Rozz Williams

Drodzy czytelnicy, kilka lat temu przeszła przez nasz piękny, opuszczony przez boga i inne demony, kraj, prawdziwa burza, epidemia, której racjonalnych przyczyn szukać równie trudno, jak pingwinów w Etiopii. Nieznany wirus za swój główny cel obrał sobie szacowną nadwiślańską młodzież, ale, co dziwne i do tej pory nie wyjaśnione, zaatakował tylko tą jej część, która, z niewiadomych przyczyn, (choć niektórzy badacze sprawy wietrzą tu lekką fiksację umysłową) za dominujący kolor w swojej garderobie obrała sobie czerń.

Wirus zaczął działać niepostrzeżenie. Żadnych zmian w metabolizmie, żadnej wysypki, żadnych poważniejszych perturbacji psychicznych. Właściwie pewnie nigdy nie zostałby wykryty, gdyby nie drobny fakt. Otóż, rzeczona wyżej część polskiej młodzieży, nagle i bez wyraźnego celu, zaczęła nagminnie używać obco i niepokojąco brzmiącego słowa gothic. Nasi ubierający się na czarno chłopcy, jak gdyby nigdy nic, rzępolili na swoich gitarach jak za dawnych lat, tyle tylko, że teraz to nie był już niesławny black metal, ani anemiczny doom metal, czy tym bardziej jakiś tam death metal, teraz to był gothic black metal, gothic doom metal i gothic death metal, a czasem już całkiem jawnie i bez ogródek, po prostu gothic metal!

Ale to jeszcze nie wszystko. Spokojne i całkiem ułożone dotychczas dziewczęta jęły wtórować swoim braciom w kolorze i drzeć się w niebo głosy, wzorem legendarnej w niektórych kręgach Ortodoksyjnej niAni, której głos towarzyszył im już od kołyski. Epidemia kroczyła dalej. Różnej maści wydawcy płyt i kaset, a także redaktorzy obrazkowych pisemek dla młodzieży, zwęszywszy łatwe pieniądze, zaczęli upychać wszędzie słowo gothic, znakując nim swoje produkty, co niewątpliwie przyczyniło się do kolejnych zarażeń. Sytuacja, przyznają państwo, była nie wesoła.

Ja, dr Vel Trotzky, gnany, jak zawsze, chęcią postępu i rozwoju nauki, postanowiłem przyjrzeć się bliżej owej nieznanej i być może groźnej chorobie, którą w dalszym toku tejże pracy nazywać będę wirusem „G”. Jak się szybko, w trakcie moich badań, okazało, wirus, który zaatakował Polskę był tylko nieszkodliwą i, w porównaniu do oryginału, niezwykle słabą mutacją drobnoustroju, który nawiedził dwadzieścia lat temu resztę kuli ziemskiej.

Za rozpowszechnienie go w Europie odpowiedzialnych było czterech dość dziwnych (lubiących, wzorem niewiast, malować swoje twarze) młodzieńców, którzy swoją niecną działalność prowadzili pod kryptonimem Bauhaus. Jako że, informacje dotyczące owej europejskiej odmiany wirusa są stosunkowo dość dobrze znane i fachowo opisane niemalże w każdym podręczniku medycyny dostępnym w naszym kraju, więc pozwolę sobie nie wspominać o nim więcej i przejść do opisu odmiany wirusa, która czyniła spustoszenie po drugiej stronie naszego globu.

Człowiekiem (?), odpowiedzialnym za narodziny i rozwój wirusa „G” w Stanach Zjednoczonych Ameryki, był niejaki Robert Painter, znany też jako Rozz Williams. Nasz schwartzcharacter pod koniec lat 70 założył wraz z kilkoma nieszczęśnikami, których udało mu się przekonać do swoich chorowitych idei, zespół rockowy, który dla niepoznaki nazwał Christian Death. Pierwsze próby zatrucia amerykańskiej młodzieży nie były dla niego łatwe. Trzeba było pełnych trzech lat, aby światło księżyca ujrzała jego debiutancka płyta „Only Theatre of Pain”. Znane ludowe przysłowie „złe złego początki” pasuje tu jak ulał. Mimo że dzieło to, w świetle późniejszych dokonań pana R.W., wydaje się być raczej niezbyt udanym, to powiedzieć trzeba, że zamierzony skutek odniosło i słowo gothic zawitało do radosnych i pełnych wcześniej życia, amerykańskich domów.

Kilka miesięcy później nowozarażeni młodzi mieszkańcy USA dostali do swoich rąk kolejną śmiercionośną zabawkę – minialbum Deathwish. Zaraz potem słuch o Williamsie nagle zaginął. Obecnie wiemy, że nasz bohater wybrał się, chcąc nieco uspokoić podejrzliwe umysły swoich wrogów, na mały voyage, którego celem był Paryż – miasto jego mistrzów zbrodni: Rimbauda i Lautremonta. Było to niezwykle przebiegłe posunięcie, gdyż zarazem Williamsowi udało się przygotować grunt pod inwazję na Stary Kontynent i podpisać kontrakt płytowy z francuską wytwórnią płytową L’Invitation Au Suicide.

