great_shark_hunt

Jednym z moich najwyraźniejszych wspomnień z tego nieszczęsnego weekendu jest widok Jerry’ego Rubina stojącego smutnie na schodach marmurowego budynku nieopodal Capitolu i patrzącego na walkę gangów u podnóża masztu. Kontrinauguracyjna parada właśnie dobiegła końca, ale niektórzy z protestujących zdecydowali się zakończyć całe przedstawienie gwałcąc amerykańską flagę. Inni uczestnicy marszu protestowali i już wkrótce obydwie frakcje okładały się pięściami.

Flaga ześlizgnęła się kilka stóp w dół, ale szybko pofrunęła z powrotem w górę, gdy grupa protestantów antywojennych utworzyła rodzaj ludzkiej kotwicy na głównym sznurze. Obrońcy flagi byli częścią Komitetu Mobilizacyjnego dla Zakończenia Wojny w Wietnamie (MOBE), organizatorów kontrinauguracji… liberalnego, pacyfistyczno-uniwersyteckiego skrzydła protestu. Agresorzy, krzyczący „zerwać tę cholerną rzecz”, byli zaś dzikim, zdezorganizowanym kotłem młodych zawadiaków ulicznych, na który składali się zarówno lokalni bojownicy SDS, co i gang motocyklowy o nazwie Huns. Po obu stronach byli czarni, ale większa część walki na pięści toczyła się pomiędzy białymi.

Kiedy oddalałem się od bójki, za moimi plecami zaczęły ze sobą walczyć dwa psy, a lider marszu, krzyczący „Pokój!” przez megafon, został zaatakowany przez frika w pruskim hełmie. Parada antywojenna obróciła się mściwie przeciwko sobie samej. Rubin, yipisowski organizator i weteran każdego większego protestu od czasu pierwszego powstania w Berkeley w 1964, gapił się na chaos wokół flagi. „Okropne”, mamrotał: „To wszystko jest smutne… bez życia, bez kierunku… to może być ostatnia demonstracja.”

Jego słowa odzwierciedlały uczucie, które właśnie opisałem w swoim notatniku jako „Koniec ze śpiewaniem, koniec z przemówieniami, żegnamy się z tym wszystkim…” Rozumiałem, co miał na myśli Rubin; nasze ścieżki krzyżowały się bowiem nieustannie w ciągu ostatnich czterech lat, od Bay Area po Chicago… zawsze na różnych poziomach zaangażowania: on był centralną figurą, a ja dziennikarzem… ale teraz, w 1969, dla obydwóch z nas było oczywiste, że sytuacja drastycznie się zmieniła.

Przemoc i konfrontacja są teraz głównymi tematami. Cały koncept „pokojowego protestu” umarł w Chicago na Konwencji Partii Demokratycznej. Nikt nie zaprosił do Waszyngtonu Joan Baez; nikt nie śpiewał „We Shall Overcome”. Były za to inne, nowe slogany tj. „Zabić Świnie!”, „Pierdolić Wojnę” czy „Dwa-Cztery-Sześć-Osiem… Wstań i Rozwal z Nami System!” Na fali jest zawzięty sprzeciw. Nikt nie sztywnieje. Rzucają w pały kamieniami i uciekają… a dwie minuty później pojawiają się gdzie indziej i rzucają jeszcze więcej kamieni.

Przeszliśmy długą drogę od Berkeley i Ruchu Wolnego Słowa. Po obu stronach jest teraz podłość nowego rodzaju… i całkowity brak humoru. Dla Rubina ta zmiana ma gorzki, osobisty smak. Na skutek policyjnego dymu w Chicago pozostaje on na wolności za $25 tys. poręczeniem, obciążony zarzutami podżegania tłumu, przestępstwa karanego potencjalnie pięcioletnim wyrokiem. Za dobrych, starych dni, trzy miesiące więzienia były uważane za surowy wyrok dla lidera protestu. Ale teraz, w erze Nixona, ludzie tacy jak Rubin są kandydatami do krwawego bicia pięt.

