the_black_angels_indigo_meadow_2013

Powiedzmy sobie szczerze, teksascy neopsychedeliści będą mieli już zawsze problem z przeskoczeniem epickości swojego arcydzieła – Directions to See a Ghost, a ich czwarty album jest tego kolejnym dowodem. Indigo Meadow jest prawdopodobnie najlżejszą płytą, jaką The Black Angels nagrali do tej pory, co nie znaczy że słabą. Wprost przeciwnie, to bardzo dobry materiał, który oddala muzyków od wiecznego krążenia wokół wczesnych dokonań The Velvet Underground i The 13th Floor Elevators wyraźnie pokazując, że zespół zdążył sobie wyrobić własny styl. A ten może się podobać lub nie, jednak nie ma w obecnej chwili drugiej ekipy, która grałaby neopsychedelię z takim przekonaniem – być może z wyjątkiem Dead Skeletons.

Indigo Meadow to płyta w dużej mierze zbudowana na prostych rytmach z hiciorskimi strzałami w stylu Don’t Play With Guns – kawałka, napisanego po zeszłorocznej masakrze w Colorado. Wcześniejszy ciężar i wielowarstwowe brzmienie z setką overdubów ustępują miejsca większej prostocie, a nawet umiarkowanej surowości. Produkcja jest mniej przytłaczająca, choć równie staranna, co na Phosphene Dream, ale zespół rezygnuje niemal całkowicie z psychedeliczno-garażowych walców w przejściach na rzecz krótszych i prostszych aranży. Tym bardziej cieszy mocniejsze uderzenie sfuzzowanych gitar w Love Me Forever czy Always Maybe, gdzie kilka głośnych akordów nagle wprowadzają słuchacza w wymiar hard’n’heavy, który kapela rozwija dalej w War On Holiday i Broken Soldier.

Nowa płyta uderza wprawdzie z początku znajomym, mrocznym klimatem w postaci tytułowego Indigo Meadowktóry potem ustępuje prostszym, bardziej melodyjnym kompozycjom – ale z czasem wchodzimy na nowy grunt. Rolowanie na bębnach wraz z hipnotycznymi partiami organków – które brzmią niczym żywcem wyjęte z kultowego soundtracku do Podróży czy debiutu Country Joe & The Fish – tworzą fantastyczny, transowy puls. Ale kwaśne aranże zaczynają tak naprawdę dominować dopiero pod koniec płyty – najbardziej zwartej i najciekawszej muzycznie części Indigo Meadow. Ten piękny pasaż stanowią zaś wszystkomówiący numer I Hear Colors (Chromaesthesia), pulsujący, energetyczny, garażowy Twisted Light oraz oparty na wznoszącym się do nieba riffie gitarowym – You’re Mine.

Nie obeszło się jednak bez hołdu dla Velvetów, który zostaje złożony na Black Isn’t Black – numerze kończącym płytę. Z początku niemal akustyczny, po wstępie stacza się w psychedeliczną otchłań, w której wokal Alexa Haasa odnajduje romantyczne połączenie z duchem Nico. Indigo Meadow jest w porównaniu z reszą dorobku zespołu, płytą staranniej zaaranżowaną i choć daleką od eksperymentalnego ducha dwóch pierwszych krażków, przebija zdecydowanie materiał z Phospehene Dream, który był najmniej równy ze wszystkich. Zastanawia mnie jedynie dlaczego zespół nie postawił w całości na mroczną stronę kwasu i zdecydował się zostawić w ostatecznym miksie nieco odstające od całości kawałki tj. The Day. Ale nie będę przesadnie krytyczny, gdyż całość broni się sama!

Conradino Beb

Reklamy

4 komentarze

  1. Zgadzam się z każdym słowem. Nowa płyta najlżejsza, ale dzięki temu unikają skutecznie „szuflady”. Jedna uwaga: w Black isn’t Black nie śpiewa Bland, tylko Alex Maas – główny wokalista. Bland od początku udziela się wokalnie tylko w niektórych numerach i podpada, w swoich kompozycjach i sposobie śpiewania, bardziej pod Floydów niż Velvetów.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.