czarny_kot_cmentarz

Był spłukany, nie pierwszy raz zresztą. Ale wtedy naprawdę potrzebował gorzały. Uśmiech jest dobry i nieosiągalny. Była zima, początek stycznia. Czuł  się źle i jakby bardziej niż zwykle srał na wszystko.

Właśnie wyrzucili go z pracy, gdzie pełnił dumną funkcję roznosiciela ulotek. Ostatnią pensję przechulał na wódę, trawę, szlugi, tanie książki i znienawidzone kondomy. Całe szczęście, forsą na żarcie i kwestią ubrania opiekowała sie osoba dużo od niego mądrzejsza, więc nie był ani głodny, ani nagi. Nikt go nie opluwał i nie wyszydzał (chodź dla opowiadania pewnie tak byłoby lepiej).

Jędrne cycki, zgrabny tyłek, dobry numer w kuchni. Potem piwo, papierosy i jej wilgotne usta na jego szyji. Oto, co by go wyleczyło. Ale nic takiego nie miało miejsca. Jego przyjaciółka zadawała sie wtedy z jakimś śmieciem, który podobno był muzykiem, a podpieprzał robotę innych. Ona go bardzo lubiła, a on go pierdolił (Pozdro, Tomek). Więc chlał tanie wino, najmocniejsze i najtańsze piwo oraz najgorszą wóde. Na papierosy nie było go stać, więc palił tytoń z lufki.

*     *     *     *     *

Wygłodniałe psy podążały brzegiem ulic.

Wygłodniali ludzie już nigdzie nie podążali.

Słońe wypala źrenice.

Gwiazdy gasną w lepkim świcie.

Nie zmienia się nic i zmienia się wszystko.

I to ma jakiś sens – myślałem.
Tylko kto go zna? Może ja?

Spojrzałem w lustro, znajdujące się nad regałem z wódką.

Obrzydliwa gęba, bebech od piwa i podkrążone oczy. No dobra, ja odpadam – zrozumiałem. To może Bóg? Ale on już dawno zdezerterował. Największy uciekinier w histrii świata ma wolne od ponad dwóch tysięcy lat. Podgląda każdego w łóżku i pije Walkera. No bo jak inaczej wytłumaczyć cierpienie mojej mamy?! Dlaczego teraz siedzi w szpitalu słuchając ostatnich charczących oddechów jakichś obcych i zapomnianych?! Smród szpitala, odór życia i te przeklęte białe ściany! Skrzywdzony kwiat! Ostatnia z pięknych róż!

Boże, skrzywdź ją znowu, a przysięgam, że gdziekolwiek jesteś, jakkolwiek się nazywasz, znajdę Cię! Odrzucę obłoki, przejdę każdą z planet! Znajdę Cię i zabiję!

Weź mnie! Ją zostaw! Ja i tak nic nie dam światu. Otworzyłem setkę i pociągnąłem zdrowo – za Boga i świat, przecież nie może być taką kurwą, co nie?

*     *     *     *     *

Ulica Okopowa, którą wtedy szedłem, dla mnie była jedną z bardziej znośnych ulic Warszawy. Szczególnie wczesnym rankiem, gdy nie było nikogo. Iść wzdłuż muru cmentarza żydowskiego, palić papierosy i uśmiechać się. To jest dobre. Wspaniała pustka. Jedynie obarczony świtem tramwaj i czarny kot idący w poprzek.

Tramwaje oplute popołudniowym szczytem. Kot, który dawno zniknął i ja błądzący pośród ludzi. Wiatr mroził jaja, a ludzie w swoich ogrzanych furach gdzieś pędzili. Ich piękne twarze, puste serca i szczurzy los. Matowe ptaki bez skrzydeł. Każdy ze smartfonem i teczką. Tacy sami aż żygać się chce. Znalazłem monopolowy i za resztki forsy kupiłem dwa piwa i jabola – mieszankę inaczej zwaną murowanym pawiem.