A jeśli chodzi o mnie… zmiana nie jest jeszcze fizyczna. Z przepustką prasową udaje mi się zwykle uniknąć aresztowania… mimo iż przypuszczam, że to także się zmieni w nowej erze. Legitymacja prasowa czy nawet notatnik stanie się zagrożeniem we wzrastającej atmosferze polaryzacji, powodowanej przez konflikty obywatelskie. Neutralność się wyczerpała. Pytaniem pozostaje teraz nawet dla dziennikarza: „Po której jesteś stronie?” W Chicago zostałem spałowany przez policję, a w Waszyngtonie zostałem potraktowany macem przez demonstratorów.

Weekend inauguracyjny był totalną zwałą w każdym znaczeniu tego słowa. Widok Nixona składającego przysięgę, skazany na klęskę, nienawistny ton protestu, ciągły deszcz, rzeki błota, armia bogatych świniogłowców tłoczących się w hotelowych barach, stare panie z niebieskimi włosami zapychające restauracje… seans horrorów, bez wątpienia. Pewnego razu późną nocą, gdy słuchałem radia w pokoju, usłyszałem piosenkę The Byrds z refrenem, który leciał tak: Nobody knows… what trouble they’re in; Nobody thinks… it might happen again. Odbijała się ona echem w mojej głowie cały weekend, jak temat z kiepskiego filmu… filmu o Nixonie.

Moim pierwszym pomysłem było porobić się LSD i opisać inaugurację skwaszony, ale znaki były złowieszcze: tak potworna scena mogła zostać jedynie sprowadzona do poziomu mega horroru przez tak potężny środek jak kwas. Nie… musiałem to opisać na trzeźwo lub przynajmniej po kilku jointach, wypalonych w cichych momentach… krocząc szybko przez Centrum Handlowe, szturmując Smithsonian Institution z wściekłym tłumem, krzyczącym wulgarne hasła na temat Spiro Agnew… policja blokująca przejście i krzycząca „Do tyłu! Do tyłu!”… a człowiek tuż obok mnie, akredytowany dziennikarz z Nowego Jorku, wręcza mi dziwnego papierosa mówiąc: „Dlaczego nie? I tak już po wszystkim…”

I faktycznie, miał rację. Z mojego punktu widzenia – i przypuszczalnie z jego – było już po wszystkim. Richard Nixon ostatecznie został prezydentem. A wokół nas, te osiemnasto i dziewiętnastoletnie psychole rzucały petardami i śmieciami w konną policję. Z wnętrza Smithsonian wyglądali zaś ludzie Agnew, przywierając do frontowej szyby, oglądając tłum wylewający swoje szaleństwo na ostatnich gości. Jakiś gliniarz stracił cierpliwość i pognał w tłum, by złapać agitatora… i wtedy widzieliśmy go po raz ostatni przez trzy minuty. Kiedy się pojawił, po tym jak tuzin ludzi pognał na pomoc jego ofierze, wyglądał jak obszarpany hipis… tłum rozebrał go ze wszystkiego z wyjątkiem spodni, jednego buta i części płaszcza. Nie miał kapelusza, zniknął też jego pas z pistoletem, a także odznaki i insygnia policyjne… był zgnębionym człowiekiem i nazywał się Lennox. Wiem to, ponieważ stałem wtedy obok szefa policji w cywilu, który krzyczał: „Wsadźcie Lennoxa do vana!”

Lennox nie miał nad sobą pełnej kontroli; krzyczał jak świnka morska, obskoczona przez stado dzikich psów. Supervisor wytaczał zaś ciężkie działa, wyrywając sobie włosy z głowy z powodu spektaklu, jaki przedstawiał sobą obszarpany gliniarz, biegający na widoku prasy i tłumu… dodając obrazę do wyrządzonej szkody. Ale w końcu wsadzili Lennoxa do vana i nigdy potem już go nie widzieliśmy.

