the-guest-2014-poster

Adam Wingard należy do grona moich ulubionych twórców nowej fali kina gatunkowego. Reżyser ten znany jest głównie z horrorów, których od 2010 roku scenarzystą jest niezmiennie Simon Barrett. Ich przedostatnim wspólnym filmem jest bawiący się konwencją home invasion straszak You’re Next, który zebrał skrajnie różne oceny.

Ja, na produkcji o zamaskowanych napastnikach szturmujących posiadłość, w której odbywa się właśnie wielka, rodzinna kolacja, bawiłem się świetnie, tak jak na dwóch pierwszych częściach V/H/S, w których panowie mieli duży udział. A teraz na ekranach kin możemy oglądać najnowszy film spółki Wingard-Barrett, czyli tajemniczo brzmiącego Gościa.

Znając poprzednie osiągnięcia duetu podszedłem do tytułu dość optymistycznie. Co prawda nie mogę przyznać Wingardowi statusu twórcy ponadczasowego, jak kilku jego starszym kolegom, lecz jego produkcje posiadają coś czego brakuje konkurentom, duszę. I tutaj też nie jest inaczej, gdyż już od pierwszych minut czujemy, że oglądamy obraz, w który ktoś włożył coś więcej niż tylko prosty, rzemieślniczy trud.

Szybko poznajemy tytułowego gościa – Davida, oraz żyjącą na przedmieściach rodzinę Petersonów, której matka nie może sobie poradzić ze stratą najstarszego syna (ten zginął na froncie). Napięcie utwierdza nas przy tym od samego początku w przekonaniu, że lada chwila wydarzy się coś złego. I faktycznie, okoliczni mieszkańcy, którzy w mniejszym lub większym stopniu zagrażają rodzinie Petersonów, są z biegiem czasu systematycznie mordowani, a przyjaciel domu, którym szybko staje się David, zaczyna zachowywać się coraz bardziej podejrzanie.

Sama fabuła od początku pozostawia jednak dużo do życzenia. Rambo spotyka Terminatora, a wszystko to owleczone zostaje muzyką i stylistyką rodem z Drive. Tytułowy bohater o aparycji Dawida Wolińskiego na początku wydaje się być nawet kalką bohatera granego we wspomnianym filmie przez Goslinga, ale jego krwiożercze zapędy szybko biorą górę!

Historia utrzymywana jest na wysokim poziomie przez 3/4 trwania filmu, a później wszystko nurkuje w stronę sztampowych zagrywek i wytartych klisz gatunkowych. Z początku oglądamy rasowy thriller, który później, przez dodanie wątków Sci Fi, zamienia się w widowiskowy film akcji, by wyhamować przed samą końcówką i zmienić konwencję na bliższą slasherom.

Ale ten ostatni segment wypada tutaj najsłabiej, bo jest do bólu przewidywalny. Na siłę dodana zostaje otoczka kiczowatości i surrealizmu, która zwyczajnie męczy i przeszkadza. Cała historia pozostaje jednak ciekawa jako całość i posiada kilka wolt, które powinny niejednego zakoczyć. Nie jest ona wyłącznie pretekstem do rzezi, ale nie porusza też jakichś ważnych społecznie czy moralnie problemów.

Popsuta końcówka to jednak tylko mała łyżka goryczy w dużej beczce miodu, bo sceny akcji, w których David niczym Rambo unika wystrzelonych masowo w jego stronę kul, wypadają naprawdę imponująco. Do tego dochodzą wątki w przydrożnym barze czy na domówce, które owocują dużym zróżnicowaniem stylistycznym, a sam Wingard sprawnie przechodzi od wątku do wątku.

Oświetlone lampkami choinkowymi i neonami bary czy mieszkania, w których przygrywa melodyczne elektro, ustępują co chwila małomiasteczkowym miejscówków tj. pola czy opuszczone kamieniołomy. A jeśli już przy muzyce jesteśmy to jest ona genialna. Wingard zamiast old schoolowych kawałków w stylu Looking fot the Magic Dwight Twilley Band z poprzedniego filmu, pieści nasze uszy dźwiękami rodem z  kwasowych podróży po jarzących sie od świateł ulic Miami.