Odnalazłem miejsce bez kamer (a nie było łatwo) i pociągnąłem zdrowo wina. Gdy miałem niewiele ponad 16 lat jakaś para niewiele starszych ode mnie gliniarzy skuła mnie, powyzywała, powygrażała lepkim paluchem, a potem ciągała po komisariatach tylko po to, aby na koniec powiedzieć: Wszystko w porządku, możesz iśc do domu. Od tamtej pory wiem, że więcej jest tych złych glin niż dobrych. Więc nieliczny czytelniku, strzeż sie kamer i młodych policjantów z włosami na żel!

*     *     *     *     *

Zanim dotarłem na Powązki zrobiło się już ciemno. Podpity wtoczyłem sie pomiędzy czarne bramy cmentarza. Było pusto (a to dziwne!) Biały puch pokrywał wszystko od drzew po nagrobki. Biało, biało, biało. Dziwny trip. Jedna z alejek wydawała mi się niezwykle urocza. Dopiłem resztkę piwa, nabiłem szkło tytoniem i poszedłem w głąb cmentarza.

Mleczna droga ginęła w czerni. Światło delikatnie oświetlało groby. Odgarniałem z nich śnieg i czytałem epitafia. Tragiczny wypadek, samobójstwo, wojna, zazdrosna żona, błąd lekarza, kobiety, dragi, życie. Ś M I E R Ć.

Świat morduje nas na miliony sposobów. Śmierć ma zawsze pełny magazynek. Żyjesz? To jep! Masz chorobę i nie poskutkowało? Dobiją cię wypadkiem, badź szaleństwem. Praca to śmierć. Małżeństwo to śmierć. Dzieciaki i odpowiedzialność to śmierć. Pisanie, samotność, alkohol, haj, forsa i kobiety to też śmierć. Czarna Dama ma zawsze pełny magazynek.

Coraz bardziej pijany zapuszczałem się dalej w głąb cmentarza. Nie wiedziałem gdzie jestem. Pociągało mnie piękno i spokój tego miejsca. Napiłem sie z Herbertem i Baczyńskim. Pożegnałem bez Marii (wyjątkowo) Borowskiego. Trzeba powiedzieć, że skurwiele umieją wypić. Schalany dobrnąłem do Reymonta, a potem do Niemena.

Jego grób był najładniejszy. Granitowa płyta, wmurowana w ścianę, oświetlona dzięsiatkami zniczy. Pożar wyrastający z serca lodu. Chlapnąłem zdrowo wina i zaśpiewałem: DZYIWNY JEESTT TEEN ŚŚWIAAD, CZŁŁOWIEEKEM GARRDY CZŁOWIEEK! SZZACUEGG PANE CZEESŁAAWJJE!

Naprawde robiło się ciemno. Wiatr zaczął tłuc mnie po żebrach. Szum ulicy ginął gdzieś w oddali. Światła głownej alejki poszły w ślad za dźwiękiem. Za nic nie wiedziałem gdzie jestem! Tylko nagrobki, śnieg, gorzała, tytoń i mrok. Po pijaku gubiłem się niejednokrotnie, kiedyś wracałem do domu w jednym bucie. Zgubione części garderoby, papierosy czy pieniądze to standard. Ale zgubić sie na cmentarzu po ciemku?!

Brawo Borys! Kurwa, brawo! Zamarzniesz! Znajdą cię po paru dniach. Odmrożenia drugiego stopnia masz jak w banku! Zostało mi jedno piwo i reszta jabola. Ze strachu wypiłem to wszystko niemalże na raz.

Strzeliło do głowy. Pamiętam, że pomyślałem nawet, iż dla pseudopisarzyny to dobra śmierć. Już widzę te nagłowki na profilach nielicznych znajomych na Facebooku: NIESZCZĘŚLIWY PISZARZ! MĘCZENNIK ZA LITERATURĘ! ZGINĄŁ ŚMIERCIĄ TRAGICZNĄ PISZĄC SWE OSTSTANIE PIJANE WERSY!