Jak to się mogło stać? Ze Spiro Agnew i jego gośćmi, wyglądającymi przez szybę eleganckiego muzeum, w przeddzień inauguracji na wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, tłum dysydenckich „pacyfistów” wyżywa się nad gliniarzem, przydzielonym do ochrony zgromadzenia. Ten człowiek, Lennox, naczytał się zbyt wielu starych gazet, zbyt wielu raportów o „tchórzliwych, nieagresywnych demonstrantach”. Tak więc pognał w tłum, by chwycić jednego z nich – żeby wyegzekwować prawo – a oni przerobili go niemal kompletnie. Człowiek, który znajdował się tuż obok miejsca zajścia, powiedział: „Kopali go w głowę na zmianę. Zdarli z niego wszystko – trzydzieści sekund dłużej, a rozebraliby go do naga”

Zdegenerowane zachowanie, bez wątpienia. Kilka godzin później, jadąc taksą przez inną część Waszyngtonu, powiedziałem czarnemu taksiarzowi co się stało. „Piękne, pięknie”, powiedział. „Pracowałem kiedyś w służbach porządkowych i byłem gotowy na powrót… ale teraz; cholera, nie chcę być wrogiem publicznym.”

* * * * *

Poszedłem na inaugurację z kilku powodów, ale głównie po to, by upewnić się, że nie był to trik telewizyjny. To co miało nastąpić, wydawało się niemożliwe: prezydent Nixon. W drodze do Waszyngtonu, przelatując na górami dużym odrzutowcem, napisałem w swoim notatniku, trzymając drinka w drugiej ręce: „Rok później ponownie lecę na Wschód, żeby pisać o Nixonie… ostatnim razem to był Nowy Jork, z którego lecieliśmy Yellowbird Special do Manchesteru w New Hampshire… do kwatery głównej Nixona w Holiday Inn, witani przez pisarza przemówień Pata Buchanana, któremu nie podobał się mój ubiór… Pan Nixon, on nie lubi kurtek narciarskich, chłopcze – i gdzie jest twój krawat? Buchanan, niegrzeczny, poderzliwy geek w klimatach lobby wolnościowego… ale teraz jest w Waszyngtonie, jak też jego szef.”

Wszyscy pracownicy nazywali go „szefem”. Jego przemówienia i wizerunki na potrzeby kampanii były nazywane drylami. Nie jestem pewien, jak nazywali mnie, ale musiało być to wyjątkowo obrzydliwe imię. Oto urywek z artykułu, który napisałem po tym, gdy jeździłem za nim po New Hampshire przez dziesięć dni: Richard Nixon nigdy nie należał do moich ulubionych ludzi. Był… czowiekiem bez duszy, bez żadnych wartości… „Staremu Nixonowi” się nie udało. Nie udało się też wcześniejszym modelom „nowego Nixona”. Tak więc teraz mamy „Nixona wersję IV” i jako dziennikarz przypuszczam, że sprawiedliwie byłoby przyznać, iż ten model może być inny, a może nawet lepszy w pewien sposób. Ale jako klient nawet bym go nie dotknął – chyba, że poganiaczem na bydło.

Tak więc teraz, rok później, udawałem się do Waszyngtonu, by zobaczyć inaugurację mojego prezydenta. „Połączy nas ponownie razem”. Hm… powodzenia, stary zawodniku… ale sądzę, że na pewien czas sobie to podaruję. Daj mi pierścień, gdy połączysz innych razem… pojawię się, żeby zrobić zdjęcie swoim aparatem podwodnym.

* * * * *

Na lotnisku w Baltimore natknąłem się na Boba Govera, przylatującego z Nowego Orleanu z nową żoną i dużą kamerą filmową. Gover jest pisarzem (między innymi One Hundred Dollar Misunderstanding), ale teraz wkręca się w film robiąc materiał o zbliżającej się rewolucji, która jak sądzi, wybuchnie do 1970. Nie każdy zaangażowany w „ruch” jest tak optymistycznie nastawiony; szacunki wahają się od sześciu miesięcy do czterech lat, ale istnieje niemal zupełnie pozbawiona anonimowości zgoda, że jakiś rodzaj destrukcyjnego powstania zdarzy się przed 1972… nie tylko zamieszki czy zamykanie uniwersytetów, ale brutalna rewolucja.

Ta złowieszcza wizja już zdążyła podłamać delikatną solidarność w łonie „Nowej Lewicy”. Aż do tej pory Wojna w Wietnamie była rodzajem wspólnej sprawy, zapewniając pozory jedności platformie grup antywojennych, które miały ze sobą mało wspólnego w innych względach. Ale kontrinauguracja w Waszyngtonie pokazała bardzo jasno, że to przymierze się załamuje.

