Choć Łabędzie miały już nigdy nie wrócić, ich trzeci album po reaktywacji stał się faktem. Po gargantuicznym The Seer Gira powiedział „przebijam” i stworzył album jeszcze dłuższy, a przede wszystkim lepszy. Ramą poprzedniego krążka był blues: dronujący, noise’owy, post rockowy. Wręcz perfekcyjny w swej formie. Tym razem szkieletem stał się eteryczny folk z dorzecza Missisipi, ale wzbogacony o nieśmiertelny, funkowy groove.

Już w otwierającym album Screen Shot uderza nas ta charakterystyczna wibracja, spetryfikowana przez niemiecko-japońskich magów z Can. Lider Swans, który z niezwykła wprawą dyryguje swoim big bandem, przyznał, że jego odwiecznymi inspiracjami byli James Brown i Fela Kuti.

Wojownicza i rebeliancka atmosfera twórczości tego drugiego szczególnie udzieliła się na Toussaint L’Ouverture. Epicka suita jest poświęcona haitańskiemu rewolucjoniście, który z morza krwi i przemocy wyłowił wolność dla tysięcy niewolników.

Z końskiego kwiku, chrobotania piły oraz instrumentalnej kaskady dźwięków wyłania się trzymająca w napięciu do ostatniej sekundy, muzyczna fabuła. Potwierdza ona słowa Giry, który stwierdził, że najbliższym jego twórczości medium jest film, a w szczególności dzieła Kurosawy, Kubricka czy Gaspara Noé.

Drugą cześć albumu otwiera bachiczny She Love Us. Derwiszowski rytm, atonalne sprzężenia gitary i natchnione wokalizy wprowadzają w rytualny trans, z którego wybudza dopiero łoskot ostatniej partii.

Pozorną chwilę wytchnienie przynosi dopiero folkowy Kirsten Suspine. Odpoczynek nie trwa jednak długo, gdyż do dalszego tańca porywy noise’owo-funkowy Oxygen. Z kolei od wirującego, bliskowschodniego motywu rozpoczyna się Nathalie Neal, który budzi skojarzenia z neofolkowymi hymnami z White Light from the Mouth of Infinity.

Gdy z przytupem kończy się To Be Kind przychodzi czas refleksji. Mimo sześciu dych na karku, Gira swoja energią i zapałem mógłby obdzielić sflaczałe zastępy indie grajków. Wyrażane przez niego z ogromną charyzmą opinie o miłości i życiu jawią się niczym prawdy objawione.

W każdym dźwięku słychać, że reaktywacja Łabędzi nie była skokiem na kasę lecz szczerą potrzebą serca i twórczego głodu, który zaspokojenie znajduje w nieustannej pracy. Z luzem i uśmiechem Gira po raz drugi z rzędu zgarnia pełną pulę i śmiem wątpić, czy komukolwiek w tym roku uda się go przebić.

Jakub Gleń

Reklamy

4 komentarze

  1. Płyta roku, jak nic. Nawet mi się nie chce wymyślac zadnych wyszukanych komplementów – lepiej zamilknąc i słuchac . Genialny album.

    Polubienie

  2. Przecież ten album to przeciętniactwo. Dwie godziny niesamowicie nudnego, drętwego grania. Gira nigdy nie był wielki, Swans to zawsze był entry-level – proste, niezbyt wymagające, lecz naprawdę fajne rzeczy, odpowiednie do tego, żeby gość lubiący patataje mógł wskoczyć w świat nieco innej muzyki – ale nigdy nie była to chałtura. Dwa ostatnie albumy to zwyczajny skok na kasę – Gira może nagrywać chłam, piczfork i tak napisze OMG GENIALNE PŁYTA STULECIA, a hordy bezmyślnych studentów kulturoznawstwa to kupią i będą bełkotać o kontakcie z absolutem i prawdach objawionych. Ta recka wpisuje się właśnie w ten niezwykle popularny nurt lizania rowa Girze. Tacy alternatywni i niepokorni, a łapiecie się na zwykły medialny hype. Jeszcze żeby to jakiś ignorant pisał, to mógłbym zrozumieć ten zachwyt, ale przecież Gleniowi nie jest obca naprawdę ambitna muzyka (choćby przecudny zeuhl), dlatego dziwi mnie, że wygłasza takie peany na cześć zdziadziałego rockmana.

    Polubienie

  3. Akurat z Pitchfork nie często jest mi po drodze ale tym razem poczuli bluesa. Jak sam mówisz z 2 ostatnimi płytami Swans jest Ci nie pod drodze, ja pewnie tez uważałbym je za przerostem formy nad treścią, gdyby emocje na nich zawarte nie trafiały do mnie. Nie mówię tu o jakichś super, dogłębnych ideach, lecz o prostym trafieniem dźwięków w w sedno. Głównym atutem obu tych płyt jest ich filmowa narracja i muzyczny storytelling, który ja odbieram jako niezwykle wciągający. Muzyka sama w sobie jest prosta i albo ktoś złapie ten klimat – tak jak ja – lub tak jak dla Ciebie będzie to nic szczególnego. Co do wyrażenia „prawdy objawione”, którego w recce użyłem, chodziło mi o siłę tonu Giry, dzięki, któremu te zbitki słów odzierane są z banalności. Oczywiście trzeba podchodzić do tego z pewnym dystansem, bo sam Gira mówi, że często to tylko zwykły tekst. I na koniec, żeby nie było, że ten album to tylko emocje, to powiem tak jak w recenzji, że „To Be Kind” to czysty ekstrakt zajebistych patentów: magii Can, energii funku i zdrowej, hałaśliwej post-rockowej formy.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s