„Only Theatre Of Pain” (Frontier Records, 1982)

Nastał rok pański 1984. Rozz wraz z nowymi muzykami, geniuszami zbrodni na jego miarę – wokalistką i pianistką Gitane De Mone i, również śpiewającym, gitarzystą Valorem Kandem, znanymi wcześniej z zespołu Pompeii 99, uderzył ponownie. Tym razem efekt był piorunujący, a płyta nazwała się Catastrophe Ballet. Pod przykrywką niezwykle sugestywnej, poetyckiej muzyki i surrealistycznych tekstów wirus „G” zaczął się rozprzestrzeniać w zabójczym tempie, a utwory w stylu Sleepwalk czy Cervix Couch nie pozwalały chorym, przez długie dni i noce, uwolnić się spod jego wpływu.

Williams i spółka widząc swoje powodzenie poszli za ciosem i rok później wydali na świat swój najbardziej odrażający płód – album zwodniczo zatytułowany Ashes. Niepokojąco piękny utwór tytułowy, oniryczny When I Was Bed, wytyczający zupełnie nowe perspektywy i nawiązujący do piosenki kabaretowej rodem z lat trzydziestych Lament – Over The Shadows, nieco ostrzejszy i bardziej rockowy Face, przeraźliwie smutny The Luxury of Tears i na koniec, eksperymentalno-teatralny Of The Wound. Każdy, kto usłyszał ten album niemal natychmiast stawał się nosicielem naszej choroby, a wirus „G” dotarł do najwyższego stadium swojego rozwoju.

Po wydaniu albumu zespół zdążył zagrać zaledwie jeden koncert w wielkanocny wieczór roku 1985, w Roxy Theater, w Hollywood. Jeżeli wierzyć zeznaniom naocznych świadków tego potwornego wydarzenia, to muzyce towarzyszyła otoczka, którą dzisiaj nazwano by pewnie multimedialną. Zaraz potem, zupełnie niespodziewanie, Williams opuścił zespół, aby zająć się roznoszeniem choroby na własną rękę.

Reszta zespołu, z Velorem na czele, mimo prośby naszego głównego bohatera, nie zmieniła nazwy i zaczęła dalej, ze zmiennym powodzeniem, nagrywać płyty, z których kilka, w szczególności Atrocities, Scriptures i Pornographic Messiah, do dnia dzisiejszego stanowi jedno z najgroźniejszych ognisk choroby „G”.

Tymczasem sam Williams nagrał jeszcze trzy-utworowy materiał utrzymany w klimacie zbliżonym do tego, jaki znaleźć było można na Catastrophe Ballet i Ashes, po czym zostawiając demoralizację młodzieży innym, zabrał się za bardziej wyrafinowanych słuchaczy, powołując do życia dwie muzyczne hybrydy: Premature Ejaculation i Heltir. Nagrawszy z nimi kilka płyt obracających się w estetyce klasycznego industrialu i noisu, Williams stwierdził, że jednak czegoś mu chyba brakuje i w roku 1987 stanął na czele swojego nowego rockowego wcielenia – Shadow Project.

Niestety, kapelce tej do dokonań Christian Death było daleko, sam Rozz zdawał sobie zapewne z tego sprawę i w roku pańskim 1989 stała się rzecz co najmniej dziwna. Williams, nie zwracając zupełnie uwagi na fakt, że cały czas działa prowadzony przez Valora zespół, który opuścił cztery lata wcześniej, postanowił „reaktywować” Christian Death pod swoim dowództwem. Valor, z niejasnych do końca przyczyn, nie zareagował na to w żaden sposób i nagle okazało się, że istnieją dwa konkurujące ze sobą wcielenia Christian Death..

Zmartwychwstałe Christian Death Williamsa wyruszyło na trasę po Stanach Zjednoczonych Ameryki i nagrało koncertowy album Sleeples Night: Live 1990. Zaraz potem przyszedł czas na The Iron Mask – płytę zawierającą ponownie nagrane wersje utworów znanych z początkowych lat działalności Ch. D., która to jednak nie robi zbytniego wrażenia, sprawiając pozory nie do końca przemyślanej i dopracowanej. Niestety, była to tylko cisza przed burzą.

Rozz powrócił, niosąc zepsucie, w całej krasie swojego ciemnego geniuszu, płytą The Path of Sorrows z 1992 roku. Po trzech latach, od „ponownego przyjścia” Christian Death ukazał się wreszcie album z materiałem w stu procentach premierowym. Sam autor określił go jako kontynuację tego, co działo się na płytach Catastrophe Ballet i Ashes, jednakże z opinią tą zgodzić się jest trudno – The Path of Sorrows zawiera muzykę zdecydowanie różną od tej, tworzonej przez spółkę Williams / Valor. Z jednej strony jest ona bardziej surowa, żeby nie powiedzieć punkowa, a z drugiej, znacznie więcej tu kontrastów. A może po prostu charakterystycznej gitary Valora podrobić się nie da. W każdym razie The Path of Sorrows okazała się być najniebezpieczniejszym dziełem, jakie nasz geniusz zbrodni wydał pod szyldem Christian Death w latach dziewięćdziesiątych i zepsuła serca wielu nieszczęśników, którym dane było się z nią zetknąć.