W rzeczy samej, cała scena się polaryzuje. Z Nixonem i Johnem Mitchellem po prawej stronie, nawołującymi do przywrócenia prawa i porządku… z czarnymi i studentami po lewej, gotującymi się do rewolucji… i centrum praktycznie do wzięcia. Jedynym centrowym mistrzem wagi ciężkiej pozostaje dzisiaj senator Ted Kennedy, który wydaje się uprawiać tę samą grę w budowę i konsolidację, doprowadzoną do perfekcji przez Richarda Nixona w 1966.

Kennedy zaczął nawiedzać Nixona jeszcze zanim ten został zaprzysiężony. W sobotę, dwa dni przed inauguracją, Teddy zdominował lokalne serwisy informacyjne ogłaszając bankructwo swojego zamordowanego brata, Roberta, w holu Departamentu Sprawiedliwości. Potem, dwa dni po inauguracji, Teddy był gwiazdą prestiżowej zbiórki funduszy w waszyngtońskim Hiltonie. Ideą było spłacenie długów z kampanii Roberta, ale lokalny kolumnista prasowy powiedział, że „wyglądało to na początek kampanii Teddy’ego”. Senator, jak zawsze czujny, został zacytowany przez Washington Post, że jeszcze nie wybrał wiceprezydenta na 1972. Reakcja Nixona na to oświadczenie nie została opublikowana w prasie. Jedyny publiczny komentarz pochodził od Raoula Duke’a, odwiedzającego dygnitarza, który powiedział: „Hm… nikt się nie śmiał, kiedy duch Banqua przyszedł na przyjęcie… i pamiętał o Baltimore Colts.”

* * * * *

W każdym razie bitwa wisi w powietrzu… Rewolucja przeciwko duchom przeszłości. Krążą pogłoski, że pan Nixon pozostaje pewny siebie – z powodów niejasnych dla nikogo poniżej 50-tego roku życia, poza gliniarzami, ewangelistami i członkami lobby wolnościowego. Reszta z nas będzie ponownie musiała czytać fikcję lub budować łodzie. Wymagania tej gwałtownej polaryzacji – banshee krzyczącej: „Po której jesteś stronie?” – spowodują, że lata Johnsona będą wyglądały jak festiwal pokoju. Ktokolwiek myśli, że Nixon napisał swoją łagodzącą mowę inauguracyjną, powinien pamiętać imię Ray Price. To nixonowski Bill Moyers i – jak Moyers – dobry człowiek, ostrzegający swoimi posunięciami przed tonięciem statku. Price to nixonowski liberał sztabowy i kiedy on zniknie, nadejdzie era krwawego chaosu i walk na ulicach…. i może tej rewolucji, na którą czekają młode koguty z lewej strony. Prezydent Nixon zamieszkał w próżni, której ani on sam, ani jego podwładni nie są w stanie zrozumieć. Stawiają rusztowanie, właśnie teraz, w cichym oku huraganu… ale jeśli sądzą, że wiatry już nie zawieją, dostaną porządnego kopa w dupę.

A także reszta z nas, ponieważ wszyscy jedziemy na tym samym wózku – nawet młodzi bojownicy z Nowej Lewicy, którzy są teraz bardziej zdezorganizowani niż liberalni demokraci, mający przynajmniej jakieś znaczące figury w składzie. Waszyngtoński protest okazał się klapą pomimo twierdzeń organizatorów… z powodów innych niż błoto i deszcz. Jerry Rubin miał rację: to była prawdopodobnie „ostatnia demonstracja” lub przynajmniej ostatnia w tym starym, łagodnym i kiedyś pełnym nadziei kontekście.

