: Imperial CinePix
Ocena MGV: 4/5

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s