Rok później ukazała się kolejna premierowa płyta – The Rage of Angels. W sumie była ona kontynuacją swojej poprzedniczki, ale Williams pokazał tu bardziej punkowe i mniej wyrafinowane oblicze swojej twórczości i na dobrą sprawę, album ten bliższy był dokonaniom Shadow Project, niż stylowi wypracowanemu przez Christian Death, skutkiem czego, nie można go uznać za równie niebezpieczny i zdradliwy produkt, jak The Path of Sorrows.

W tym samym roku ukazała się jeszcze jedna płyta koncertowa – Iconologia. Był to zapis ostatniego koncertu, jaki dał Rozz Williams na czele Christian Death. Później, firma Cleopatra wydała jeszcze kilka okazjonalnych wydawnictw zespołu, z których najbardziej szkodliwy, ze względu na swoją wysoką zakaźność wydaje się być album Death Mix zawierający remixy utworów Ch. D. w wykonaniu m.in. Laibach, Frontline Assembly i Birmingham 6.

W następnych latach Williams ponownie skupił się na działalności solowej – wydał dwie płyty ze „słowem mówionym” – o drugiej z nich, The Whorse’s Mouth, można chyba nawet powiedzieć, że to najbardziej dojrzała i spójna artystycznie rzecz, jaką nasz siewca zarazy kiedykolwiek nagrał. Momentami bardzo noise’owe, częściej stonowane, rozmyte dźwiękowe tła, niesamowicie smutne melodie, przywodzące na myśl twórczość takich artystów, jak choćby Current 93 i górujący nad wszystkim, jedyny w swoim rodzaju, głos Rozza sprawiły, że powstało dzieło, które wirusa „G” rozpowszechniło może wśród mniejszej ilości słuchaczy, ale za to znacznie skuteczniej, niż inne produkcje Williamsa.

Ukazało się też kilka płyt Shadow Project i Premature Ejaculation, z których na największą uwagę zasługują dwie ostatnie. Na The Wound of Exit Williams rozwinął w sposób najbardziej doskonały industrialno-noisowe motywy swojej twórczości, doprowadzając gatunek do granic extremum. Natomiast wydana w tym samym roku, 1998, płyta Shadow Project From the Heart to niemalże całkowicie akustyczna, balladowa pozycja, porównywana przez wielu krytyków i znawców tematu z dokonaniami zespołów z legendarnej angielskiej wytwórni World Serpent. Niestety pozycja ta jest nierówna, gdyż utwory skomponowane przez partnerującą na tej płycie Williamsowi Evę Ortis są przynajmniej o dwie klasy gorsze od tych autorstwa Rozza.

Jak się niestety okazało, były to też ostatnie albumy, jakie nasz bohater nagrał. Pierwszego kwietnia roku 1998 Rozz Williams, z nieznanych nikomu powodów, popełnił samobójstwo. Nie pozostawił żadnego listu, ale pozostawił dziesiątki płyt, które cały czas przyczyniają się do wzrostu zachorowań na chorobę „G”, zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio, będąc nieskrywaną inspiracją dla tak znanych i cenionych artystów, jak choćby Trent Reznor z NIN, czy Marilyn Manson. Epidemia trwa nadal.

POST SCRIPTUMArtykuł powyższy nie rości sobie prawa do bycia jakąś obiektywną biografią Williamsa. W obliczu chaosu informacyjnego, który panuje wokół postaci tego legendarnego artysty, ustalenie, co jest faktem, a co nie, jest praktycznie niemożliwe. Dlatego też artykuł ten napisany jest tak jak jest, a jego głównym celem jest raczej zainteresowanie kilku kolejnych ludzi osobą tego kontrowersyjnego i niewątpliwie bardzo niedocenianego muzyka.

Opisując dorobek płytowy Williamsa skupiłem się przede wszystkim na pozycjach, które sam uważam za najbardziej wartościowe, część albumów w ogóle pomijając. Celowo nie wnikałem też w kwestię współzawodnictwa Williamsa z Valorem, gdyż uważam, że zarówno twórczość Williamsa, którą tu opisałem dokładniej, jak i to, co robił i nadal robi Valor ze swoją „wersją” Christian Death, to rzeczy zasługujące na podobny szacunek i uznanie. Podobnie też, nie skomentowałem w żaden sposób decyzji Williamsa o odebraniu sobie życia, gdyż uważam, ż nie mi dane sądzić, bez względu, czy decyzja ta była wynikiem uzależnienia od heroiny, jak to niektórzy sugerują, czy też kierowały nim zupełnie inne powody.

Piotr vel Trotzky

Reklamy

Written by conradino23

Redaktor bezczelny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s