* * * * *

Poniedziałkową nocą, tuż przed zmierzchem, wróciłem do wielkiego namiotu cyrkowego, który był sceną kontrinauguracyjnego balu MOBE jeszcze dwadzieścia godzin wcześniej. W niedzielną noc namiot był wypełniony tłumem tysięcy młodych dysydentów palących trawę i odbijających balony w przeszywającym blasku stroboskopów, w rytm muzyki rockowej. Był tam Phil Ochs i Paul Krassner… a Judy Collins przysłała telegram mówiący, że nie była w stanie dotrzeć, ale chce by „podtrzymywać walkę”… a tłum to wszystko kumał, przekazując w koło kapelusz na zbiórkę dolarów, które były potrzebne, by zapłacić za wynajem namiotu. Postronny obserwator mógł pomyśleć, że był to żart zwycięzców.

Potem, po paradzie Nixona, wróciłem do namiotu, żeby zobaczyć co się dzieje… i już go nie było lub raczej odchodził. Sześciu gości z Norfolk Tent Co. rozmontowało wszystko poza masztami i kablami. Grube rolki niebieskiego i białego materiału leżą w błocie, czekając na wrzucenie do ciężarówki i odwiezienie do magazynu.

Gdy namiot zniknął kawałek po kawałku, pojawiły się młode dziewczyny z długimi włosami i chłopcy z plecakami, by popatrzeć. Wrócili tak jak ja, po trochu oczekując, że coś się będzie działo. Staliśmy tam przez jakąś chwilę, tuż obok Pomniku Waszyngtona… nikt nie rozmawiał, nawet nikt z załogi pakującej namiot… potem odpłynęliśmy w różnych kierunkach. Było zimno i robiło się jeszcze zimniej. Zapiąłem swoją kurtkę narciarską i przeszedłem przez Centrum Handlowe. Po mojej lewej, u podnóża pomnika, grupa hipisów podawała sobie jointa… a po prawej, jakąś milę dalej, widziałem jaśniejącą kopułę Capitolu… Capitolu pana Nixona.

Nagle zrobiło mi się zimno i poczułem się zwyciężony. Ponad osiem lat temu w San Francisco czuwałem całą noc w oczekiwaniu na wyniki wyborów… a kiedy Nixon przegrał poczułem się jak zwycięzca. A teraz, w poniedziałkową noc roku 1969, prezydent Nixon był honorowany przynajmniej sześcioma balami inauguracyjnymi. Myślałem o tym przez chwilę, a potem zdecydowałem się pójść do Hiltona trochę później i dać komuś w mordę. Nadawałby się ktokolwiek… ale może byłbym w stanie znaleźć szefa policji z Nashville czy innego bezwględnego geeka. W międzyczasie nie było nic do roboty poza powrotem do hotelu i obejrzeniem wiadomości w telewizji… być może trafiłbym na coś śmiesznego: klipy filmowe czy krwawe bicie w pięty.

Hunter S. Thompson

(tłum. Conradino Beb)

 

Źródło: Memoirs of a Wretched Weekend in Washington, Boston Globe, 23 February 1969 (opublikowane także w The Great Shark Hunt, Picador, London 1980, p. 189-194).

Reklamy

2 komentarze

  1. AAAAAaaaa zajebiście . To taki prezent bo dziś jest dzień książki ? W końcu i tak niedługo znikną papierowe książki i przerzucimy się na elektryczne booki . By zrozumieć ten tekst w całości niestety trzeba się interesować polityką USA w latach 60.
    A w Polsce ludzie mają wyjebane na to co się dzieje w ich kraju , a co dopiero czytać teksty jakiegoś narkomana .

    Polubienie

    1. Tak jest z wiekszoscia tekstow Thompsona – pisarz pod koniec lat ’60 zaczal sie niemal calkowicie przestawiac na opisywanie polityki wewnetrznej z malym wyjatkiem w postaci „Leku i odrazy w Las Vegas”. Jesli ktos na powaznie sie chce interesowac pisarstwem HST, to musi przynajmniej troche lyknac najnowszej historii politycznej tego kraju. W innym wypadku pozostaje malutka garstka tekstow, ktore niewiele wnosza. Jego najlepsza ksiazka, czyli „Fear and Loathing on a Campaign Trail ’72” jest dzielem bardzo politycznym i z tego takze powodu pewnie nigdy nie wyjdzie Polsce. Z innymi ksiazkami jest podobnie… niestety dla polskiego czytelnika.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.