Na szczęście nie mam Facebooka! Znajomych też nie mam. Ale to dobra promocja. Ale na co mi promacja po śmierci?! To głupie, nawet bardziej od ideologii, którą wszyscy mnie karmią. Może wbiją mnie na cokół?! Albo stanę się drugim CHE i rozpętam rewolucję?! Srututu dupa  z drutu rym cym cym z dupy dym! To bez sensu – trzeba stąd spadać! Doznałem olśnienia.

Mój przeklęty umysł zaczął wizualizować pod powiekami kształt dziecka, majaczący w oddali. Zwłoki leżące obok grobu faceta z piłą lub czarnego kota nade mną. Chyba mi odbiło naprawdę! Chaciałem biec! Chciałem uciec! Nigdy nie byłem odważny! Ale nie, burda spokój! Nie jesteś tchórzem! Dziecko szło w moją stronę, trzymało kota na rękach… nabiłem kolejną lufkę. Dziecko zniknęło. Zaciągnałęm sie dymem i mroźnym powietrzem. Przynajmniej będzie o czym pisać – pomyślałem i dokulałem się do wyjścia. Jak? Nie pamiętam… mój film był w częściach, ale musiało być dość późno. Na ulicy prawie nie było ludzi. Dobrnęli do domów. Do swoich żon, mężów, dzieci, ekranów, gazet, książek (?!) spopielonych łez i nudnych snów.

*     *     *     *     *

Pogmerałem w kieszeni. Smętne resztki forsy. Starczyło na dwa piwa ‚Mocne Kresowe’

Powązkowską dokulałem sie do Okopowej i wsiadłem w tramwaj na przystanku koło cmentarza. Był nowy i OGRZEWANY. Znalazłem miejsce poza zasięgiem kamery (a nie było to łatwe) i otworzyłem piwo. Ludzi było niewielu. Na tamtym fragmencie ulicy nie ma praktycznie nic, tylko cmentarz. Więc tak jechaliśmy. Ja-Borys-Burda-Piwo-Mocne Kresowe i oni – najprawdopodobniej nekrofile.

Czułem sie w porządku. Dobry trip. Trochę szalony, ale to dobrze nie? Jechaliśmy przez centrum. Na odtwarzaczu włączyłem PEYOTL Stańki, a Warszawa przepływała pode mną. Alkohol oddala od rzeczywistości, lecz przybliża do świata. Czułem wręcz namacalnie, jak z powiek spływa mi trucizna iluzji! Warszawa, której przypatruję się tyle lat. Miasto moich wczesnych fascynacji i pragnień. Stolica Polski, meta napuszonych karierowiczów. Miasto kurew, złota, whisky i kradzionej miedzi. Warszawa, z której jakieś tłuste skurwysyny wysysają duszę! Miasto ścierwo, miasto zwłoki! Piękna kobieta z Pragi, zgwałcona pośród szklanych tarasów!

I ja, pijany i zły. I ona, błyszcząca milionem pikseli, cyfer, neonów i fleszy.

Dla miliona ludzi taka Warszawa może być ładna i fakt czasem bywa.

Niektóre z tych szklanych domów-gór wygladają nieźle.

Dla miliona to postęp, a dla mnie ślepa pogoń za standardami!

Bo do KURWY NĘDZY! To wszystko jest takie sztuczne!

Błyszczy się jak psu jaja i dyma prawdziwego ducha tego miasta!

Jazz gra, Warszawa płynie. Dla mnie była i jest wyjątkowym miastem, ale w chwilach takich jak ta, gdy płynę razem z nią pod czarnym niebem pijanego słońca, widzę jej sponiewierane ciało.

Ciało tysięcy jej dumnych ulic.

Długie włosy jej chodników.

Smukłą talię jej parków i bram.

