Jest coś, co łączy wszystkie wielkie seriale telewizyjne ostatniej dekady, a jest nim obsesyjna eksploracja życia bohaterów z władzą w ręku. Od Tony’ego Soprano z Rodziny Soprano – Michaela Corleone następnego pokolenia – przez Dona Drapera z Mad Men, Waltera White’a z Breaking Bad, aż po Jaxa Tellera z Sons Of Anarchy, wszędzie mamy do czynienia z mrocznymi samcami alfa. Twórcy House Of Cards dodają do tego katalogu kolejną postać zbudowaną z cienia – pozbawionego skrupułów kongresmena, Franka Underwooda.
House Of Cards to serial w dużej mierze eksploatujący teren, który został ostro przerobiony w wyżej wymienionych dramatach telewizyjnych z dużym naciskiem na słabiej znany, ale równie dobry Damages. Z tym ostatnim łączy go nacisk na śledzenie procesów decyzyjnych ludzi na wysokim szczeblu drabiny społecznej i ich konsekwencji, będących pretekstem do ukazania mrocznego podbrzusza świata, w którym bytują bohaterowie, a który nie wybacza i nie zapomina, ale przede wszystkim nie ma żadnej litości.
Zrealizowany na podstawie brytyjskiego mini-serialu przez Beau Willimona, House Of Cards słowem mrok operuje jednak nie tylko metaforycznie, ale także czysto wizualnie, gdyż twórcy konsekwentnie eksplorują go w serii nocnych sekwencji, które siłą rzeczy przywołują klasyczny powab kina noir. Nieprzypadkowo w głównej roli Franka Underwooda, kongresmena który traci szansę na zostanie Sekretarzem Stanu i przestaje przebierać w środkach, by wdrapać się na szczyt, został obsadzony Kevin Spacey znany z produkcji neo-noirowych typu Tajemnice Los Angeles.
Spacey ze swoją plastyczną, pooraną zmarszczkami, dyplomatyczną twarzą wydaje się idealnym wypełnieniem szkicu ambitnego polityka, którego od najwyższego stołka dzieli tylko kilka lat i który posunie się do wszystkiego, byle tylko zdobyć kolejny strategiczny punkt i w efekcie dopiąć swego. W istocie, jego kreacja niesie serial do przodu, ale z dużą pomocą reszty obsady, która jest równie dobra. W rolę jego żony Claire wcieliła się Robin Wright, która zgrabnie odgrywa profil kobiety bez reszty poświęconej karierze, ale która nie jest w stanie być szczęśliwa sama ze sobą.
Inną pasjonującą kreację stworzył Corey Stoll, który wszedł w skórę młodego kongresmena z Filadelfii, Petera Russo, prostego chłopaka o robotniczym pochodzeniu, alkoholika z trudną przeszłością i dwójką dzieci, wciągającego morze koksu i włóczącego się po mieście z kurwami, który pada w końcu ofiarą bezwzględnej gry politycznej Underwooda. Ta nitka prowadzi nas zresztą do głębi uprawianej przez Franka gry politycznej, a rozmiary jego sieci są naprawdę imponujące.
Frank Underwood to jednak coś więcej niż tylko kolejny pretekst do pokazania, że politycy są be, bo chodzi im tylko o władzę. W rękach reżyserów tj. David Fincher (Siedem, Podziemny krąg) kolejne odcinki House Of Cards odsłaniają zarówno polityczne mroki Kongresu, jak też kreują fascynujące portrety psychologiczne bohaterów. Frank pochodzi z Północnej Karoliny na południu Stanów i lubi zaczynać swój dzień od porcji żeberek w taniej knajpie prowadzonej przez jego znajomego, czarnego przyjaciela – już na starcie dostajemy więc pół kilograma zwykłej ludzkiej historii.
Sam Waszyngton rzadko bywa przy tym scenerią amerykańskich seriali, gdyż w pokazanie amerykańskiej polityki w soczystej optyce trzeba włożyć sporo inwencji. Publikę łatwo karmić jest kliszami, ale znacznie trudniej stworzyć wiarygodne postaci, które przemówią do wyobraźni widzów i staną się dla nich wystarczającym magnesem na kilka sezonów. Żeby zaś pociągnąć serial kilka lat i uczynić go hitem, trzeba myśleć out-of-box. Źródłem sukcesów seriali tj. Rodzina Soprano, The Wire czy Beaking Bad jest przede wszystkim możliwość utożsamienia się publiki z uczuciami i emocjami bohaterów i na tym polu pierwszy sezon House Of Cards osiąga pełen sukces.
Pasje i pragnienia Franka Underwooda, jego żony, czy osobistego asystenta wylewają się z ekranu i z łatwością uzależniamy się od każdego następnego odcinka – w rękach mamy więc kandydata na prawdziwy kult. House Of Cards oferuje zaś do tego masę mięsa w postac fabuły, niebanalnego obrazu waszyngtońskiego piekiełka, a także obrazu mediów w okresie upadku papieru i kolejnej transformacji dziennikarstwa – dojścia do głosu nowej szkoły wychowanej na Internecie i mediach społecznościowych, reprezentowanej przez początkującą korespondentkę Zoe Barnes (Kate Mara).
Twórcy nie zostawiają przy tym suchej nitki na wzajemnym uzależnieniu mediów i polityki, ale jeszcze bardziej rzuca się w oczy umiejętnie zaaranżowany tragizm postaci, szkic ich ewolucji oraz czarno-humorystyczne potraktowanie uprawiania polityki. Frank wygłasza częste monologi przed kamerą, które są uzewnętrzeniem tego, co dzieje się w jego głowie i służą jako podsumowanie pewnej sekwencji wydarzeń. Ale dodają one również pewnego teatralizmu, który po kilku odcinkach staje się szczególnym znakiem rozpoznawczym serialu.
Do tego wyrachowanie waszyngtońskich polityków zostaje podane apriorycznie. Dla twórców bardziej liczą się jego głębiny i możliwości, które tworzą rewelacyjną fabułę. Jednak co najważniejsze, każdy szachista w House Of Cards musi toczyć grę nie tylko z innymi graczami, ale także z własnym życiem, które pozostaje kluczem do sukcesów i porażek. Innymi słowy, zwycięzca zostaje przedstawiony przede wszystkim jako ten, który zwycięża samego siebie, a przegrany jako ten, który nie jest w stanie zapanować nad własnymi słabościami i z tego powodu zapanować może nad nimi kto inny.
Conradino Beb