Utwory tj. Anthonio, śpiewany przez Annie, czy niepokojący Haunted When the Minutes Drag grupy Love And Rockets, mają w pełni zasłużoną szansę stać się kultowe. Dodajmy do tego całą tę ‘’neonową’’, kolorową stylistykę, w której podziwiamy brutalne dokonania głównego bohatera, a nie będziemy się zastanawiać z jakiego filmu twórcy czerpali najwięcej inspiracji.

Jeśli chodzi o brutalność, to jest jej tutaj wiele. Giną zarówno ci, którym się to w jakimś stopniu należało, jak i zupełnie przypadkowe osoby, co jest dla mnie troszkę niezrozumiałe i wygląda tak, jakby twórca chciał na siłę pokazać, jak bezwzględną maszyną do zabijania jest David. Przez takie proste zagrania czujemy niestety, iż scenariusz jest zbyt mało wyrafinowany, aby ciągnąć film w górę i zakończenie może być słabe.

Pozostawmy jednak to, kogo David zabija, a przyjrzyjmy się jak tego dokonuje, bo jest na czym oko zawiesić. Kule latają gęsto, noże przeszywają ciała, a granaty niczym dziecięce bączki toczą się po podłodze. Może sposoby pozbawiania życia nie należą do specjalnie wyszukanych, ale na pewno wyglądają efektownie.

Aktorsko wybija się w Gościu Dan Stevens jako David (tutaj chyba wszyscy będą zgodni). Przystojny, umięśniony blondyn z zarostem o przyjaznym spojrzeniu, wygląda w filmie jak zły, młodszy brat Ryana Goslinga. Rola na miarę Oscara to wprawdzie nie jest, ale jakieś pomniejsze statuetki na pewno trafią w jego ręce. Reszta niestety jest bardzo, ale to bardzo przeciętna.

Czy warto więc zaliczyć seans Gościa ? Myślę, że jak najbardziej tak, bo Wingard właśnie udowodnił, iż jego warsztat polepsza się z każdym kolejnym filmem – Gość dostał na świecie bardzo dobre recenzje. Mimo kilku poważnych błędów od razu wskoczył on na moją listę najlepszych thrillerów 2014 roku. Fani kiczowatych akcyjniaków znajdą tu kandydata na najlepszy film roku, a cała reszta przyzna, że to niezły thriller w klimacie, jakiego trochę brakowało od czasów Drive.

Oskar ‘Dziku’ Dziki

 

Oryginalny tytuł: The Guest
Produkcja: 2013, USA
Dystrybucja w Polsce: M2 Films
Ocena MGV: 3,5/5

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

2 komentarze

  1. Całkiem spoko poprowadzony flick, ale na finał ,to faktycznie brakło patentu , co zostawia wyrażny niedosyt , bo taka zgrabnie rozpędzająca się story nie powinna się takim flakiem zakończyć. Ostatnie ujęcie stwarza nadzieję na sequel, czego bym sobie życzył – może dowiedzielibyśmy się więcej o kulisach tego tajnego eksperymentu , bo strasznie zdawkowo i na odpierdol zostało to podane.
    Dla mnie prawdziwym objawieniem, jak chodzi o tegoroczne thrillery, jest nowozelandzki ,, Housebound” debiutanta Gerarda Johnstone’a ( też scenariusz ) , rzecz z takim wykopem i inwencją, jakby wcielił się w niego duch Sama Raimiego ( tego starego, oczywiście ). Genialny mix gatunkowy , do tego suspens, jak u Carpentera i ostro pojebany humor w niespodziewanych momentach ( ale nigdy kosztem tego pierwszego ). Historia bez niedoróbek. Polegam gorąco.

    Polubienie

    1. Finał wali sztampą na kilometr, typowe slasherowe zagranie które nijak ma się do reszty filmu. Właśnie sequel wydaje mi się niepotrzebny ale znając życie pojawi się prędzej czy później.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s