To wszystko sponiewierne ogromnym przyrodzeniem nowoczesności, oczekiwań i standardów.

To wszystko leżące na ołtarzu drogich samochodów, sztucznych dam i facetów bez jaj.

To wszystko, co tak podziwiałem, teraz dogorywa w kloace.

Usta pełne m o d n e g o sushi.

Sperma chujowej polityki na skroniach.

Zwłoki nędzne i słabe.

Zwrócone z twarzą, koniecznie na zachód.

*     *     *     *     *

– Ej młody! Zjazd! Bo zadzwonię na milicję! – ostrzegł donośnie Hemingway (znaczy podobny do niego konduktor).

– spokojnie, Panie! Gdzie jesteśmy?

– Jak to kuźwa gdzie?! Na Pradze! Targowa. Pętlę mam i pół godziny spokoju! Zjazd!

– Już wysiadam. Przepraszam. Zagapiłem się, sorry.

– Spływaj szczylu! Zachlane dziadostwo…

– Wyluzuj pan!

– Jeszcze pyskujesz gówniarzu?!

– Pierdol się facet! – krzyknąłem i wybiegłem przez niedomknięte dzwi.

Potem chyba urwał mi się film. Pamiętam, że naszczałem pod drzwi jakiegoś banku na J.Pawła. I jakiś parking. Powrót do domu był mocno we mgle. A mnie wyraźnie coś piekło, jakieś emocje, dziwne coś. Poza tym było cholernie zimno. Potem na pewno urwał mi się film.

Pisanie jest szaleństwem. Pisanie jest życiem! Jeżeli osoba, która tworzy, zaczyna pisać tylko jak siada do maszyny, kartki lub komputera, to nigdy nie będzie pisarzem. Pisanie jest dniem i nocą, jest słońcem i księżycem. Płonącą łzą i słońcem chmielu. Jest mną.

Dobrze pamiętam taki trip. Jakiegoś tam piątku zdarzyło mi się pić z chłopakiem, który w poniedziałek miał się stawić na rok do pierdla. Wypiliśmy trochę i szliśmy drogą, rozmawiając trochę.Potem pojawili sie policjanci. Miałem wtedy coś koło 18 lat. Lubiłem wypić, więc nosiłem przy sobie podrobione papiery. Potem pamiętam, że uciekłem psom w jakiś las.

Było tam trochę drzew i jakieś krzewy wokół małego jeziora, a bardziej bagna. Policjant mnie gonił, a ja nachlany spieprzałem przed nim. Schowałem sie w jakimś gównie nad wodą. Nade mną latał gliniarz z latarką, a ja kwitnąłem nieopodal, schowany w dziurze.

Żygałem cicho, nieopodal głowy. Nie myśląc o tym, że gliny, że zawiasy za papiery. Nie myślałem nawet o kobiecym ciele albo żebrakach na dworcu, o szkole czy kolacji. Miślałem o pisaniu, o tym, że materiał na opowiadanie jak w pysk strzelił! Jakieś fragmenty z początku zaczynały krążyć mi po głowie. Krystaliczny trip. Pisanie.

*     *     *     *     *

Następnego dnia obudził się około 10 rano. Niebo było takie, jak zawsze o tej porze roku. Szare, brudne i mokre. Niebo było takie, jak zawsze o tej porze roku. Nieznośne. Wstał ciężko i dobrnął do lazienki. Opłukał twarz, wysikał się, wziął dwa ketonale i popił wanną wody. Wrócił do pokoju i włączył radio. Coltrane. W maszynie do pisanie znalazł to opowiadanie.

duseone

Reklamy

3 komentarze

    1. Co do jakości masz racje,bez sprzecznie..ale stary oczekiwałbym czegoś więcej..krytyki,opinii,zajebania mi w pysk ale z uzasadnieniem.Kumasz o co mi chodzi?
      Jakkolwiek dzięki za opinie. Najlepszego stary.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.